Poronienie – ból jest tak wielki

Od ponad roku starałam się zajść w ciążę, nie myślałam o niczym innym. Okres spóźniał mi się 4 dni, od razu pojechali po test ciążowy i był pozytywny.

wasze historie

Nie potrafię opisać tego jak się cieszyłam już planowałam jak urządzę pokoik. Dwa dni później miałam wizytę, miałam nadzieję potwierdzi moją ciążę.

5 minut przed wejściem do gabinetu zaczęłam krwawić. Ginekolog niczego nie widział na badaniu USG, dostałam skierowanie na betę, które coś wykryło.

Następnie pobyt w szpitalu i kolejne potwierdzenie braku ciąży, podejrzenie ciąży pozamacicznej lub biochemicznej.

Od tego momentu minęło prawie pół roku a ja nadal nie potrafię się pozbierać po tej stracie.

Wiem że nawet nie widziałam pierwszego zdjęcia usg i nie poczułam bicia serduszka, ale ból i tak jest wielki. Ktoś kto tego nie przeżył nie zrozumie jak to jest.

Autor: Monika

Mój mały Aniołek – historia o stracie

Początek pięknego miesiąca i nie do wiary dwie kreski na teście ciążowym.
Łzy szczęścia, radość, w końcu się udało.
Pierwsza wizyta u lekarza okazuje się 4 tydzień. Cudownie.
Kolejna wizyta wszystko było w porządku. Kolejna i kolejna. Badania prenatalne, ciąża przebiegała książkowo.

wasza historia

I nagle pewnego dnia zobaczyłam krew. Strach i szybka wizyta na sor.
Uczucie strachu i tego co będzie nie do opisania. Lekarz, który mnie przyjmował,  zbadał mnie, zrobił USG i wszystko było ok, ale zostawili mnie na obserwacji.

Po 3 dniach wyjście do domu. Piątek, wszystko opanowane. Zalecenia – proszę odpoczywać. Minęła sobota. I w niedzielę rano znowu krwawienie.

Wizyta na sor. Badania. Wszystko okej. Zdziwienie lekarza, że na wypisie zagrożenie poronieniem a pacjentka wypisana do domu bez żadnych tabletek na podtrzymanie ciąży. I nic.

Dostałam dopiero tabletki, ale wypuścił mnie do domu.
Kolejne dni, było wszystko w porządku. Środa rano krwawienie ze skrzepem. Przyjazd pogotowia I przyjęcie na oddział.
Badania. I słowa lekarza, że jeżeli donoszę do 6 miesiąca to będzie cud, szyjka się skraca. Ale jak przecież wszystko było w porządku. Kroplówki badania krwi. Krwawienie ustało.

Czwartek 28.07.
Badania rano, serduszko bije wszystko okej. Cieszyłam się, że może w końcu się wszystko unormuje. Do czasu. Godzina 22, ból brzucha, krwawienie, ból kręgosłupa. Zabierają mnie na badanie.

I nagle mój świat się zawalił a serce myślałam że mi wyskoczy.
Niestety musi Pani rodzić.
Krew lała się strumieniem, ból nie do opisania.
Byłby innym bólem, gdybym mogła to dziecko mieć przy sobie i przytulić.
20 tydzień ciąży, urodziłam syna.

Serce pękło na pół. Był taki malutki na dwie dłonie, mój mały synek.
2 dni w szpitalu. I wyjście do domu, ciągle łzy.
Nie mogłam spać w nocy wszystko mi się śniło.

To straszne . Ból straty dziecka najgorsze co mnie w życiu spotkało.
I mimo, że tygodnie mijają, ja nie umiem sobie z tym poradzić. Jest mi źle i pusto. Czasami spoglądam na swój brzuch i po czasie dochodzi do mnie, że przecież tam już nikogo nie ma.

Boli strasznie. Korzystałam z pomocy psychologa, ale to dla mnie i tak za mało. Wiem że nigdy nie zapomnę tego. Mogę jedynie nauczyć się z tym żyć, ale wiem że to nie będzie łatwe…

Autor: Angela

Poroniłam – ból po stracie

Witam,

Zdecydowałam się napisać, ponieważ cały czas myślę, że przez to że nie słuchałam swojej intuicji i poczułam się zbyt pewna poroniłam.

wasza historia

W piątek byłam u swojego ginekologa i potwierdził 6 tydzień i zlecił mi badania krwi. W niedzielę poroniłam. W poniedziałek dostałam telefon od ginekologa, że mam bardzo niski progesteron i powinnam zwiększyć dawkę i natychmiast odstawić karmienie. Było za późno.

