Ogromny ból

Mam 28 lat. Poznałam w końcu mężczyznę swojego życia. Do szczęścia jakie mnie spotkało brakowało tylko dziecka. Decyzja była szybka. Mega zakochani ludzie marzyli o rodzinie.

historia poronienia

Dwie kreski na teście ciążowym doprowadziły mnie do łez szczęścia

Starania o potomstwo było łatwe i przyjemne. Udało mi się w 2 miesiące zajść w ciążę. Dwie kreski na teście ciążowym doprowadziły mnie do łez szczęścia. Nie idzie tego opisać słowami. Byłam tak szczęśliwa ze test zostawiłam na pamiątkę a wszystkie zdjęcia USG wklejałam do albumu. Piękny czas. Marzyłam, rozmyślałam. Nie wiedziałam, że mnie to spotka. Zaczęłam plamić, ale mój ginekolog twierdził, że to się zdarza.

To był czwartek – usłyszałam bicie serduszka…

W sobotę zaczęłam krwawić. Krwawić tak jakbym dostała okres – koszmar. Na wizycie usłyszałam, że ciąża obumarła. Ja nie wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Ciężko było i nadal jest. Dodam, że paskudnie się czuje, bo mój ukochany ma już córkę z poprzedniego związku i to mnie chyba bardzo dobija. Dodatkowo  nie ma dnia, bym sobie nie zadawała pytania: “Dlaczego mnie to spotkało?”, “Co zrobiłam nie tak?”. W szpitalu czekało mnie jeszcze łyżeczkowanie. Ne znam nawet płci. Obwiniam się i cierpię. Nie znam lekarstwa na ten ból…

Auto: Koniczynka

Kolejna strata

Jestem mamą 4 ziemskich aniołków i 3 aniołków urodzonych dla nieba.
Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Mam trzy córeczki i jednego synusia.
W tamtym roku w sierpniu zdecydowaliśmy z mężem, że postaramy się o kolejnego członka rodziny.

historia poronienia

Dziewczyny są już prawie nastolatkami – mają dwie 10 lat (jedną córeczkę przysposobilismy) i jedna 14 lat – to fajnie by było, aby Kubuś (wtedy 2 latka) miał prawie rówieśnika. Przerwałam tabletki i we wrześniu w pierwszym cyklu się udało. Radość wielka. Czułam się super.

Był to 4 tydzień. Szczęście trwało tylko chwilę

Pamiętam jakby to było dziś. Niedziela 15.10 (data dla nas mam aniołkowych bardzo smutna) zaczęłam plamić. Na IP okazało się, że nic nie widać na USG. Lekarz kazał iść w poniedziałek do ginekologa. Ten potwierdził po spadającej becie, że doszło do poronienia samoistnego. Był to prawie 7 tydzień. Oczyściłam się sama. Nie znam płci maleństwa. Ból niesamowity…

W styczniu tego roku sytuacja się powtórzyła – 5 tydzień

Odkąd skończyłam 29 lat zmagam się z wcześniejszą menopauzą. Obecnie mam 32 lata. Moje jajniki już prawie zanikły. Prawego już nie ma a lewy ma 3 mm. Miesiączka pojawiała się co 3/4 miesiące, bardzo nieregularna. W czerwcu ginekolog powiedział, że jakbym zaszła w ciążę to byłby cud. Umówił mnie na 1.07.19 na USG.

Na tym USG lekarka w wielkim szoku stwierdziła, że mamy Kinder niespodziankę

Był to 6 tydzień, serduszko już biło. Pojawiły się łzy szczęścia i łzy strachu. Dostałam od razu leki na podtrzymanie i nakaz leżenia. Dziewczyny z racji wakacji bardzo mi pomagały. Sprzątały, gotowały, zajmowały się bratem. W 10 tygodniu zaczęłam krwawić. Okazało się, że mam dwa krwiaki i kosmówka się odkleja. Kolejny strach o stratę. Na badaniach prenatalnych w 12 tygodniu o dziwo już wszystko było dobrze. Śladu po krwiakach nie było. Z kosmówką też wszystko ok. Oszczędzałam się jak tylko mogłam.

W 15 tygodniu trafiłam do szpitala z krwotokiem. Serduszko bije.

