Poronienie

Zaczęło się niewinnie. Nie byłam nie byliśmy przygotowani na to. Zawsze byłam pewna, że nie będę w ciąży. Bałam się tego, a teraz strasznie chciałabym być, ale ponad pół roku nie wychodzi.

W jakim celu wykonuje się badanie MTHFR, Kto powinien wykonać badanie MTHFR, Ile kosztuje badanie MTHFR, Czy badanie MTHFR może dać wynik nieprawidłowy

Od 16 roku życia cały czas się leczę. Po ciężkim roku, gdzie był szpital za szpitalem, gdy nagle 18-letniej dziewczynie wali się cały świat i po diagnozie – choroba genetyczna – hemodializa nagle wychodząc ze szpitala dostaję kartkę “konsultacja ginekologiczna w sprawie resekcji układu rozrodczego”. Było to dla mnie szokiem! Po tylu licznych operacjach przyszedł moment, że zwątpiłam. Na szczęście trafiłam na waleczną panią doktor ginekolog, która powiedziała, że nie wyrazi na to zgody. Nigdy! Nawet jakby okazało się, że mam nowotwór.

Choroba genetyczna zjada organizm od środka

Gdy po horrorze ze szpitalami i lekarzami i po 3 latach brania hormonów nagle wychodzisz na prostą – widzisz nadzieję. Zapaliło się światełko! 3 miesiące od odstawienia hormonów zobaczyłam 2 kreski na teście. Szczęście, radość, gratulacje!  Niestety szczęście nie trwało wiecznie. 11 tydzień, zwykła wizyta… poronienie zatrzymane…. Ból rozrywający mnie od środka. Szpital i łyżeczkowanie, milion badań. I pustka którą czuję do dziś od zabiegu. Wszyscy po tym mieli mnie za silną, bo przed nikim nie płakałam tylko zawsze w poduszkę. Dostałam nawet kondolencje i zdanie: “To przecież jeszcze nie było dziecko… jesteś młoda za chwilę znów ci się uda”.

Tak jestem młoda i co z tego…

Dziś mija dzień, w którym nasze maleństwo miało być już z nami. Niestety nigdy nie będzie. Minęło pół roku, a ja się coraz bardziej boję, że to było jeden jedyny raz i już nigdy się to nie powtórzy. Po milionie badań diagnoza – zaostrzenie choroby genetycznej i mutacje to doprowadziło do tego. Choć ja cały czas się obwiniam… gdybym nie poszła na zajęcia, gdybym nie kłóciła się z rodziną może nasze maleństwo byłoby dziś z nami. Nie życzę nikomu tego, co przeszłam i dalej przechodzę, bo jak na razie leczenie nie skutkuje, a ja z każdą miesiączką czuję się coraz słabsza. Z każdą miesiączką chcę odpuścić, bo po co…po co miesiąc zdychać, katować się lekami, a stymulacje progesteronem i sterydem nie przynosąa żadnych efektów.

Lekarze prowadzący do dziś są zdania, że z tak fatalnym stanem zdrowia cud, że wtedy się udało. Choć słyszałam od nich co wizytę, że dla własnego dobra niech Pani w ciążę nie zachodzi lepiej, bo stan zdrowia bardziej się Pani posypie. Chcę zajść w ciążę. Staramy się, ale nie wychodzi, a ja coraz bardziej się boję. Boję się o to, że jak się uda ja sobie nie dam rady, bo wiąże się to z mocnym bólem, jak i tym, że nie wiem w jakim fatalnym stanie po porodzie będę. A po licznych operacjach ja naprawdę nie radzę sobie z tym.

Z drugiej strony boję się, że się to powtórzy czego bym nie przeżyła już drugi raz. W tym miesiącu usłyszałam od rodziny “Po co się leczysz? Po co Ci to?”.  Z miesiąca na miesiąc jestem coraz bardziej skołowana. A na kobiety w ciąży z dziećmi patrzeć nie umiem. Myślałam, że poronienie nigdy mnie nie będzie dotyczyło, że jestem poza tym. Teraz wie,m co czuła moja kuzynka. Pierwsze dziecko urodziła zdrowe, drugie poroniła, a po 2 miesiącach od poronienia zaszła w trzecią ciążę i urodziła zdrowe dziecko. Nie daje sobie rady, a wszyscy twierdzą z rodziny, że panikuję, że wymyślam. Ta pustka będzie ze mną zawsze. Nawet jak się uda, to będę bać się ruszyć z domu. To jest straszne.

Trzymajcie za mnie kciuki, bo ja obecnie na tym leczeniu już nie daje rady i już nie widzę w tym sensu.

Autor: Pattusia

Genetyczne przyczyny poronień

Identyfikowanie genetycznych przyczyn poronienia jest istotnym elementem diagnostyki poronień i niepłodności u par. Przyczyn poronienia może być bardzo wiele, najważniejsze są jednak czynniki genetyczne, które stanowią 70% wszystkich poronień.

Dlaczego dochodzi do utraty ciąży? Badania przyczyn poronienia pokazują, że winny jest najczęściej wadliwy materiał genetyczny komórek rozrodczych, fachowo nazywany aberracją chromosomową.  Oznacza to, że wszystkie pytania, jakie stawiają sobie rodzice, wszystkie zarzuty i wątpliwości w  70% przypadków są bezzasadne, ponieważ los dziecka był z góry przesądzony.

Genetyczne przyczyny poronień

Aberracje chromosomowe powstają zazwyczaj przypadkowo i nie mają one związku ze zdrowiem pary. Oznacza to, że rodzice i lekarze nie mogli nic zrobić, aby dziecko urodziło się zdrowe. Jedynym sposobem na uzyskanie pewności co do przyczyny poronienia są badania genetyczne po poronieniu.
Czytaj dalej

Wszystkie nasze historie są podobne, a każda wyjątkowa

Dokładnie rok temu zdecydowaliśmy z mężem, że jesteśmy “gotowi” na dzidziusia. Jesteśmy szczęśliwym, wieloletnim związkiem i rozmowy o tym, jaką rodzinę chcemy tworzyć, ile chcemy mieć dzieci, kiedy chcemy mieć dzieci pojawiały się między nami już od lat.

Jakie są objawy poronienia, Jak wygląda poronienie, Jak często dochodzi do poronienia, Czy można zapobiec poronieniu

Mamy to szczęście, że dojrzewamy w podobnym tempie i decyzja ta zapadła między nami harmonijnie. Byliśmy gotowi i szczęśliwi, że teraz czeka nas nowy etap w życiu. Byliśmy też uświadomieni, że starania mogą potrwać i że nie zawsze jest tak kolorowo jak powinno. Ale uświadomienie sobie tego nie wystarczy, aby rozumieć z czym przyjdzie nam się mierzyć. Aktywne starania trwały 8 miesięcy, już wystarczająco długo, aby czuć frustrację z kolejnym rozczarowującym miesiącem, ale wciąż mało, aby panikować.

Nie zniechęcaliśmy się ani nie zakładaliśmy, że coś jest nie w porządku

W Sylwestra chyba obydwoje myśleliśmy w głowach podczas składania życzeń tylko o jednym marzeniu. Kilkanaście dni później odkryłam dwie kreseczki na teście ciążowym. To był tak ekscytujący i piękny wieczór, bo to właśnie wtedy zobaczyłam się z mężem i mogłam mu przekazać najpiękniejszą nowinę. Było to tak ważne, że pamiętam wyraźnie jakiej muzyki słuchałam tuż przed jego przyjściem i jaką książkę czytałam.

Pamiętam też nasze wzruszenie i oplatanie nóg wokół ukochanego. Pierwsze tygodnie były dla nas niepewne, były nowością i nie wiedzieliśmy czego mamy spodziewać się po wizytach, co się na nich dowiemy. W pierwszych dwóch miesiącach przeszłam bezobjawową infekcję dróg moczowych (zakończoną antybiotykoterapią), a opryszczka wargowa pojawiła się nawet dwa razy. Takie rzeczy nie są wybitnie groźne, lekarka była spokojna podczas kontroli, ale na pewno takie drobiazgi niepokoją i niepotrzebnie stresują.

Uspokoiłam się podczas pierwszych badań genetycznych. Piękny dzidziuś, piękne wyniki

Test Papp-a dodatkowo zmniejszył już i tak niskie ryzyko chorób genetycznych. Byłam zachwycona moim maluchem, którego zobaczyłam na ekranie. Miłość mamy do dziecka, które rozwija się wewnątrz niej jest mistyczna i ogromna, a równocześnie tak naturalna. Równolegle wybuchnęła pandemia. Pandemia wchodziła oknami, drzwiami w każdych wiadomościach, gazetach, głośnikach. Aura zimowa niczemu nie sprzyjała, niepokojące wieści ze świata (które teraz biorąc pod uwagę rozprzężenie społeczeństwa w temacie są czymś abstrakcyjnym), brak możliwości kontaktu z rodziną.

Z większością najbliższych nas osób musieliśmy się dzielić ciążą na odległość. Z niewieloma osobami widziałam się podczas ciąży, bo wciąż byłam zestresowana ryzykiem kontaktu. Takie też były rekomendacje dla kobiet w ciąży. Jeździliśmy więc po pracy zdalnej do pobliskiego lasu, zatapiając się w swoich planach o życiu z dzidziusiem, ale też niepokojach. Niepokój dotyczył na przykład tego, czy będę mogła rodzić z mężem za kilka miesięcy. Pomyśleć, że to był mój największy strach. Dobrze, że nie wiedziałam jeszcze wtedy co mnie czeka, bo chyba pękło by mi serce.

W międzyczasie wizyty kontrolne zostały ograniczone, przed badaniem połówkowym miałam jeszcze jedno spotkanie z moją prowadzącą lekarką. Wszystko ok, płeć jeszcze nie chce się ujawnić, ale dzidziuś mlaska językiem i kręci się w zabawie. Po każdej wizycie byłam pełna energii, szczęścia i spokoju.

W kwietniu coś się zmieniło…

Czułam się mocno zmęczona, ale też zestresowana. Każdego dnia. Próbowałam się uspokajać delikatną jogą, medytacją, spacerami, tym że nie mam przecież niepokojących objawów, plamień. Ale najwidoczniej intuicja mamy nie zawodzi. Czułam, że coś jest nie tak z maleństwem, mimo wypierania tych myśli, bo żadna mama nie myśli o najgorszym. Na początku maja, w 20 tygodniu ciąży, miałam wyczekaną wizytę z badaniem połówkowym, podczas którego mieliśmy poznać płeć naszego dziecka. Wewnętrznie ogromna radocha mieszała się z niewytłumaczalnym niepokojem. Wszystkie wizyty były restrykcyjne, nie mógł uczestniczyć w nich mój mąż z powodu pandemii. Weszłam do gabinetu sama. Lekarz podczas badania USG zamarł. Nie udźwignął sytuacji. Powiedział, że mu przykro, a później na kilka minut odleciałam w głąb siebie.

Rozpacz nie z tej ziemi. Rozpacz jakiej nie znałam

I ten widok nieżywego malucha na ekranie, który przecież rozwijał się książkowo. Z pomiarów dowiedziałam się, że maluch już najprawdopodobniej 3 tygodnie nie żył w brzuszku, więc było to na tym etapie też niebezpieczne dla mnie. Mimo to, nie miałam żadnych objawów, plamień. Mąż czekał na mnie przed wejściem. Zamiast poznać płeć swojego dziecka, dowiedział się, że nie żyje. W samochodzie płakaliśmy z rozpaczy i żalu, równocześnie w panice zastanawiając się co dalej.

Przykre jest to jak niewiele instrukcji otrzymaliśmy, a będąc w szoku człowiek nie zadaje wielu pytań. Człowiek, który nie przeżył tego nigdy wcześniej, nie wie przecież gdzie jechać, co nas czeka, jak to będzie wyglądać. Jest to przytłaczające. Mam żal do mojej prowadzącej lekarki, że nie dała mi namiarów na siebie w razie kryzysowej sytuacji – ani telefonu, ani maila, przychodnia w której stacjonuje była już wieczorem zamknięta. Jakoś udało nam się włączyć tryb zadaniowy, chodziło o moje przetrwanie, ustaliliśmy do jakiego szpitala z samego rana podjedziemy, spakowaliśmy mnie, wzięłam prysznic i poszliśmy spać. A raczej leżeć do świtu, bo nie byłam w stanie zasnąć nawet na chwilę. Wegetowałam na łóżku, nie mogąc zrozumieć dlaczego my.

W szpitalu musiałam być sama – przez pandemię, której teraz nienawidzę

Utrudniła mi życie w wystarczająco już traumatycznej sytuacji. Na przyjęciu dostałam pytanie od niedoświadczonej lekarki, co się stało. Nawet już nie miałam ochoty odpowiadać z krzykiem, ale skąd mam wiedzieć co się stało, sama chcę poznać odpowiedź na to pytanie. To był mój pierwszy raz w szpitalu. W dodatku wybrałam ten, w którym miałam rodzić zdrowego dzidziusia. Leżąc na sali, na szczęście odseparowanej od innych kobiet w szczęśliwych ciążach, słyszałam krzyki nowonarodzonych dzieci. Myślałam wtedy, że to najpiękniejszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszałam. Dźwięk życia.

W pokoju pojawiła się dziewczyna z Ukrainy, w podobnej sytuacji, choć miała już troje zdrowych dzieciaczków i chyba to sprawiało, że myślała na ten moment bardziej zadaniowo niż emocjonalnie. Ale jestem pewna, że w domu też przeżyła i przeżywa swoje. Było mi jej żal, bo przez pandemię, nie było jej męża w kraju, ani nie mogła też wybrać opcji pochówku maleństwa, bo nie miała warunków i pieniędzy na to, a polski zus jej tego nie zapewniał. Nie rozmawiałyśmy za wiele, pomagałyśmy sobie z fizycznymi czynnościami, ale słowa były niepotrzebne. Każda była zatopiona w sobie. Dostałam 2 tabletki poronne, o których też tak nie wiele można znaleźć informacji w internecie. Czułam ogromne skurcze, uczucie omdlenia i odejście wód płodowych.

Dyżurująca położna niestety bagatelizowała moje objawy, będąc przekonaną, że ja na pewno jeszcze nie rodzę. Dodam, że 20 tydzień ciąży to taka granica pomiędzy poronieniem, a porodem (oficjalnie uznawanym od 22 tygodnia ciąży). Wciąż organizm nie jest przygotowany do naturalnego porodu i trzeba go wywołać. Instrumentalnie nie można przeprowadzić poronienia, bo byłoby to zbyt brutalne pod kątem dalszych możliwości starań się o ciążę. Skończyło się na przerażeniu i trzymaniu główki mojego maleństwa pomiędzy nogami. Wtedy położna podniosła alarm na całym oddziale i zwołała lekarzy do nagłego zabiegu. Pojawiła się panika wśród załogi, która odbijała się na mnie. Po prostu płakałam, a równocześnie walczyłam o to, żebyśmy pobrali materiał dzidziusia do badań. Obudziłam się kilka godzin później, po zabiegu łyżeczkowania, który był niezbędny.

Dowiedziałam się, że urodziłam synka, Tadzia

Po szpitalu przeszłam silną infekcję dróg moczowych w wyniku cewnikowania, infekcję intymną, kilka nieskutecznych antybiotyków, stopowanie laktacji (emocjonalnie jedno z najcięższych przeżyć), stosowanie ponowne poronnego arthrotecu w celu dalszego oczyszczenia macicy, pęknięcie w odbycie, które skutkowało bólem i krwawieniem, poznanie własnego malucha w prosektorium (które trwało zbyt krótko, choć było to bardzo potrzebne i niezwykłe – dodam, że maluch wyglądał jak miniatura człowieka, z pięknie wykształconymi paluszkami stóp i dłoni, ślicznymi rysami twarzy, noskiem itd.) pogrzeb maluszka, pierwsze trudne spotkania z rodziną po kilku miesiącach, kilka wizyt u różnych specjalistów i wiele badań.

Zdecydowaliśmy, że chcemy w miarę możliwości, dowiedzieć się co się wydarzyło

Wiedzieliśmy, że możemy się nie dowiedzieć. Nie podoba mi się to jak drogie są takie badania i jak rzadko finansowane. Zrobiliśmy badania genetyczne, panel wirusowy, test na różne przeciwciała, trombofilię wrodzoną, zespół antyfosfolipidowy. Żadne badania nic nie wykazały, poza najprostszym badaniem histopatologicznym. Gorzko ciekawe jest też to, że lekarka wydająca wynik stwierdziła, że nic w nich nie wyszło. Natomiast nowy lekarz ginekolog, czytając wynik, dostał olśnienia, że przecież tu jest wyraźnie napisane, co było przyczyną. Musiał pojawić się zator, który zablokował dostęp do odżywiania i spokojnego oddechu malucha. To nie są naturalne przyczyny, więc lekarka chce drążyć temat dalej i zleciła mi kolejny pakiet badań, żeby móc cokolwiek zadziałać przy następnej potencjalnej ciąży, która narazie jest dla mnie sennym marzeniem.

Paradoksalnie najbardziej zmartwiło mnie rekomendowane sześć miesięcy wstrzymania starań na nowo. Czas żałoby to czas zawieszenia, rozciąga się, dni mi się dłużą, żyję w zasadzie od godziny do godziny. Czuję się kotem, który narazie wylizuje swoje rany. Fizyczne rany. Kotem, który boi się innych ludzi i chodzi swoimi dziwnymi ścieżkami. Jesteśmy blisko z rodziną, oni również ogromnie przeżyli naszą tragedię, ale od płaczu temat przeniósł się do sfery tabu. Ciężko jest oglądać im nasze cierpienie. Staram się nie płakać przy innych ludziach, bo widzę jaki sprawia to dyskomfort. Nie chcę ich stresować, ani siebie, nie chcę komuś psuć dnia, nastroju. Więc najczęściej płaczę w domu, w swoim azylu, do męża.

8 tygodni po naszej tragedii, dowiedziałam się że najlepsza przyjaciółka jest w ciąży

Teraz ani nie rozmawiamy o moich bólach, ani o jej ciąży. A złoty środek nie istnieje. To tak okropnie boli. Nie jest to nawet kwestia chyba zwyczajnej zazdrości, tylko żalu. To jest kwestia obserwowania kolejnych etapów czyjejś zdrowej ciąży, podczas gdy przypominają się nam nasze etapy, szczęśliwe etapy, bo nic nie zwiastowało najgorszego. A nasz etap, to był etap wybierania powoli łóżeczka, mierzenia pokoju, czytania o wanienkach, zastanawianiu się nad przeprowadzką, nad tym jak to będzie z uśmiechem na ustach itd. To nie jest sfera abstrakcji czy marzeń. To jest sfera planów i pewnej przyszłości, która runęła dla nas w tym momencie w gruzach.

Jestem mamą NIESPEŁNIONĄ

I to uczucie jest najgorsze. Uczucie pustki, braku, rozżalenia, ogromnej tęsknoty za własnym dzieckiem, niespełnionych wyobrażeń. Trzeba dodać, że każda z nas wraz z pierwszymi dniami ciąży przygotowuje się na bycie mamą, a w zasadzie już jest mamą. Organizm również nas na to przygotowuje, zachodzą poważne zmiany w ciele i mózgu. A przerwanie tych przygotowań w sposób tak brutalny jak obumarcie malucha w brzuchu, jest czymś tak gwałtownym, drastycznym i nienaturalnym.

Pojawiło się też uczucie, tak mało mi znane wcześniej. Współczucie samemu sobie. Współczuję nam. I wtedy pęka mi serce. Niedługo po porodzie zdecydowałam się na pomoc psychologa. Mam za sobą traumatyczną śmierć mamy kilka lat temu, po której postanowiłam poradzić sobie sama. Ale nie tym razem, nie mam ochoty siłować się sama ze sobą. Z resztą najczęściej nie jest to terapia standardowa indywidualna. Tylko pomoc w przejściu przez żałobę, w zrozumieniu jej, w zrozumieniu siebie i swoich emocji, w poukładaniu sobie pewnych spraw w głowie. Jeśli trafi się na kogoś z ogromną empatią i profesjonalizmem, takie spotkania są jak złoto. Uczestniczę w nich razem z mężem, który też został obarczony w ostatnich tygodniach ogromnym stresem, traumą, lękiem o mnie, a równocześnie musiał kontynuować pracę i ogarnianie domu, jedzenia, papierkologii wtedy kiedy ja nie byłam do tego zdolna.

Kolejnym moim stresem jest praca, do której właśnie musiałam wrócić po dwóch miesiącach, a przecież miało mnie tu już nie być. I to uczucie jest przetrudne, obok tego wrażenia, że wszyscy wiedzą co się wydarzyło i obserwują moje zachowania. Ale wiem, że jest to naturalne. I naturalny jest ten stres i niechęć do powrotu do starej rzeczywistości. Temat straty, to jest niezwykle skomplikowany temat. Wpływa na wszystkie sfery życia. Warto chyba jednak starać się zaczepiać myśli o cokolwiek dobrego. Skupiam się na mężu, na jodze, na przygotowaniu dobrego jedzenia, na błahych sprawach. Równocześnie wyobrażam sobie, że muszę zadbać o siebie, jeśli chcę być gotowa na nową ciążę, która narazie jest wielkim marzeniem. Muszę być wojownikiem. To oczywiście nie odbiera mi prawa do codziennego płaczu. Tęsknota jest zbyt silna.

Warto dać sobie przestrzeń do przeżywania

Aby móc pomagać innym (stabilnie odnajdywać się w rzeczywistości i na przykład akceptować cudze szczęśliwe ciąże), najpierw musimy pomóc sobie. Warto też dać sobie przestrzeń do wynurzenia się z tego bólu kiedy to tylko możliwe. Spokojny oddech, uśmiech też są wskazane i nie możemy się za nie biczować, tylko musimy wykorzystać to jako okazję do powolnego powrotu do stabilnego życia. Stabilne życie nie oznacza jednak negacji tego co się wydarzyło, maluchy już na zawsze będą częścią nas, a my na zawsze będziemy mamami, z najtrudniejszymi rolami.

Dziękuję za możliwość rozpisania się ze swoją historią, nikt nie zrozumie jej lepiej niż Wy. Trzymam kciuki za wszystkie wojowniczki. Nawet jeśli nimi się nie czujecie, to nimi jesteście, bo nosicie w sobie ogromny ciężar i wyzwanie życiowe. Ściskam ciepło.

Autor: Niespełniona Mama

Dlaczego?

Kiedy poznałam mojego partnera życie nabrało kolorów, pomyślałam sobie, że wygrałam los na loterii. Wydawał się szalenie odpowiedzialnym człowiekiem, a w dzisiejszym świecie to towar deficytowy. Nie dane mi było zostać mamusią i już się z tym faktem oswoiłam.

