Byłam w 24 tygodniu ciąży, 4 dni wcześniej byłam u lekarza, a dwa tygodnie wcześniej na badaniach prenatalnych z naszym Mikołajem. Wszystko było w porządku. Poszłam na wizytę na przedłużenie l4. Pani doktor powiedziała, że dzidziuś nie żyje i muszę szybko urodzić martwe dziecko.
Trafiłam do szpitala, gdzie trzech lekarzy stwierdziło, że mojemu najukochańszemu syneczkowi nie bije serduszko. Najprawdopodobniej dzidziusia naszego zaatakował wirus toksoplazmozy, którym zaraziłam się w ciąży, ale przyjmowałam antybiotyk na niego od samego początku.
Musiałam przejść indukcję i urodzić mojego synka martwego. Ból jaki rozrywa moje serce – jest nie do opisania. Kiedy go zobaczyłam serce rozpadło mi się na wszystkie kawałki.
Był taki śliczny, miał ciemne gęste włoski jak mój mąż. Po wyjściu ze szpitala zamiast cieszyć się chwilami z naszym okruszkiem, organizowaliśmy z mężem pochówek i wybieraliśmy trumnę dla naszego dziecka.
Nie umiem sobie z tym poradzić, codziennie zadaję siebie pytanie dlaczego my, dlaczego on musiał tak cierpieć i nas opuścić, dlaczego odebrano mi moje dziecko, dlaczego nie ma go w domu, tylko odwiedzamy go na cmentarzu.
Autorka: Patrycja