Odkleja się łożysko. W szpitalu leżałam plackiem, potrzeby załatwiałam na basen, myłam się w misce. 3 tygodnie leżałam odcięta od świata w izolatce – byłam tylko ja, pielęgniarki, lekarze i odwiedzający mąż i milion moich myśli.
W 16 tygodniu zaczęły odchodzić wody płodowe. W 17 tygodniu nie było ich już wcale . Łożysko cały czas się odklejało, krwawiłam cały czas, z krwotokami na zmianę. Moja córeczka mimo braku wód, rozwijała się, walczyła do samego końca, nie ruszała się, bo była przyklejona do ściany macicy ale..walczyła. Od dwóch tygodni wiedziałam, że nie ma żadnych szans. Moja ciąża była bardzo patologiczna. Gdyby to był wyższy tydzień, to dałoby radę coś zrobić.

Dzieci ratują od 22 tygodnia a nam tak mało brakowało…

Leżałam z tą myślą, że moje dzieciątko nie przeżyje. Miałam myśli samobójcze, przychodziła Pani psycholog, ale w sumie co ona mogła…. Przy życiu trzymały mnie tylko moje dzieci i wspierający mąż.
19.09.19 zaczęłam 18 tydzień, a o 18tej odkleiło mi się łożysko, ból najgorszy z możliwych – nie byłam w stanie się podnieść. Lekarka badała mnie na łóżku, rozwarcie na palec. Szybko na porodówkę. Na górze dostałam jedną morfinę, ulga na chwilę. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał i pomagał. Oksytocyna jedna i zaraz druga, kolejna morfina i gaz. O 21.54 urodziłam Anielkę. Ważyła 170 gram i miała 19 cm. Wyglądała jak śpiący aniołek.

Nazwałam ja Aniela – od walecznego anioła

Zasnęła na zawsze w trakcie porodu, być może morfina jej pomogła.
Pogłaskałam ją. Powiedziałam jak mocno ją kocham i pożegnałam… Mnie zaraz usypiali do czyszczenia. Czyścili mnie ponad godzinę. Z wyników histopatologicznych wyszło, że moje łożysko było 2 razy w martwicy, przeszło zawał. Błony i pępwonia były cienkie i matowe. Mój organizm zabił moje maleństwo. Mam okropne wyrzuty sumienia. Więcej dzieci już na pewno nie będę miała, nie dość, że ja otarłam się kilka razy o śmierć przy krwotokach to mój organizm pozbawił życia bezbronnego dziecka.

W tą noc śniła mi się Anielka, że trzymam ją na rękach i karmię piersią. Dała mi chyba znak, że jest jej dobrze tam u góry.

Było to nasze ostatnie spotkanie. Liczę, że kiedyś utulę do serca moje wszystkie aniołki…Anielkę miałam okazję pochować. Ma swój ziemski domek, o który dbam. Wierzę, że jest tam u góry ze swoim rodzeństwem, że czuwają nad nami, że są w niebie, w cieple i że jest im dobrze. Moje serce pękło na milion kawałków i już nigdy nie będę taką samą osobą jak sprzed roku.

Autor: Agnieszka

Podwójna strata

Jestem szczęśliwą mamą bardzo żywiołowego i radosnego 3-latka. Razem z mężem pragnęliśmy powiększyć nasze szczęście. Pół roku próbowaliśmy zajść w ciążę.

Na wcześniej umówione wizycie u ginekologa zasygnalizowałam że miesiączka spóźnia się tydzień. Lekarz stwierdził że to nie ciąża i zapisał progesteron. Po nim cykl miał wrócić do normy… Ale nie wrócił, okazało się że to ciąża i to 7 tydzień.

Miałam wrażenie jakbym wygrała w Lotto

Za dwa tygodnie kolejna wizyta… A tu na ekranie widać dwa pęcherzyki DWA SZCZĘŚCIA. Radość trwała zaledwie kilka minut. Większy bliźniak bez bicia serca.

W szpitalu potwierdzona diagnoza. Zalecenia-podtrzymanie ciąży farmakologicznie, oszczędny tryb życia. Upomniałam się o badania prenatalne. Co dwa tygodnie przeplatały się badania prenatalne i z wizytami u lekarza prowadzącego. USG prenatalne obraz prawidłowy. Wyniki z testu pappa duże ryzyko zespołu Edwardsa.

Żyliśmy w nadziei że to jednak pierwszy bliźniak przyczynił się do tego wyniku. Wykonaliśmy amniopunkcję. Nie doczekaliśmy się wyników, na tydzień przed trafiłam do szpitala z trzecim z rzędu krwawieniem.

