33 tydzień i 3 dni – historia o stracie

Cześć jestem Kamila. 

O tym, że jestem w ciąży dowiedziałam się 10 czerwca 2017r – pierwsze odczucie to nie możliwe, przecież nie chciałam mieć dzieci, ale stało się, zaakceptowałam.
Do pracy chodziłam do 10 października 2017r. Wszyscy wiedzieli, że jestem w ciąży a więc miałam luz, starali się mnie nie denerwować, miałam gorszy dzień, jedź do domu poradzimy sobie.

historia o stracie

Wszystkie badania robiłam tak jak lekarz kazał. Wszystko okey.
Do szkoły rodzenia zapisałam się pod koniec 7 miesiąca, zaczęłam kupować rzeczy dla dziecka, ubranka, meble itp.
Ostatnie USG zrobiłam na przełomie 2017/2018r wszystko idealnie tak jak powinno być.
9 stycznia dziecko się rusza ekstra uczucie

10 stycznia 2018r najgorsza data.
Nie miałam ochoty w ogóle wstać z łóżka, ale musiałam bo miałam rozwolnienie(akcja porodowa – dowiedziałam się 11stycznia).
Około 10 rano, 10 stycznia telefon od mamy, że miałam przyjechać wyjaśniłam, że źle się czuję.  Wiadomo pytania co mi jest itp. powiedziałam w moim stylu samo przyszło samo pójdzie.

Godzina około 11 pojawił się mój partner w domu. Próba zmuszenia mnie, żebym jechała do szpitala, nie chciałam, wezwał moja mamę która mnie zawiozła. Z przystankiem na stacji paliw, potrzeba skorzystania z WC. Byłam tam około 40 minut. Już tam zaczęłam tracić przytomność, nie przyznałam się do tego im.

W końcu docieramy na izbę przyjęć. Wiadomo jak jest, trzeba trochę poczekać, mnie już wszystko boli, każdy ruch, oddech itp.
Godzina około 12.30 trafiam na oddział ginekologiczny. Tam dostaje ochrzan od lekarki, że za wolno się rozbieram, jak już znalazłam się na fotelu, kolejny ochrzan, że mam twardy brzuch.

Lekarka jakieś badania przeprowadza i w tym momencie już zaczyna się nerwowa sytuacja wśród personelu, przenoszą mnie na łóżko, zaczynam się domyślać, że jest coś nie tak z dzieckiem. W tym momencie poczułam co to znaczy miłość do swojego dziecka.

Przewożą mnie na kolejną salę, na której kolejne badanie już wiadomo, że dziecko nie żyje, dostaje ileś papierów do podpisania, personel biega jak szalony i tu kończy się moja pamięć. Budzę się kilka godzin później, przy moim łóżku jest położna, przekazuje mi że ochrzciła moja córkę i nadała jej imię Ania.

Tak wtedy dowiedziałam się, że miałam mieć córkę wcześniej na usg nie chciałam poznać płci. To miała być niespodzianka. Imię, które nadała położna zostało zmienione na Kasia – tak było wybrane jeśli będzie córka. Po godzinie od mojego wybudzenia pojawia się mój partner z moją mamą.

Mówią mi co się stało, doszło do odklejenia całego łożyska z krwotokiem wewnętrznym.
W szpitalu spędziłam 8 dni, zostało mi przetoczone 5 jednostek krwi.
W szpitalu miałam rozmowę z psychiatrą, dlatego że miałam myśli samobójcze.
Moje leczenie psychiatryczne trwało rok.
Później było raz lepiej, raz gorzej.

Przez 3 lata była próba udawania, że w moim związku z partnerem jest wszystko dobrze, ale nie było. W momentach kłótni wyrzucałam mu, że to jego wina, bo miał być w domu a go nie było. On odpłacał się tym, że to wina mojej mamy, bo zatrzymała się na stacji.

Najgorszy był ostatni rok naszego ala związku, doszło do tego że zaczął mówić, że to nie jego córka, że mam zmienić nazwisko na pomniku, bo inaczej go rozwali itp.
Doprowadził mnie tym do takiego stanu psychicznego, że wróciłam do psychiatry, leczyłam się pół roku i przerwałam, ale wtedy już od 5 miesięcy z nim już nie byłam.

Jestem wolna od grudnia 2020r, od tego czasu mój stan psychiczny poprawił się o 1000%. I zaakceptowałam to że moja córka nie żyje, w końcu mi się to udało choć minęło już 4 lata. Do dnia dzisiejszego lekarze nie umieją powiedzieć, dlaczego to się stało, jaka była przyczyna, jak również czy to się nie powtórzy.

Autor: Kamila

 

Rate this post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.