Poronienie

Chciałabym opowiedzieć moją smutną historię. Starałam się z mężem o dziecko i w końcu się udało. W trzecim cyklu byłam już w ciąży. Bardzo się cieszyliśmy z tego powodu. Gdy tylko się dowiedziałam, że jesteśmy w ciąży świat się do mnie uśmiechnął.

Bardzo się bałam, ponieważ to była moja pierwsza ciąża, ale od samego początku pokochaliśmy ta dzidzię. Mąż szukał już wózka, bo taki był dumny, że nam się udało, a dziecko było naszym marzeniem. Pewnego dnia umówiliśmy się prywatnie na wizytę, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Byliśmy bardzo szczęśliwi, że zobaczymy nasze maleństwo.Z powodu pandemii sama musiałam iść na wizytę. Mąż czekał na mnie aż wrócę z dobrymi wiadomościami i zdjęciem maluszka. Gdy byłam na badaniu zobaczyłam maleństwo. Bardzo się ucieszyłam. Pokochałam go bardzo, ale pani doktor zamilkła na chwilę i nic się nie odezwała.

Po chwili mówi: „Ciąża obumarła. Nie wyczuwam tętna dziecka. Serduszko przestało mu bić w 8 tygodniu. Świat się nam zawalił. To było straszne, a później było jeszcze gorzej. w dniu poronienia widziałam zdjęcia, którym się dzieci urodziły a moja mała Marysia odeszła. Codziennie o niej myślimy z mężem i modlimy się, abyśmy mogli doczekać się maluszka w niedługim czasie.

Kochamy Cię Marysiu!

Autor: Basia

Jedna na sześć…

Mam 32 lata, wspaniałego rocznego synka i kochającego narzeczonego.
Kiedy mały się urodził wiedziałam już, że chcę mieć drugie dziecko jak najszybciej się uda, żeby była mała różnica wieku między nimi.

aniołek

Kwiecień

Cały czas karmie piersią. Pierwszą miesiączkę dostałam w kwietniu – 11 miesięcy od porodu. Zaczęliśmy konkretne starania. Kupiłam testy owulacyjne, ciążowe… zrobiłam w połowie test owulacyjny, trafiłam. W okolicy spodziewanej miesiączki zrobiłam test – w sumie niepotrzebnie, bo zaraz potem dostałam okres, trudno. Spróbujemy przy następnej.

Maj

Druga miesiączka i znowu test owulacyjny pozytywny. Pierwszy test ciążowy zrobiłam chyba 9 dni po owulacji – negatywny, ale 2h później wyciągnęłam test z kosza i była tam – ledwo co widoczna, blada kreseczka obok drugiej wyraźnej – nie mogłam uwierzyć. Chciałam skakać z radości. Zrobiłam jeszcze 11 testów każdego dnia jeden, z dnia na dzień kreska była coraz wyraźniejsza, potem przyszedł dzień miesiączki i nic. Umówiłam się na wizytę.

Ostatni test zrobiłam w dniu wizyty – pozytywny

Był to 6 tydzień, USG pokazało pęcherzyk, szczęście ogromne. Dostałam skierowanie na badania laboratoryjne, następna wizyta za 2 tyg.

8 tydzień. Na USG bijące serduszko, lekarz nie miał zastrzeżeń, wszystko prawidłowo się rozwija, kolejne skierowanie i za 2 tygodnie wizyta, mam przyjść wcześniej do położnej założymy kartę ciąży.

10 tydzień. Podobnie jak w pierwszej ciąży nie miałam żadnych nudności czy wymiotów, czasem pobolewał mnie delikatnie brzuch, ale wcześniej też tak było więc się nie przejmowałam. W zasadzie odkąd się dowiedziałam o ciąży to chuchałam i dmuchałam na siebie. Podekscytowana poszłam na wizytę, dostałam kolejną moją kartę ciąży, namacalny dowód mojego szczęścia rozwijającego się w brzuchu. Lekarz robi USG. „Bardzo mi przykro, ale ciąża się nie rozwija.” Pokazał mi USG… brak bijącego serduszka…. Jak to, przecież wszystko było w porządku…

Umarłam…

Dostałam skierowanie do szpitala na obserwację – niech inny lekarz jeszcze zobaczy.
Dzień wcześniej siedzieliśmy w domu, przyszła do nas mama narzeczonego i śmiałam się do niej, że chciałabym tak jak on, który wrócił właśnie z 2 dniowego wyjazdu na ryby pojechać gdzieś „na noc” odpocząć… wyjść z domu… wiem, że w chwili jak to mówiłam moje dziecko już nie żyło, ale mimo to mam poczucie, że powiedziałam to w złą godzinę… że wywołałam wilka z lasu… nie przypuszczałam że tak szybko będzie „okazja”…

Pojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do szpitala

Po raz pierwszy musiałam zostawić synka samego, bez mamy. Przyjęli mnie na oddział, w sali leżałam sama. Zrobili badanie i USG, pobrali krew na beta HCG. Nie miałam złudzeń, nie musieli nic mówić, widziałam ich twarze… rano pobrali krew na jeszcze jedno beta HCG, kolejne USG. Tym razem pani doktor… potwierdziła to, co już wszyscy wiedzieli – ciąża martwa sama już zanika. Dostałam tabletki na wywołanie krwawienia, po 5h zabrali mnie na zabieg…

Obudziłam się PUSTA… tak namacalnie pusta, że to chyba niemożliwe. Jeszcze dzień wcześniej czekałam na moje maleństwo, a teraz nie ma już nic, żadnego śladu… tylko ten ból w sercu..

Pamiętam jak pani doktor przy ostatnim USG powiedziała że takich ciąż nie ma co żałować nawet i rozpamiętywać, że gdyby była zdrowa to by nie umarła… że jestem młoda, mam synka przecież i że zajdę w kolejną ciążę.. Że lepiej teraz niż np w bardziej zaawansowanej ciąży… Jak można powiedzieć coś takiego kobiecie która straciła właśnie dziecko…. „Nie warto żałować… lepiej teraz jak później…” A ma to znaczenie, na którym etapie to się stało? Ja już kochałam tą kruszynę…

Wiem, że 1 na 6 ciąż kończy się poronieniem w I trymestrze

Tak już to wiem, wiem też, że połowa ciąż kończy się w 4-5 tyg i kobiety nawet nie podejrzewają, że były w ciąży, po prostu dostają kolejną miesiączkę…
Leżałam w szpitalu i przez korytarz słyszałam bicie serduszek na KTG u innych ciężarnych, potem słyszałam płacz noworodków i dusiłam się, umierałam… zastanawiałam się dlaczego to ja nie mogę leżeć po drugiej stronie korytarza, dlaczego to nie moje dzieciątko płacze… dlaczego to ja byłam tą 6 ciężarną ze statystyki…

Potem przypomniałam sobie jak siedziałam w poczekalni czekając na pierwszą wizytę, obok siedziały dwie kobiety, które się znały. Jedna żaliła się że po 18 latach zaliczyła wpadkę, że jak zobaczyła dwie kreski na teście to się załamała i ryczała tydzień i powiedziała wtedy „no trudno, stało się… nie chce, ale co zrobię?”… Teraz sobie myślę.. wiem, że nie powinnam bo nikomu nie powinno się to przytrafić…. Ale skoro ona nie chciała tej ciąży, to czemu ona nie mogła być tą 1 na 6…

Kiedy następnego dnia po zabiegu, lekarz mnie wypisał, w zasadzie wybiegłam ze szpitala, nie mogłam tam przebywać chwili dłużej…
Teraz wszyscy się pytają jak się czuję… co mam im powiedzieć… że dobrze? Kiedy wcale tak nie jest, fizycznie ok, nic mnie nie boli… a psychicznie? Źle, okropnie, czuję niewyobrażalny żal, złość , chce mi się ryczeć i krzyczeć. Kiedy jestem z synkiem, czy narzeczonym nic nie pokazuje po sobie, on też to przeżywa. Rodzina wie co się stało, poprosiłam ich żeby już nie pytali się codziennie jak się czuję bo i tak nie zrozumieją. Ja nie potrafię o tym rozmawiać, nawet jakbym chciała to po prostu zaczynam płakać. Zresztą przecież nie mogę im powiedzieć jak rozsypaną mam psychikę bo wiem, że nikt nie chce słyszeć takich rzeczy, mało przyjemne to jest więc się uśmiecham po prostu…

W ciągu dnia funkcjonuję naprawdę dobrze, mam przecież dziecko, które mnie potrzebuje cały czas, mam dla kogo żyć i po co żyć, więc żyje dalej, ale kiedy kładę się spać i zostaje z myślami sama, albo rano zaraz po przebudzeniu czuję tą straszną PUSTKĘ i za każdym razem przypomina mi się, że już nie ma mojego dzieciątka…
W klatce obok sąsiadka niedługo będzie rodzić, w bloku obok inna też… cieszyłam się, że zaraz i ja będę miała taki brzuszek, śmiałam się do narzeczonego że nasze dzieci będą się razem bawić, teraz ich widok sprawia mi ból… po prostu zazdroszczę im…

Wiem, że jak tylko dostane zielone światło od lekarza będziemy się starać ponownie…
Czytałam już, że kolejna ciąża po poronieniu może przebiegać książkowo bez żadnych problemów, zagrożeń czy komplikacji i że najczęściej tak jest… ale wcale mnie to nie uspokaja…

en strach… strach i obawa, a co jeśli to się zdarzy znowu… już będzie ze mną zawsze…

Autor: Ma

Poronienie

Zaczęło się niewinnie. Nie byłam nie byliśmy przygotowani na to. Zawsze byłam pewna, że nie będę w ciąży. Bałam się tego, a teraz strasznie chciałabym być, ale ponad pół roku nie wychodzi.

W jakim celu wykonuje się badanie MTHFR, Kto powinien wykonać badanie MTHFR, Ile kosztuje badanie MTHFR, Czy badanie MTHFR może dać wynik nieprawidłowy

Od 16 roku życia cały czas się leczę. Po ciężkim roku, gdzie był szpital za szpitalem, gdy nagle 18-letniej dziewczynie wali się cały świat i po diagnozie – choroba genetyczna – hemodializa nagle wychodząc ze szpitala dostaję kartkę “konsultacja ginekologiczna w sprawie resekcji układu rozrodczego”. Było to dla mnie szokiem! Po tylu licznych operacjach przyszedł moment, że zwątpiłam. Na szczęście trafiłam na waleczną panią doktor ginekolog, która powiedziała, że nie wyrazi na to zgody. Nigdy! Nawet jakby okazało się, że mam nowotwór.

Choroba genetyczna zjada organizm od środka

Gdy po horrorze ze szpitalami i lekarzami i po 3 latach brania hormonów nagle wychodzisz na prostą – widzisz nadzieję. Zapaliło się światełko! 3 miesiące od odstawienia hormonów zobaczyłam 2 kreski na teście. Szczęście, radość, gratulacje!  Niestety szczęście nie trwało wiecznie. 11 tydzień, zwykła wizyta… poronienie zatrzymane…. Ból rozrywający mnie od środka. Szpital i łyżeczkowanie, milion badań. I pustka którą czuję do dziś od zabiegu. Wszyscy po tym mieli mnie za silną, bo przed nikim nie płakałam tylko zawsze w poduszkę. Dostałam nawet kondolencje i zdanie: “To przecież jeszcze nie było dziecko… jesteś młoda za chwilę znów ci się uda”.

Tak jestem młoda i co z tego…

Dziś mija dzień, w którym nasze maleństwo miało być już z nami. Niestety nigdy nie będzie. Minęło pół roku, a ja się coraz bardziej boję, że to było jeden jedyny raz i już nigdy się to nie powtórzy. Po milionie badań diagnoza – zaostrzenie choroby genetycznej i mutacje to doprowadziło do tego. Choć ja cały czas się obwiniam… gdybym nie poszła na zajęcia, gdybym nie kłóciła się z rodziną może nasze maleństwo byłoby dziś z nami. Nie życzę nikomu tego, co przeszłam i dalej przechodzę, bo jak na razie leczenie nie skutkuje, a ja z każdą miesiączką czuję się coraz słabsza. Z każdą miesiączką chcę odpuścić, bo po co…po co miesiąc zdychać, katować się lekami, a stymulacje progesteronem i sterydem nie przynosąa żadnych efektów.

Lekarze prowadzący do dziś są zdania, że z tak fatalnym stanem zdrowia cud, że wtedy się udało. Choć słyszałam od nich co wizytę, że dla własnego dobra niech Pani w ciążę nie zachodzi lepiej, bo stan zdrowia bardziej się Pani posypie. Chcę zajść w ciążę. Staramy się, ale nie wychodzi, a ja coraz bardziej się boję. Boję się o to, że jak się uda ja sobie nie dam rady, bo wiąże się to z mocnym bólem, jak i tym, że nie wiem w jakim fatalnym stanie po porodzie będę. A po licznych operacjach ja naprawdę nie radzę sobie z tym.

Z drugiej strony boję się, że się to powtórzy czego bym nie przeżyła już drugi raz. W tym miesiącu usłyszałam od rodziny “Po co się leczysz? Po co Ci to?”.  Z miesiąca na miesiąc jestem coraz bardziej skołowana. A na kobiety w ciąży z dziećmi patrzeć nie umiem. Myślałam, że poronienie nigdy mnie nie będzie dotyczyło, że jestem poza tym. Teraz wie,m co czuła moja kuzynka. Pierwsze dziecko urodziła zdrowe, drugie poroniła, a po 2 miesiącach od poronienia zaszła w trzecią ciążę i urodziła zdrowe dziecko. Nie daje sobie rady, a wszyscy twierdzą z rodziny, że panikuję, że wymyślam. Ta pustka będzie ze mną zawsze. Nawet jak się uda, to będę bać się ruszyć z domu. To jest straszne.

Trzymajcie za mnie kciuki, bo ja obecnie na tym leczeniu już nie daje rady i już nie widzę w tym sensu.

Autor: Pattusia

Wszystkie nasze historie są podobne, a każda wyjątkowa

Dokładnie rok temu zdecydowaliśmy z mężem, że jesteśmy “gotowi” na dzidziusia. Jesteśmy szczęśliwym, wieloletnim związkiem i rozmowy o tym, jaką rodzinę chcemy tworzyć, ile chcemy mieć dzieci, kiedy chcemy mieć dzieci pojawiały się między nami już od lat.

Jakie są objawy poronienia, Jak wygląda poronienie, Jak często dochodzi do poronienia, Czy można zapobiec poronieniu

Mamy to szczęście, że dojrzewamy w podobnym tempie i decyzja ta zapadła między nami harmonijnie. Byliśmy gotowi i szczęśliwi, że teraz czeka nas nowy etap w życiu. Byliśmy też uświadomieni, że starania mogą potrwać i że nie zawsze jest tak kolorowo jak powinno. Ale uświadomienie sobie tego nie wystarczy, aby rozumieć z czym przyjdzie nam się mierzyć. Aktywne starania trwały 8 miesięcy, już wystarczająco długo, aby czuć frustrację z kolejnym rozczarowującym miesiącem, ale wciąż mało, aby panikować.

Nie zniechęcaliśmy się ani nie zakładaliśmy, że coś jest nie w porządku

W Sylwestra chyba obydwoje myśleliśmy w głowach podczas składania życzeń tylko o jednym marzeniu. Kilkanaście dni później odkryłam dwie kreseczki na teście ciążowym. To był tak ekscytujący i piękny wieczór, bo to właśnie wtedy zobaczyłam się z mężem i mogłam mu przekazać najpiękniejszą nowinę. Było to tak ważne, że pamiętam wyraźnie jakiej muzyki słuchałam tuż przed jego przyjściem i jaką książkę czytałam.

Pamiętam też nasze wzruszenie i oplatanie nóg wokół ukochanego. Pierwsze tygodnie były dla nas niepewne, były nowością i nie wiedzieliśmy czego mamy spodziewać się po wizytach, co się na nich dowiemy. W pierwszych dwóch miesiącach przeszłam bezobjawową infekcję dróg moczowych (zakończoną antybiotykoterapią), a opryszczka wargowa pojawiła się nawet dwa razy. Takie rzeczy nie są wybitnie groźne, lekarka była spokojna podczas kontroli, ale na pewno takie drobiazgi niepokoją i niepotrzebnie stresują.

Uspokoiłam się podczas pierwszych badań genetycznych. Piękny dzidziuś, piękne wyniki

Test Papp-a dodatkowo zmniejszył już i tak niskie ryzyko chorób genetycznych. Byłam zachwycona moim maluchem, którego zobaczyłam na ekranie. Miłość mamy do dziecka, które rozwija się wewnątrz niej jest mistyczna i ogromna, a równocześnie tak naturalna. Równolegle wybuchnęła pandemia. Pandemia wchodziła oknami, drzwiami w każdych wiadomościach, gazetach, głośnikach. Aura zimowa niczemu nie sprzyjała, niepokojące wieści ze świata (które teraz biorąc pod uwagę rozprzężenie społeczeństwa w temacie są czymś abstrakcyjnym), brak możliwości kontaktu z rodziną.

Z większością najbliższych nas osób musieliśmy się dzielić ciążą na odległość. Z niewieloma osobami widziałam się podczas ciąży, bo wciąż byłam zestresowana ryzykiem kontaktu. Takie też były rekomendacje dla kobiet w ciąży. Jeździliśmy więc po pracy zdalnej do pobliskiego lasu, zatapiając się w swoich planach o życiu z dzidziusiem, ale też niepokojach. Niepokój dotyczył na przykład tego, czy będę mogła rodzić z mężem za kilka miesięcy. Pomyśleć, że to był mój największy strach. Dobrze, że nie wiedziałam jeszcze wtedy co mnie czeka, bo chyba pękło by mi serce.

W międzyczasie wizyty kontrolne zostały ograniczone, przed badaniem połówkowym miałam jeszcze jedno spotkanie z moją prowadzącą lekarką. Wszystko ok, płeć jeszcze nie chce się ujawnić, ale dzidziuś mlaska językiem i kręci się w zabawie. Po każdej wizycie byłam pełna energii, szczęścia i spokoju.

W kwietniu coś się zmieniło…

Czułam się mocno zmęczona, ale też zestresowana. Każdego dnia. Próbowałam się uspokajać delikatną jogą, medytacją, spacerami, tym że nie mam przecież niepokojących objawów, plamień. Ale najwidoczniej intuicja mamy nie zawodzi. Czułam, że coś jest nie tak z maleństwem, mimo wypierania tych myśli, bo żadna mama nie myśli o najgorszym. Na początku maja, w 20 tygodniu ciąży, miałam wyczekaną wizytę z badaniem połówkowym, podczas którego mieliśmy poznać płeć naszego dziecka. Wewnętrznie ogromna radocha mieszała się z niewytłumaczalnym niepokojem. Wszystkie wizyty były restrykcyjne, nie mógł uczestniczyć w nich mój mąż z powodu pandemii. Weszłam do gabinetu sama. Lekarz podczas badania USG zamarł. Nie udźwignął sytuacji. Powiedział, że mu przykro, a później na kilka minut odleciałam w głąb siebie.

Rozpacz nie z tej ziemi. Rozpacz jakiej nie znałam

I ten widok nieżywego malucha na ekranie, który przecież rozwijał się książkowo. Z pomiarów dowiedziałam się, że maluch już najprawdopodobniej 3 tygodnie nie żył w brzuszku, więc było to na tym etapie też niebezpieczne dla mnie. Mimo to, nie miałam żadnych objawów, plamień. Mąż czekał na mnie przed wejściem. Zamiast poznać płeć swojego dziecka, dowiedział się, że nie żyje. W samochodzie płakaliśmy z rozpaczy i żalu, równocześnie w panice zastanawiając się co dalej.

Przykre jest to jak niewiele instrukcji otrzymaliśmy, a będąc w szoku człowiek nie zadaje wielu pytań. Człowiek, który nie przeżył tego nigdy wcześniej, nie wie przecież gdzie jechać, co nas czeka, jak to będzie wyglądać. Jest to przytłaczające. Mam żal do mojej prowadzącej lekarki, że nie dała mi namiarów na siebie w razie kryzysowej sytuacji – ani telefonu, ani maila, przychodnia w której stacjonuje była już wieczorem zamknięta. Jakoś udało nam się włączyć tryb zadaniowy, chodziło o moje przetrwanie, ustaliliśmy do jakiego szpitala z samego rana podjedziemy, spakowaliśmy mnie, wzięłam prysznic i poszliśmy spać. A raczej leżeć do świtu, bo nie byłam w stanie zasnąć nawet na chwilę. Wegetowałam na łóżku, nie mogąc zrozumieć dlaczego my.

W szpitalu musiałam być sama – przez pandemię, której teraz nienawidzę

Utrudniła mi życie w wystarczająco już traumatycznej sytuacji. Na przyjęciu dostałam pytanie od niedoświadczonej lekarki, co się stało. Nawet już nie miałam ochoty odpowiadać z krzykiem, ale skąd mam wiedzieć co się stało, sama chcę poznać odpowiedź na to pytanie. To był mój pierwszy raz w szpitalu. W dodatku wybrałam ten, w którym miałam rodzić zdrowego dzidziusia. Leżąc na sali, na szczęście odseparowanej od innych kobiet w szczęśliwych ciążach, słyszałam krzyki nowonarodzonych dzieci. Myślałam wtedy, że to najpiękniejszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszałam. Dźwięk życia.

W pokoju pojawiła się dziewczyna z Ukrainy, w podobnej sytuacji, choć miała już troje zdrowych dzieciaczków i chyba to sprawiało, że myślała na ten moment bardziej zadaniowo niż emocjonalnie. Ale jestem pewna, że w domu też przeżyła i przeżywa swoje. Było mi jej żal, bo przez pandemię, nie było jej męża w kraju, ani nie mogła też wybrać opcji pochówku maleństwa, bo nie miała warunków i pieniędzy na to, a polski zus jej tego nie zapewniał. Nie rozmawiałyśmy za wiele, pomagałyśmy sobie z fizycznymi czynnościami, ale słowa były niepotrzebne. Każda była zatopiona w sobie. Dostałam 2 tabletki poronne, o których też tak nie wiele można znaleźć informacji w internecie. Czułam ogromne skurcze, uczucie omdlenia i odejście wód płodowych.

Dyżurująca położna niestety bagatelizowała moje objawy, będąc przekonaną, że ja na pewno jeszcze nie rodzę. Dodam, że 20 tydzień ciąży to taka granica pomiędzy poronieniem, a porodem (oficjalnie uznawanym od 22 tygodnia ciąży). Wciąż organizm nie jest przygotowany do naturalnego porodu i trzeba go wywołać. Instrumentalnie nie można przeprowadzić poronienia, bo byłoby to zbyt brutalne pod kątem dalszych możliwości starań się o ciążę. Skończyło się na przerażeniu i trzymaniu główki mojego maleństwa pomiędzy nogami. Wtedy położna podniosła alarm na całym oddziale i zwołała lekarzy do nagłego zabiegu. Pojawiła się panika wśród załogi, która odbijała się na mnie. Po prostu płakałam, a równocześnie walczyłam o to, żebyśmy pobrali materiał dzidziusia do badań. Obudziłam się kilka godzin później, po zabiegu łyżeczkowania, który był niezbędny.

Dowiedziałam się, że urodziłam synka, Tadzia

Po szpitalu przeszłam silną infekcję dróg moczowych w wyniku cewnikowania, infekcję intymną, kilka nieskutecznych antybiotyków, stopowanie laktacji (emocjonalnie jedno z najcięższych przeżyć), stosowanie ponowne poronnego arthrotecu w celu dalszego oczyszczenia macicy, pęknięcie w odbycie, które skutkowało bólem i krwawieniem, poznanie własnego malucha w prosektorium (które trwało zbyt krótko, choć było to bardzo potrzebne i niezwykłe – dodam, że maluch wyglądał jak miniatura człowieka, z pięknie wykształconymi paluszkami stóp i dłoni, ślicznymi rysami twarzy, noskiem itd.) pogrzeb maluszka, pierwsze trudne spotkania z rodziną po kilku miesiącach, kilka wizyt u różnych specjalistów i wiele badań.

Zdecydowaliśmy, że chcemy w miarę możliwości, dowiedzieć się co się wydarzyło

Wiedzieliśmy, że możemy się nie dowiedzieć. Nie podoba mi się to jak drogie są takie badania i jak rzadko finansowane. Zrobiliśmy badania genetyczne, panel wirusowy, test na różne przeciwciała, trombofilię wrodzoną, zespół antyfosfolipidowy. Żadne badania nic nie wykazały, poza najprostszym badaniem histopatologicznym. Gorzko ciekawe jest też to, że lekarka wydająca wynik stwierdziła, że nic w nich nie wyszło. Natomiast nowy lekarz ginekolog, czytając wynik, dostał olśnienia, że przecież tu jest wyraźnie napisane, co było przyczyną. Musiał pojawić się zator, który zablokował dostęp do odżywiania i spokojnego oddechu malucha. To nie są naturalne przyczyny, więc lekarka chce drążyć temat dalej i zleciła mi kolejny pakiet badań, żeby móc cokolwiek zadziałać przy następnej potencjalnej ciąży, która narazie jest dla mnie sennym marzeniem.

Paradoksalnie najbardziej zmartwiło mnie rekomendowane sześć miesięcy wstrzymania starań na nowo. Czas żałoby to czas zawieszenia, rozciąga się, dni mi się dłużą, żyję w zasadzie od godziny do godziny. Czuję się kotem, który narazie wylizuje swoje rany. Fizyczne rany. Kotem, który boi się innych ludzi i chodzi swoimi dziwnymi ścieżkami. Jesteśmy blisko z rodziną, oni również ogromnie przeżyli naszą tragedię, ale od płaczu temat przeniósł się do sfery tabu. Ciężko jest oglądać im nasze cierpienie. Staram się nie płakać przy innych ludziach, bo widzę jaki sprawia to dyskomfort. Nie chcę ich stresować, ani siebie, nie chcę komuś psuć dnia, nastroju. Więc najczęściej płaczę w domu, w swoim azylu, do męża.

8 tygodni po naszej tragedii, dowiedziałam się że najlepsza przyjaciółka jest w ciąży

Teraz ani nie rozmawiamy o moich bólach, ani o jej ciąży. A złoty środek nie istnieje. To tak okropnie boli. Nie jest to nawet kwestia chyba zwyczajnej zazdrości, tylko żalu. To jest kwestia obserwowania kolejnych etapów czyjejś zdrowej ciąży, podczas gdy przypominają się nam nasze etapy, szczęśliwe etapy, bo nic nie zwiastowało najgorszego. A nasz etap, to był etap wybierania powoli łóżeczka, mierzenia pokoju, czytania o wanienkach, zastanawianiu się nad przeprowadzką, nad tym jak to będzie z uśmiechem na ustach itd. To nie jest sfera abstrakcji czy marzeń. To jest sfera planów i pewnej przyszłości, która runęła dla nas w tym momencie w gruzach.

Jestem mamą NIESPEŁNIONĄ

I to uczucie jest najgorsze. Uczucie pustki, braku, rozżalenia, ogromnej tęsknoty za własnym dzieckiem, niespełnionych wyobrażeń. Trzeba dodać, że każda z nas wraz z pierwszymi dniami ciąży przygotowuje się na bycie mamą, a w zasadzie już jest mamą. Organizm również nas na to przygotowuje, zachodzą poważne zmiany w ciele i mózgu. A przerwanie tych przygotowań w sposób tak brutalny jak obumarcie malucha w brzuchu, jest czymś tak gwałtownym, drastycznym i nienaturalnym.

Pojawiło się też uczucie, tak mało mi znane wcześniej. Współczucie samemu sobie. Współczuję nam. I wtedy pęka mi serce. Niedługo po porodzie zdecydowałam się na pomoc psychologa. Mam za sobą traumatyczną śmierć mamy kilka lat temu, po której postanowiłam poradzić sobie sama. Ale nie tym razem, nie mam ochoty siłować się sama ze sobą. Z resztą najczęściej nie jest to terapia standardowa indywidualna. Tylko pomoc w przejściu przez żałobę, w zrozumieniu jej, w zrozumieniu siebie i swoich emocji, w poukładaniu sobie pewnych spraw w głowie. Jeśli trafi się na kogoś z ogromną empatią i profesjonalizmem, takie spotkania są jak złoto. Uczestniczę w nich razem z mężem, który też został obarczony w ostatnich tygodniach ogromnym stresem, traumą, lękiem o mnie, a równocześnie musiał kontynuować pracę i ogarnianie domu, jedzenia, papierkologii wtedy kiedy ja nie byłam do tego zdolna.

Kolejnym moim stresem jest praca, do której właśnie musiałam wrócić po dwóch miesiącach, a przecież miało mnie tu już nie być. I to uczucie jest przetrudne, obok tego wrażenia, że wszyscy wiedzą co się wydarzyło i obserwują moje zachowania. Ale wiem, że jest to naturalne. I naturalny jest ten stres i niechęć do powrotu do starej rzeczywistości. Temat straty, to jest niezwykle skomplikowany temat. Wpływa na wszystkie sfery życia. Warto chyba jednak starać się zaczepiać myśli o cokolwiek dobrego. Skupiam się na mężu, na jodze, na przygotowaniu dobrego jedzenia, na błahych sprawach. Równocześnie wyobrażam sobie, że muszę zadbać o siebie, jeśli chcę być gotowa na nową ciążę, która narazie jest wielkim marzeniem. Muszę być wojownikiem. To oczywiście nie odbiera mi prawa do codziennego płaczu. Tęsknota jest zbyt silna.

Warto dać sobie przestrzeń do przeżywania

Aby móc pomagać innym (stabilnie odnajdywać się w rzeczywistości i na przykład akceptować cudze szczęśliwe ciąże), najpierw musimy pomóc sobie. Warto też dać sobie przestrzeń do wynurzenia się z tego bólu kiedy to tylko możliwe. Spokojny oddech, uśmiech też są wskazane i nie możemy się za nie biczować, tylko musimy wykorzystać to jako okazję do powolnego powrotu do stabilnego życia. Stabilne życie nie oznacza jednak negacji tego co się wydarzyło, maluchy już na zawsze będą częścią nas, a my na zawsze będziemy mamami, z najtrudniejszymi rolami.

Dziękuję za możliwość rozpisania się ze swoją historią, nikt nie zrozumie jej lepiej niż Wy. Trzymam kciuki za wszystkie wojowniczki. Nawet jeśli nimi się nie czujecie, to nimi jesteście, bo nosicie w sobie ogromny ciężar i wyzwanie życiowe. Ściskam ciepło.

Autor: Niespełniona Mama

Dlaczego?

Kiedy poznałam mojego partnera życie nabrało kolorów, pomyślałam sobie, że wygrałam los na loterii. Wydawał się szalenie odpowiedzialnym człowiekiem, a w dzisiejszym świecie to towar deficytowy. Nie dane mi było zostać mamusią i już się z tym faktem oswoiłam.

Kiedy jednak  w terminie nie dostałam miesiączki, zrzuciłam to na okres przekwitania, z uwagi na fakt iż przekroczyłam 40-tke. Objawy ze strony organizmu były porównywalne, jednak po kilku dniach postanowiłam kupić test. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Przepełniająca mnie radość przeplatała się ze strachem. Mój partner ma dziecko i nie planował już mieć potomstwa, obawiałam się jego reakcji. Natychmiast umówiłam się na wizytę do lekarza. Po pierwszej rozmowie telefonicznej z moim partnerem uspokoiłam się, powiedział że damy radę. Jednak później sugerował aborcję, mówił że to nie może się wydarzyć, itp.

Nadszedł dzień wizyty u ginekologa

Lekarz podczas badania USG pogratulował mi dziadziusia – siódmy tydzień. Jak ja się wtedy cieszyłam, czułam się jakbym rzeczywiście wygrała los na loterii. Radość, którą brutalnie przerwała wiadomość o tym, iż serduszko mojego Aniołka nie bije. Nie mogłam w to uwierzyć. Wyszłam z gabinetu z uczuciem jakbym dostała czymś w głowę. Następny dzień, 22 kwietnia 2020 r., był koszmarem. Szpital, badania, tabletki na wywołanie krwawienia, ból fizyczny i psychiczny nie do opisania. Mój partner miał inne sprawy na głowie tego dnia, więc nie wnikał w mój stan emocjonalny.

W końcu jego problem sam się rozwiązał

Ze szpitala wyszłam na drugi dzień. Odebrała mnie koleżanka z pracy. Wyniki badań, które przeszłam w szpitalu były książkowe. Przez pierwszy tydzień, jak mi powiedziała kilka dni temu pani psycholog, musiałam być w szoku, ponieważ nie odczuwałam jeszcze straty dzidziusia, jednak po tygodniu przyszedł okres potwornej żałoby, ogromnego bólu, obwiniania się o wszystko, że jednak może mogłam temu zapobiec i co mogłam zrobić nie tak. Mój partner nie potrafił zrozumieć co czuję. Cały czas mówił na nasze maleństwo “to”. Więc wysłałam mu fotkę obrazu USG, żeby mu coś uświadomić,. Napisał mi tylko, czy naprawdę chciałam tego na zdjęciu.

To tak zabolało. Cały czas boli

Jak osoba inteligentna i o pewnej wrażliwości może się tak zachowywać. Padły też słowa, że to wszystko było zaplanowane, bo chciałam sobie odfajkować jeden z punktów na liście życiowej.
Oczywiście mówił, że będzie mnie wspierał i mogę z nim zawsze porozmawiać, ale tylko na słowach się skończyło, bo zostałam z tym bólem sama. Nie odbiera ode mnie telefonów, nie odpowiada na wiadomości. Żebrałam niejednokrotnie o wsparcie, o rozmowę, bezskutecznie. Miał jeszcze pretensje, że z kimś o tym rozmawiam. Jasne, miałam dusić wszystko w sobie. Zostałam sama, cierpię w samotności i bólu. Co prawda wspiera mnie kilka osób, ale nie osoba, która powinna być przy mnie. Mój świat się zawalił podwójnie. Wracam z pracy i wyję do poduszki. Jest lato, świeci słońce, a mnie już nic nie potrafi cieszyć. Pozostała potworna pustka, której już nic nie będzie w stanie wypełnić.

Autor: asiekW