Gdy dowiedziałam się o ciąży od razu umówiłam się na wizytę i musiałam czekać 2,5 tyg. I przez ten czas czułam,  że powinnam iść wcześniej żeby sprawdzić czy nie powinnam brać progesteronu, ale odpuściłam bo nie było terminów i stwierdziłam że nic to nie zmieni.

Odstawiałam roczną córkę od piersi, zostały nocne karmienia, mało miałam mleka ale i tak potrzebowała piersi, żeby nawet tylko cycać. Gryzłam się, czy nawet trochę karmić, bo prolaktynę miałam niską i czytałam artykuły, że to nie wpływa na ciążę.

A teraz kiedy już jest po wszystkim zadaje sobie pytanie, czy jakbym poszła wcześniej do lekarza i bym brała progesteron od 1 dnia to by pomógł? Czy karmienie zaszkodziło? Czemu nie posłuchałam intuicji? Czy dziecko było zdrowe i silne, a tylko przez moją nieuważność je straciłam?

Czuję że to wszystko przeze mnie…tyle rzeczy mogłam lepiej zrobić i było by dobrze.
Potrzebuje z kimś o tym pogadać, nie wiem gdzie szukać takiego psychologa.

Autor: Kasia


Jeśli Ty również odczuwasz pustkę,  brak zrozumienia ze strony najbliższych, chcesz wyrazić swój ból i podzielić się z nami swoimi emocjami – opowiedz nam swoją historię.

Prześlij ją w poniższym formularzu. Historia zostanie przez nas opublikowana anonimowo.

Opowiedzianą historię opublikujemy w dziale Wasze Historie.

    Podziel się swoją historią

    * pola obowiązkowe

    Informacja
    Redakcja Poroniłam.pl zastrzega sobie prawo do naniesienia poprawek do przesłanych historii, aby tekst był zgodny z zasadami ortograficznymi i interpunkcyjnymi j. polskiego. Nie publikujemy nazwisk lekarzy i nazw szpitali.

    Uwaga! Nie publikujemy nazwisk lekarzy i nazw szpitali.

     

    Moje życie i poronienie – historia o stracie

    Witam na początku to napisać muszę bardzo smutne me życie, ponieważ dwa razy poroniłam. Był to mój najcięższy okres w życiu.

    Moje życie i poronienie - historia o stracie

    Poznałam chłopaka, który bardzo mi się spodobał. Szaleństwo miłości, zakochanie itd. Wypady nad jezioro kochanie się przy gwiazdach w nocy. Coś pięknego.

    Kiedy wróciłam do domu ogarnął mnie stres całkiem, ponieważ mam zbyt surowych rodziców.

    Możliwe, że to przez stres lub zła dieta spowodowały, że tak się stało. Jutro idę zapisać się na wizytę do ginekologa.

    Nie wiem co powie: Czy to poronienie? Czy miesiączka? Ale zbyt wcześnie, bo po stosunku zaczęłam krwawić. Bardzo i skrzepy poszły ze mnie. To wyglądało strasznie.

    „Nie mam dobrych wieści… ” – moja historia o stracie

    O ciąży dowiedziałam się kilka tygodni po naszym ślubie. Jesteśmy razem 6 lat, świadomie przestaliśmy się zabezpieczać chociaż zajście w ciążę traktowałam jak wyzwanie. Choruję na PCOS i lekarz uprzedzał, że mogą być problemy także w momencie, w którym zobaczyłam dwie kreski na teście byłam wniebowzięta. Cudowny prezent ślubny pomyślałam.

    wasza historia

    Zrobiłam jeszcze jeden test, dla pewności i jeszcze tego samego dnia byłam u ginekologa. Pan doktor powiedział, że jest pęcherzyk i żebym wróciła za tydzień sprawdzić czy wszystko dobrze się rozwija. Tak też zrobiłam, ale już u swojej pani doktor, do której chodziłam na kontrolne wizyty.

    6 tydzień, serduszko bije, wszystko wygląda wspaniale. I wspaniale się czułam, mąż początkowo myślał, że żartuję, ale po pierwszym szoku cieszył się jak szalony. Powiedzieliśmy rodzicom, przyjaciołom, szybko też dowiedziały się osoby z mojej pracy. W końcu takim szczęściem trzeba się dzielić.

    Zrobiłam wszystkie zlecone badania, zaczęłam się oszczędzać, nigdy nie czułam takiej motywacji do zmian złych nawyków jak w tym czasie. Badania zlecone przez lekarza wyszły dobrze, nie było się czym martwić, brałam zalecone suplementy.