Tym razem serce przestało bić

Szok, żal i niedowierzanie. Nie zapomnę bólu i strachu kiedy wywołane farmakologicznie skurcze doprowadziły do krwotoku. Z jednej strony cieszę się, że praktycznie od razu przeprowadzono łyżeczkowanie pod narkozą. Z drugiej strony łzy cisną mi się do oczu że nie było mi dane zobaczyć Marcelka.

Trafiłam na cudowny personel który od razu zorientował się że potrzebuję osobnej sali, ciszy, intymności, pomocy i wiedzy.

Niestety można się naczytać, nasłuchać tłumaczeń lekarzy, położnych ale do tego i tak nie da się przygotować.

Gdy nadchodzi ten moment emocje biorą górę

Mam nadzieję że moje dwa aniołki – Marcel i jego bliźniak o nieznanej płci – są razem i będzie im lepiej niż gdyby mieli się męczyć ziemskim życiem z poważnymi chorobami genetycznym. Na zawsze będę mamą trójki dzieci, kiedyś może ta liczba się zwiększy.

Autor: Magda

Niedocenione

Od dłuższego czasu myślałam o ciąży. Odstawiłam antykoncepcję hormonalną. Myśleliśmy, że starać będziemy się musieli długo. We wrześniu po powrocie z wakacji, po prostu, bez namysłu, zrobiłam test ciążowy, jednak kreski dawały do myślenia, bo nie były zbyt wyraźne. Zrobiłam test Beta hCG – pozytywny. Ciąża ok. 3 tydzień.

Mimo, że wiedziałam, że chciałam, czułam strach. Pierwsze odczucie było zaskoczeniem, lękiem. Choć myślałam, że od razu poczuje euforię, tak się nie stało. Minęło kilka tygodni i na reszcie zaczęłam myśleć pozytywnie. Cieszyć się tym, że zostanę młoda mamą. Mój narzeczony od początku bardzo się cieszył, więc zmiana mojego nastawienia, jeszcze bardziej go umocniła w przekonaniu, że teraz będziemy szczęśliwi, damy radę.

Kiedy na USG zobaczyliśmy serduszko, oboje płakaliśmy.

Jutro na USG powinniśmy zobaczyć już nóżki i rączki. Tak się jednak nie stanie. Kilka dni temu, zaczęłam plamić. Po paru godzinach czułam jakbym po prostu dostała miesiączkę. Wizyta w szpitalu. USG, a na ekranie brak naszego serduszka. Czuję się okropnie, dobija mnie myśl, że nie cieszyłam się od pierwszego momentu. Czuję, że mogłam przeżyć ten czas inaczej…

Autor: Julia

Na zawsze

Mam 38 lat. Dwóch wspaniałych synów 13 i 10 lat. Trzecia ciąża była spełnieniem mojego marzenia od bardzo dawna. Po dwóch latach desperackich starań popadania w paranoję zaszłam w upragniona ciążę. Widząc tą wyczekiwaną fasolkę na USG nic się dla mnie nie liczyło

wpływ poronienia na relację partnerską

Od samego początku wierzyłam, że to będzie dziewczynka  – moja upragniona córka…i może dlatego Bóg mnie ukarał …Bóg ??? A może Matka Natura.w 7 tygodniu zaczęłam plamic wylądowałam w szpitalu po dwóch tygodniach leżenia i tycia z drżącym sercem udałam się na kolejna wizytę USG i …od tego momentu obaw i łez nie ma końca .Na USG usłyszałam ze mam bardzo mało wód płodowych i do kontroli za tydzień.
Środa…..16.10.2019 wyczekiwana wizyta wszystkie badania i czekanie na USG.

Pamiętam tą przerażającą ciszę. Bicie własnego serca i jakieś dziwne uczucie zimna.

Spojrzenie doktora – nigdy nie zapomnę wypowiedzianych słów “Przykro mi ciąża jest martwa”…2 godziny później byłam już w szpitalu. Czekałam na zabieg. Żadnej kobiecie nie życzę przeżyć tego doświadczyć. Położna zaprowadziła mnie na salę zabiegową. Nie pamiętam nic. Tylko przed oczami ten przerażający widok narzędzi …..Boże jakie to straszne uczucie kiedy położna współczującym wzrokiem patrzy na Ciebie, a musi wykonać prace i ułożyć te cholerne narzędzia, które stukając rozrywały mi mozg.

Nie zapomnę nigdy tego momentu zapalonej lampy i moja bezradność i ta straszna cisza….

20 minut tyle około trwało to wszystko
20 minut, które zmieniło na zawsze moje życie…

Autor: M38