Chciałam podzielić się moją historią, może to pomoże mi stanąć na nogi

Dokładnie miesiąc temu, 14 stycznia 2017 roku pierwszy raz w życiu zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Dziś – 14 lutego 2017 roku czuję rozdzierający moje serce ból i opłakuję stratę mojego nienarodzonego dziecka.

Chciałam podzielić się moją historią, może to pomoże mi stanąć na nogi

Pierwsze próby zajścia w ciążę

W ubiegłym roku postanowiliśmy wraz z narzeczonym, że postaramy się o dziecko jeszcze przed ślubem, który zaplanowaliśmy na wrzesień 2018 roku. Każdy negatywny test ciążowy przynosił kolejne rozczarowanie, ale również nadzieję, że kolejnym razem się uda.

Udało się 🙂 choć na początku był strach i niepewność zamiast oczekiwanej radości. Był również płacz i zwątpienie. 17 stycznia podczas wizyty u lekarza usłyszałam dobrą wiadomość: „Tak, wygląda to na wczesną ciążę”. Radość pomieszana ze strachem i obawą o przyszłość towarzyszyły nam przez kilka kolejnych dni.
Później było już tylko lepiej, oswoiłam się z myślą, że noszę w brzuchu małego człowieka, który za kilka miesięcy przyjdzie na świat i jednocześnie stanie się naszym całym światem 🙂

Czułam, że urodzę chłopca…

Zaczęliśmy rozmawiać i planować, a nawet żartować z tego kto w jaki sposób będzie zajmował się maluchem. Choć na tym etapie ciąży określenie płci dziecka jest jeszcze niemożliwe, ja czułam, że urodzę chłopca. Ślicznego i różowego, który dostanie po swoim tacie malutki ale jakże uroczy nosek. Okazało się również, że dziecko powinno urodzić się we wrześniu, czyli dokładnie rok przed naszym ślubem. Lepiej nie mogliśmy tego zaplanować, byliśmy naprawdę szczęśliwi, choć nie powiedzieliśmy jeszcze nikomu o naszym małym szczęściu, które mieszkało w moim brzuchu.

Postanowiliśmy, że poczekamy na bijące serduszko, wtedy ogłosimy, że zostaniemy rodzicami.

 

Serduszko bije, choć fasolka jest za mała jak na 8 tydzień ciąży

10 lutego podczas porannego prysznica zauważyłam lekkie plamienie. Przestraszyłam się. Pojechałam do lekarza, który wykonał badanie ginekologiczne i badanie USG. Podczas badania bardzo bolał mnie brzuch ale lekarz stwierdził, że musi je zrobić żeby zobaczyć czy bardzo krwawię. Podczas USG była cisza ale po chwili lekarz powiedział: „serduszko bije, choć fasolka jest za mała jak na 8 tydzień ciąży”. Później pokazał mi na monitorze mały ruszający się punkcik <3  Mimo to dalej nie wiedziałam co oznacza stwierdzenie, że jest za mały. Lekarz wyjaśnił, że do owulacji mogło dojść później i ciąża jest młodsza. Przepisał leki na podtrzymanie ciąży i zalecił kolejną wizytę za dwa tygodnie.

Przecież wszystkie urodzimy w jednym roku, lepiej być nie mogło.

Wróciłam do domu. Powiedzieliśmy mojej mamie i najbliższym znajomym, przecież widziałam bijące serduszko. Wszystko jest dobrze, teraz fasolka musi tylko rosnąć. Znajomi też spodziewają się synka, ucieszyli się bardzo. Buzia mi się nie zamykała, cały czas mówiłam i cieszyłam się chwilą, na którą tak długo czekaliśmy. Następnego dnia nie czułam się dobrze, ale pojechaliśmy w odwiedziny. Koleżanka rodzi za niecałe dwa miesiące więc chcieliśmy jak najszybciej pochwalić się naszą ciążą. Przecież wszystkie urodzimy w jednym roku, lepiej być nie mogło 🙂

Chwilę po tym, dobra nowina zamieniła się w najgorszy koszmar. Zachciało mi się siku, poszłam do łazienki – zobaczyłam krew. Zawołałam narzeczonego, nie usłyszał. Wyszłam i rozpłakałam się.

Pojechaliśmy do szpitala, wychodząc z domu koleżanki widziałam jej piękny duży brzuch i już wiedziałam, że ja takiego mieć nie będę.

Potem wszystko działo się jakby bez mojego udziału 🙁 Izba przyjęć, kilka podpisów i kazano mi czekać na lekarza dyżurnego, był późny wieczór. Poszłam jeszcze raz do toalety i zobaczyłam mnóstwo krwi – zrobiło mi się słabo.

Przyszła lekarka, kazała wejść do zabiegowego i zapytała dlaczego przyjechałam. Później było badanie i padły słowa, które prześladują mnie każdego dnia:

Przykro mi, macica jest pusta. Właśnie Pani poroniła.

Usiadłam, zakryłam twarz rękoma i płakałam . Nie miałam siły ubrać spodni, chciałam się obudzić. Niestety to nie był sen, lekarka dodała jeszcze: „To nie Pani wina, takie rzeczy się zdarzają”. Wyszłam na korytarz, zobaczyłam twarz narzeczonego, która pełna była smutku. Usiadłam mu na kolanach i płakałam. Niestety nie mógł zostać ze mną w szpitalu, musiał iść.

Ja zostałam sama, noc była długa. Położyłam się na łóżku i płakałam do poduszki, chciałam umrzeć. Chciałam być w domu, w swoim łóżku i mieć najbliższą mi osobę na wyciągnięcie ręki. W nocy byłam kilka razy w toalecie, bardzo mocno krwawiłam. Jak się później okazało, kiedy ja w szpitalnej ubikacji spuszczałam wodę, a razem z nią moje nienarodzone dziecko, dwa piętra wyżej inna znajoma rodziła pięknego i zdrowego synka.

Już nic nie jest takie samo

Przyszedł ranek, pobrano mi krew i znów byłam sama. Czekałam na lekarza, chciałam jak najszybciej iść do domu. Podczas obchodu lekarz zapytał: „Jak się Pani czuje?” odparłam „Fizycznie czy psychicznie?”, lekarz dodał „Wiem, że psychicznie jest Pani mocno przybita”.

Pomyślałam tylko, że zaraz go zabiję ale nie miałam siły ruszyć nawet palcem.
Pozwolono mi opuścić szpital, wróciłam do domu, ale już nic nie jest takie samo. Kiedy wieczorem 11 lutego wychodziłam z domu byłam w ciąży, gdy wróciłam rankiem 12 lutego moje życie przestało mieć sens.

[pisownia oryginalna]

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl

Przeczytaj więcej:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *