Historia mojego poronienia – czyli wszystko co musiałam przejść po stracie dziecka…

aniol-spiacy-w-skrzydlachTo był chyba najgorszy dzień w moim życiu… Zaczęło  się dość niewinnie, od niewielkiego plamienia. Z każdą kolejną godziną sytuacja wyglądała  jednak coraz bardziej dramatycznie. Plamienie zmieniło się w krwotok. Do tego ten okropny ból brzucha. Już wtedy wiedziałam, że z naszym dzieckiem jest coś nie tak…O tym, że je stracimy jeszcze nie myślałam, ta myśl wydawała mi się zbyt przerażająca…

Marzenia o dziecku…

Oboje mieliśmy po 29 lat i w miarę ustabilizowaną sytuację życiową. Z Pawłem – moim mężem – zgodnie doszliśmy więc do wniosku, że teraz możemy spełnić nasze wspólne marzenie – marzenie  o rodzicielstwie. Staraliśmy dość długo, bo przez ponad pół roku.  Dlatego tak bardzo ucieszyłam się kiedy test ciążowy wreszcie pokazał upragnione dwie kreski. Najbardziej zaskoczył mnie jednak sam Paweł, jego entuzjazm był chyba jeszcze większy od mojego.

Pierwsze USG potwierdziło nasze przypuszczenia, byłam w 4 tygodniu ciąży. To co wtedy czuliśmy trudno jest opisać słowami – niewyobrażalna radość! Chyba tylko tak mogę to określić. Na początku wszystko przebiegało prawidłowo. Czułam się całkiem dobrze, nie licząc porannych mdłości i wahań nastrojów. Nic nie wskazywało na to, co ma się za chwilę wydarzyć. Pierwsze problemy pojawiły się ok. 10 tygodnia…

Lekarz powiedział: „To było poronienie!”

Gdy niepokojące mnie od jakiegoś czasu objawy nasiliły się Paweł szybko pojechał ze mną do szpitala. Na oddziale ginekologiczno – położniczym, na który trafiłam tamtego dnia zrobiono mi badania, a potem dowiedzieliśmy się najgorszego. Powiedziano nam, że dzidziusia nie uda się już niestety uratować…Zamarliśmy…Lekarz nie miał jednak wątpliwości – to było poronienie. Informacja o stracie naszego maleństwa spadła na nas jak grom z jasnego nieba, nagle i niespodziewanie. Na początku w ogóle to do mnie nie dotarło. W jednej chwili zawalił mi się cały świat. Czułam jakby ktoś zabrał mi cząstkę siebie.

Brak zrozumienia…

Na opiekę medyczną po zabiegu łyżeczkowania, który musiałam przejść narzekać nie mogę. Spodziewałam się jednak większego zrozumienia i empatii ze strony personelu. Zostałam potraktowana dość chłodno. Nikt do mnie nie przyszedł, nie wysłuchał, a przecież był to jeden z najgorszych momentów w moim życiu. Takiej okropnej znieczulicy, jakiej wtedy doświadczyłam trudno się dziwić. Mój przypadek był pewnie nie pierwszym i nie ostatnim w tym szpitalu…Dostałam salę z kobietą, która właśnie urodziła. Widok szczęśliwej mamy, trzymającej w ramionach swoją pociechę,  jeszcze bardziej pogłębiał mój smutek i żal.  Na szczęście cały czas był przy mnie Paweł, to on wspierał mnie w chwilach największej rozpaczy, choć sam przeżywał naszą stratę równie mocno jak ja.

Wiedziałam, że chcę pochować swoje maleństwo

W szpitalu pozwolono nam pożegnać się z dzieckiem. Dowiedziałam się też, że mogę zorganizować mu pogrzeb. Było to dla mnie bardzo ważne, bo pochodzę z katolickiej i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym go nie pochować. Nie miało dla mnie znaczenia, że jest maleńkie, że ma dopiero 10 tygodni. Było moim dzieckiem, moim największym, najukochańszym  skarbem! Oczywiście wszystkim zajął się mąż, ja byłam wtedy zbyt przybita i roztrzęsiona jednocześnie.

Żeby móc skorzystać z zasiłku pogrzebowego potrzebny był już jednak akt urodzenia dziecka z odpowiednią adnotacją, wystawiony przez Urząd Stanu Cywilnego. Dokumentu nie mogliśmy jednak otrzymać nie znając płci naszego maleństwa. Jak mieliśmy ją poznać? Było przecież o wiele za wcześnie…

Zdecydowaliśmy się badania genetyczne

Jedynym rozwiązaniem stały się testy genetyczne oraz badanie płci naszego dziecka. I tak dowiedzieliśmy się, że to chłopiec, że mielibyśmy synka…

Oprócz płci poznaliśmy też przyczynę mojego poronienia. Ja i mąż byliśmy zdrowi. Okazało się jednak, że nasz synek miał mutację genetyczną, która i tak nie pozwoliłaby mu na prawidłowy rozwój. Ta informacja, choć tragiczna pozwoliła mi szybciej pogodzić się ze stratą. Wiedzieliśmy też, że mamy szansę na kolejną ciążę, choć wtedy jeszcze nie brałam tego pod uwagę, próbując jakość zaakceptować śmierć synka, opanować złość i skołatane nerwy.

Dopiero po określeniu płci naszego maleństwa otrzymaliśmy ze szpitala kartę zgonu. Z nią mąż udał się już do zakładu pogrzebowego i zaczął załatwiać formalności związane z pochówkiem. Baliśmy się, że nie dostaniemy zgody na pogrzeb od proboszcza – w związku z tym, że nasze dziecko urodziło się martwe nie mogło zostać wcześniej ochrzczone. Nie było z tym jednak większego problemu. Po pewnym czasie dostaliśmy też przysługujący nam zasiłek pogrzebowy. Na podstawie odpisu aktu urodzenia dziecka pracodawca udzielił mi ponadto 8 tygodniowego urlopu macierzyńskiego, z którego skorzystałam, aby móc jakoś dojść do siebie.

Matka nigdy nie zapomina…

Dziś, po 5 latach od tragedii jaka nas wtedy spotkała, jestem mamą 3 – letniej Ani. Mimo że bardzo kocham swoją córkę i nie wyobrażam sobie życia bez niej, to jednak wracam czasem myślami do tamtych wydarzeń. Zastanawiam się nawet jak teraz wyglądałby mój syn. Dziś mogę już o tym mówić (i pisać) z dużo większym spokojem. Uczucie pustki, które towarzyszyło mi przez cały czas żałoby trwało jednak bardzo, bardzo długo. Teraz wiem, że matka nigdy nie zapomina swojego dziecka, już zawsze pozostaje ono w jej sercu i pamięci…

 

Przeczytaj więcej: