To była listopadowa sobota. Zwyczajny zamglony poranek, tylko we mnie kompletny chaos. Och… bo wiedziałam… temperatura w górze… Cycki jak kamienie i takie tam. Same wiecie, prawda?
Wpadam do łazienki i myślę sobie – cholera, nadal nic… Sięgam po test, który od tygodnia leży w łazience. Drżącymi palcami odkładam go tak, żeby umyć zęby i nie zerkać na wynik. Hehe… bo choć domyślam się, to chcę krzyknąć z radości nie dławiąc przy tym pianą. I nie zerkam. Przeczuwam. Wiem… Czytaj dalej



W okresie świątecznym moje myśli zawsze są z moją Zosieńką. Miała urodzić się w grudniu 5 lat temu, wszystko było już przygotowane: pokoik, ubranka, zabawki… Czekaliśmy niecierpliwie na ten „prezent świąteczny” i nagle, w 16. tygodniu ciąży, stało się TO. Jej serduszko przestało bić.
Moje kochane, chciałabym podzielić się z Wami historią mojego poronienia – być może wyda się Wam zupełnie „zwykła”, bo i lekarze byli dla mnie mili i całkiem szybko pogodziłam się z odejściem Aniołka. Ale dla mnie
Od tamtej sytuacji minęło naprawdę wiele lat. A o moim poronieniu wiemy tylko ja i mój mąż… Nigdy nie miałam dobrego kontaktu ze swoją rodziną, a rodzice męża zmarli krótko po naszym ślubie. Te 40 lat temu za utratę ciąży winiono kobietę. Nie chciałam więc nikomu mówić, nie chciałam słuchać, że to moja wina, że coś ze mną nie tak… A wiedziałam, że moi rodzice tak właśnie by reagowali.