Strata dziecka to ból, którego nie da się opisać słowami. A ja w ciągu ostatnich trzech lat przeżyłam go cztery razy. Najpierw, na 9. tygodniu ciąży, straciłam swoje pierwsze dziecko. Później odeszli moi dwaj synowie. Każda z tych strat zabrała część mnie. Nauczyłam się funkcjonować z bólem, ale tak naprawdę nigdy się z nim nie pogodziłam.
Niedawno znów byłam w ciąży. Bałam się, ale miałam nadzieję. Pojechałam na pogrzeb do Ukrainy. Wtedy zaczęły się alarmy i ataki rakietowe. Był strach, panika, chaos. Pamiętam przerażenie. A potem pustkę. Obudziłam się w szpitalu. Bez dziecka. To było kolejne życie, które nosiłam pod sercem i kolejne, które straciłam. W ciągu trzech lat: jedno dziecko, potem dwóch synów i jeszcze jedno maleństwo. Cztery utraty. Cztery rany, które nigdy się nie zagoją.
Mam córkę. I to dla niej muszę się trzymać. To ona daje mi siłę, żeby wstać z łóżka i oddychać dalej. Ale prawda jest taka, że ja już nie mam siły. Rozumiem, że tym razem bez pomocy może mi być bardzo trudno. Po tym wszystkim jestem jak we mgle. Minęło kilka dni od poronienia, a ja nie potrafię normalnie funkcjonować. Nie wiem, co zrobiłam z dokumentami ze szpitala. Czy je zgubiłam, czy zostawiłam, czy wyrzuciłam – nie pamiętam. Nie mogę nawet załatwić formalności ani wziąć L4, bo nie wiem, gdzie są dokumenty. Czuję się, jakbym była poza swoim ciałem.
Najbardziej bolało jednak to, że kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia męża, on się ode mnie odwrócił. Zamiast przytulić – oskarżał. Zostałam sama z bólem, żałobą i ciszą. Piszę to, bo wiem, że nie jestem jedyna. Bo wiem, że są kobiety, które też czują się zagubione, złamane i niewysłuchane.
Moje dzieci na zawsze pozostaną częścią mnie. A ja – mimo że ledwo stoję — próbuję iść dalej dla mojej córki.
Autorka: Anastasiia