Kiedy jednak  w terminie nie dostałam miesiączki, zrzuciłam to na okres przekwitania, z uwagi na fakt iż przekroczyłam 40-tke. Objawy ze strony organizmu były porównywalne, jednak po kilku dniach postanowiłam kupić test. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Przepełniająca mnie radość przeplatała się ze strachem. Mój partner ma dziecko i nie planował już mieć potomstwa, obawiałam się jego reakcji. Natychmiast umówiłam się na wizytę do lekarza. Po pierwszej rozmowie telefonicznej z moim partnerem uspokoiłam się, powiedział że damy radę. Jednak później sugerował aborcję, mówił że to nie może się wydarzyć, itp.

Nadszedł dzień wizyty u ginekologa

Lekarz podczas badania USG pogratulował mi dziadziusia – siódmy tydzień. Jak ja się wtedy cieszyłam, czułam się jakbym rzeczywiście wygrała los na loterii. Radość, którą brutalnie przerwała wiadomość o tym, iż serduszko mojego Aniołka nie bije. Nie mogłam w to uwierzyć. Wyszłam z gabinetu z uczuciem jakbym dostała czymś w głowę. Następny dzień, 22 kwietnia 2020 r., był koszmarem. Szpital, badania, tabletki na wywołanie krwawienia, ból fizyczny i psychiczny nie do opisania. Mój partner miał inne sprawy na głowie tego dnia, więc nie wnikał w mój stan emocjonalny.

W końcu jego problem sam się rozwiązał

Ze szpitala wyszłam na drugi dzień. Odebrała mnie koleżanka z pracy. Wyniki badań, które przeszłam w szpitalu były książkowe. Przez pierwszy tydzień, jak mi powiedziała kilka dni temu pani psycholog, musiałam być w szoku, ponieważ nie odczuwałam jeszcze straty dzidziusia, jednak po tygodniu przyszedł okres potwornej żałoby, ogromnego bólu, obwiniania się o wszystko, że jednak może mogłam temu zapobiec i co mogłam zrobić nie tak. Mój partner nie potrafił zrozumieć co czuję. Cały czas mówił na nasze maleństwo “to”. Więc wysłałam mu fotkę obrazu USG, żeby mu coś uświadomić,. Napisał mi tylko, czy naprawdę chciałam tego na zdjęciu.

To tak zabolało. Cały czas boli

Jak osoba inteligentna i o pewnej wrażliwości może się tak zachowywać. Padły też słowa, że to wszystko było zaplanowane, bo chciałam sobie odfajkować jeden z punktów na liście życiowej.
Oczywiście mówił, że będzie mnie wspierał i mogę z nim zawsze porozmawiać, ale tylko na słowach się skończyło, bo zostałam z tym bólem sama. Nie odbiera ode mnie telefonów, nie odpowiada na wiadomości. Żebrałam niejednokrotnie o wsparcie, o rozmowę, bezskutecznie. Miał jeszcze pretensje, że z kimś o tym rozmawiam. Jasne, miałam dusić wszystko w sobie. Zostałam sama, cierpię w samotności i bólu. Co prawda wspiera mnie kilka osób, ale nie osoba, która powinna być przy mnie. Mój świat się zawalił podwójnie. Wracam z pracy i wyję do poduszki. Jest lato, świeci słońce, a mnie już nic nie potrafi cieszyć. Pozostała potworna pustka, której już nic nie będzie w stanie wypełnić.

Autor: asiekW

Jak przeżyć oczekiwanie?

Mam 32 lata, 2-letniego synka i dziś test pokazał 2 kreski. Który to test? Nie pytajcie…

Już bym pewnie miała dobre auto za tą kasę. Znacie to uczucie: boje się być szczęśliwa, jakby przeczucie, że za zakrętem czyha niebezpieczeństwo. Bo to moja czwarta ciąża. Był kwiecień 2017 r. Razem z narzeczonym nie posiadaliśmy się z radości! Obdzwoniliśmy rodziców, rodziny. Wyliczyłam z położną (bo przebywam w UK), że to 9 tydzień. Potem poszło: wizyty u położnej, usg za 4 tygodnie, czas wręcz biegł… kwitłam. 13 tydzień, USG, miałam tak pełny pęcherz, ze prawie pękłam, ale radiolog nic nie widziała, musiała zrobić USG dopochwowo, po czym stwierdziła, ze ciąża jest o wiele młodsza niż myśleliśmy. O braku bicia serca nie wspomniała. Wyczytałam to potem w dokumentach.