    Na kolejną wizytę byłam umówiona w 10 tygodniu, przez ten czas dużo czytałam i byłam przygotowana na widok małego człowieka na ekranie. Już po minie pani doktor widziałam, że nie dowiem się niczego dobrego. „Pani Karolino, a objawy ciąży się utrzymują?” W sumie nie. W zeszłym tygodniu płakałam mężowi w ramię, że mam wrażenie, że coś jest nie tak, bo mdłości odpuściły, nie byłam tak senna jak na początku, piersi też jakby mniej tkliwe chociaż trochę bolały.

    Mąż uspokajał mnie, że przecież w ciąży wszystko zmienia się bardzo szybko, że na pewno jest wszystko w porządku, a mdłości raz są a raz ich nie ma. Naprawdę mnie uspokoił, ale kiedy pani doktor zadała to pytanie zaczęłam analizować. „Serduszko przestało bić w 8 tygodniu” powiedziała, a mnie zrobiło się ciemno przed oczami. Dwa tygodnie temu? Ale jak to? „Tak się zdarza, nie miała pani na to żadnego wpływu” ale to przecież było moje dziecko.

    Z gabinetu wyszłam ze skierowaniem do szpitala, poinformowana co mnie czeka, wróciłam do domu, ale w drodze zadzwoniłam do męża. Nie umiałabym mu tego powiedzieć patrząc w oczy. Chciałam żeby wiedział zanim wrócę. Łudziłam się, że ginekolog się pomyliła, może coś źle odczytała, ale następnego dnia w szpitalu lekarz potwierdził, że serduszko biło tylko przez chwilę. Zapytał czy zgadzam się na farmakologiczne wywołanie poronienia, zgodziłam się.

    Dostałam tabletki i kazano mi się położyć. Na sali byłam sama, miałam swoją toaletę, założyłam podpaskę i poszłam spać. Spałam może trzy godziny, a obudziły mnie skurcze. Położne co jakiś czas dopytywały czy chcę środki przeciwbólowe, ale dało się wytrzymać. Gorszy był ból psychiczny i świadomość, że za chwilę mojej Fasolki nie będzie, a na to przecież paracetamol nie pomoże. Nie było jej już dwa tygodnie kiedy ja tak bardzo się nią cieszyłam.

    W międzyczasie miałam urodziny, za rok miałam mieć już swoje dziecko przy sobie, a wszystko pękło jak bańka mydlana. Kiedy zaczęło się krwawienie czułam się źle, jakby to wszystko było okropnym snem, którego muszę doświadczyć. Marzyłam żeby się obudzić i żeby wszystko było jak dawniej, ale ból uświadamiał mi, że to jednak rzeczywistość.

    Moja Fasolka to teraz mój Aniołek. Nie wiem czy miałabym syna czy córkę, nie chce tego wiedzieć. Nie chcę też wiedzieć co było przyczyną, ale wiem, że nie mogłam nic zrobić. Nawet nie wiedziałam, że moje dziecko umarło. Dzisiaj mija tydzień, krwawienie nadal przypomina mi o tym co się stało, każdy nam współczuje, bo przecież każdy kto gratulował musiał się dowiedzieć co się stało.

    Mąż jest dla mnie ogromnym wsparciem, wiem, że tez przeżywa, a dla mnie każdy kolejny dzień jest gorszy. Nie potrafię pozbyć się uczucia tęsknoty i żalu. Wiem, że gdy dojdę do siebie zdecydujemy się na kolejne starania, ale prawda jest taka, że nie zależy mi na razie na kolejnym dziecku. Zależy mi na tym, które straciłam.

    Nie chcę dojść do siebie żeby znów się starać, chciałabym żeby to wszystko po prostu się nie wydarzyło. Wiem, że natura czasem tak działa, że 1 na 4 ciąże kończy się poronieniem. Jestem 1 z 4 chociaż wcale nie chciałam. Nikt przecież nie chce trafiać na strony takie jak ta, ale dobrze, że one istnieją.

    Dzielę się swoją historią, bo jedyne co mi pomaga to właśnie historie innych kobiet, które znam, ale też zupełnie obcych mi osób, które przeżyły to samo. Nie miałam pojęcia, że tyle znajomych z pracy czy nawet niektóre osoby z rodziny też straciły swoje dzieci. Pierwsze, drugie, czwarte, nieważne.

    Wszystkie są szczęśliwymi mamami mimo swoich przeżyć. Dlatego ja też chciałabym być szczęśliwą mamą dla swojego Aniołka i dać siłę innym kobietom, które muszą stawić czoła tej beznadziejnej sytuacji. Wierzę, że czas leczy rany, a po przejściu wewnętrznej żałoby będę gotowa na drugie dziecko i wiem, że będzie mi towarzyszył lęk, bo przecież nigdy nie zapomnę tego co czułam tracąc swoje dziecko.

    Autor: Karolina