Po tygodniu miałam kolejne USG i kolejny zawód

Przez ten tydzień modliłam się, dużo leżałam, przeprosiłam wszystkich, którym wyrządziłam jakaś krzywdę. Po tygodniu zapadł wyrok: płód jest jeszcze mniejszy, nie rośnie, serce nie bije. Narzeczony był tam ze mną. Płakaliśmy, wspieraliśmy się nawzajem. Dali mi tabletki, chyba Cytotec, dali kodeine. Mogłam też czekać co z tego wyniknie lub zapisać się na zabieg. Wybrałam tabletki. Był czwartek, ok.13:00. Przyjechaliśmy do domu, wzięłam tabletki pod język, po godzinie-dwóch zaczęłam wymiotować, krwawic. Noc spędziliśmy na kanapie. Narzeczony ciągle przy mnie. W nocy obficie krwawiłam, rano jakby uspokoiło się. Nosiło mnie. Poszłam do lekarza po zwolnienie. Dostałam 2 tygodnie. Poszliśmy do sklepu po środki sanitarne.

Był 26 maja: Dzień Matki! A moje właśnie umarło…

Po kilku dniach wszystko uspokoiło się (tak myślałam). Po 4-5 dniach znów zaczęłam krwawic obficie, do tego stopnia, że wezwaliśmy ambulans. Przyjechali po godzinie, zbadali puls i zapytali czy chcę pojechać do szpitala. W karetce krwawiłam nieprzerwanie. Ciągle miałam tez mdłości. W szpitalu czekałam ponad godzinę, dopiero kiedy krew zaczęła kapać z wózka, zainteresowali się mną. Po kilku godzinach zrobili mi zabieg, ponieważ jakaś tkanka zablokowała się. Obudziłam się ok.4 rano. Mój partner siedział obok łózka. Sala, na której leżałam, liczyła kilkanaście łóżek oddzielonych kotarami. Wypisali mnie o 12 tego samego dnia.

Był 1. czerwca

Po wszystkim długo nie mogłam dojść do siebie. Stroniłam od ludzi, nie chciałam wracać do pracy w fabryce, chociaż partner i jego rodzina namawiali mnie. Po 4 tygodniach wróciłam do pracy i było mi niezmiernie ciężko. Zrezygnowałam z funkcji i przywilejów team leadera, chciałam tylko wykonywać proste czynności. Miałam problemy ze snem, z praca, w związku. Poszłam do lekarza, skierowali mnie na counselling. Skontaktowałam się z fundacją wspierająca kobiety po rożnych przejściach. Wstępna wizyta była bardzo przykra. Kobieta robiąca wywiad była bardzo niemiła: twierdziła, że moje poronienie to nic specjalnego. Przydzielili mi młodą studentkę. Chodziłam na terapię przez kilka miesięcy.

W ciągu tych kilku miesięcy znów zaszłam w ciążę

Dokładnie 3 września zrobiłam test, ale partner zniechęcił mnie, mówiąc, ze pewnie kolejny test negatywny i szkoda pieniędzy. Dzień później opróżniam kosz i wyciągam test z 2 kreskami. Dzwonie do lekarza, do chłopaka, zanoszę próbkę moczu do przychodni… kupuje jeszcze 1 test: pozytywny. Przychodnia potwierdza, ich zdaniem to 4-6 tydzień (liczą od ostatniej miesiączki), procedura rusza od nowa. Po 2 tygodniach wizyta u położnej, potem bóle w podbrzuszu. W 8 tygodniu jadę do szpitala na oddział wczesnej ciąży (early pregnancy unit). USG rozwiewa obawy, ale jestem dopiero w 6.tygodniu, jednak serce bije. Biorę wolne od pracy, bo się boję.Wracam do pracy w 12 tygodniu. Nagle znów ostry ból w dole brzucha. Robią badania, podwyższone ciśnienie, ale diagnostycy i USG już nie pracują. Odsyłają nas do domu.

Tydzień później nareszcie USG i wszystko w normie

Wyniki badań na syndrom Downa i Patau są w porządku. Nareszcie 5. tydzień i kolejne USG: chłopiec. Mój partner myślał, że byłam rozczarowana, a ja po prostu cieszyłam się i martwiłam jednocześnie. W 6. miesiącu zaczęła lecieć siara. Potem pierwsze ruchy, usłyszałam bicie serca: niezapomniane. Urodził się w maju 2018, naturalnie, 4 dni po terminie, nigdy nie odeszły mi wody, ale poród szybki, tylko popękałam 3. Stopien. Do porodu nie zdążyli mnie znieczulić, to później dostałam Epidural na zakładanie szwów. Wyszliśmy tego samego dnia. Rozwija się zdrowo. Byliśmy naprawde szczesliwi, choc nie obylo sie bez trosk i problemow wychowawczych, karmie go dotychczas. Okres nie wrocil dopoki moj syn nie skonczyl 9 miesiecy, pewnie za sprawa karmienia. Mial 10 miesiecy, poszlam przebadac sie, zapytalam o antykoncepcje. Dali mi tabletke POP, ktora mozna stosowac karmiac. Po niej wrocil okres, wlasciwie krwawilam caly czas. Podziekowalam za tabletki.

Zaczelismy starac sie o dziecko kiedy skonczyl rok: bez skutku

Przez 2-3 miesiace znow brak okresu, ale wynik testu negatywny. Znow sie staramy-bezskutecznie. Wreszcie w lutym 2020 przelom: test pozytywny, 2 dni po urodzinach. Dzwonie do meza, do przychodni… machina rusza, nie posiadamy sie ze szczescia. Tydzien pozniej polozna: wizyta trwa 10 minut, za tydzien nastepna, towarzyszy mi synek i ta trwa juz godzine. Jest duze zamieszanie:zle nazwisko, inny adres, nie ta przychodnia. Rzekomo 6. Tydzien ciazy.Mowie w pracy, powoli oswajamy sie z ciaza, kompletujemy wyprawke. Wkrada sie Covid-19. Okolo 9.tygodnia zaczyna bolec mnie brzuch. Dzwonie na EPAU ( wczesna ciaza), jade do szpitala, wypraszaja meza i dziecko ze szpitala. Na badanie ide sama. Pelny pecherz nie pomaga, znow nie widza Dziecka, pytaja czy moze byc mlodsze, moze jest zbyt wczesnie. USG dopochwowe tez nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi. Kaza wrocic za 10 dni. Najwieksza meka: w domu i w pracy jak na szpilkach. 10 dni pozniej znow szpital. Maz zostaje z dzieckiem, czekam od 10 rano, o 11 wreszcie USG i wyrok: przykro nam, nie rosnie, nie rozwija sie.Nie mam zasiegu, nie wiem jak maz i syn. SMS-y nie docieraja. Chce tylko wyjsc. Zachowuje kamienna twarz. Kaza czekac, po 4h wreszcie wzywa mnie lekarz.

Najgorsze 4h zycia. Mam wybor: zdac sie na nature albo przyjac cytotec

Wybralam nature, ale wzielam lek na wszelki wypadek. Jest 30 marca. 31 marca wzielam tabletki, zadzialaly szybko, na szczescie tylko obficie krwawilam, kazdego dnia mniej. 2 kwietnia dostalam krwotok: porod z rzeznia w jednym. Maz poszedl po srodki sanitarne, kolezanka,chcac mnie pocieszyc, mowi, zebym wstrzymala sie z kolejna ciaza na lepsze czasy, ze to zly czas, sama wlasnie urodzila… syty glodnego nie zrozumie…2 kwietnia, zmieniam podpaski co 5 minut, nagle cos gabczastego wielkosci mydelka laduje w mojej dloni. Maz kaze mi “to” wyrzucic, synek niewiele rozumie. Maz tez jest pomocny, ale przezywa to po swojemu. Boli cialo i psychika. Jestem bardzo blada i slaba. Byle nie musiec jechac do szpitala. Mijaja dni i tygodnie, a ja mysle, ze mogalbym miec juz skan, polowkowe… mam meza i dziecko, obje chodzimy do pracy, bo koronawirus, duzo czasu dla rodziny i duzo rozmyslan.

Czymze jest strata Dziecka w porownaniu do tylu smierci?

W wyniku zaniedbania lekarzy dostaje przypomnienie o wizycie, wyzywam sie na pielegniarce, zdarza mi sie krzyknac na synka i meza… klocimy sie o byle co. Z utesknieniem czekam na okres… pytam czemu my, czemu inni moga, a my nie? Nie palimy, nie pijemy, raczej zdrowo jemy, duzo spacerujemy… raz w zlosci powiedzialam, ze tesciowa powinna umrzec, nie moje Dziecko, potem zalowalam bo zrobilam przykrosc mezowi. Oni nawet nie wiedzieli o ciazy, o jej utracie.
Nagle dzis 2 kreski na tescie. Dzwonia z pracy, zeby wrocic, ale czy powinnam? Boje sie o siebie i rodzine, o synka, o to Dziecko, ktore we mnie rosnie, o to co dalej. Nie dam rady kolejny raz, ale wiem, ze musze byc silna dla moich mezczyzn. Boje sie utraty pracy, ustaty kolejnego Dziecka, braku srodkow do zycia. maz tez ciagle czeka ba wezwanie do pracy.
Mowi mi, zebym zachowala spokoj, ale jak sie nie denerwowac, nie martwic?