Historia jakich wiele…

Jestem matką 3 aniołków i 1 córeczki na ziemi, pierwsze dziecko straciłam w 8 tygodniu ciąży, drugie także w 8, ale ich rozwój zatrzymał się na etapie 6 tygodnia. Później udało się. Pojawił się nasz cud, nasza nadzieja – przyszła na świat cała i zdrowa córeczka.

Po niespełna 2 latach dowiedziałam się, że jestem znów w ciąży. Dziecko dobrze się rozwijało aż do feralnego momentu jakim jest 6 tydzień, serduszko przestało bić…Czuję ogromną pustkę, smutek i zadaję Bogu pytanie „Dlaczego”? Nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi, ale wierzę, że kiedyś się dowiem, że to miało jakiś cel. Choć to bardzo boli, każdego dnia zmuszam się i wstaję z łóżka bo mam dla kogo żyć.

Autorka: Asia

Moja strata

Dziś byłam w szpitalu, by poronić moje czwarte dziecko. Serce nie rozwinęło się dobrze i dzidziuś umarł w 6 tygodniu. Czuję wielki żal, jakby ono było już że mną. Jestem smutna. Nie umiałam go ochronić i zadbać o nie. Nie ochroniłam go. Jest mi z tym tak źle. I ten ból poronienia. U mnie wszystko usunęło się za jednym razem, więc ból był okropny.

Tak szybko go już nie ma. A powinien być. Rosnąć we mnie. Nie zdążył mnie usłyszeć, ani poczuć mojego zapachu. Nie uspokoiłam jego płaczu,  nie nakarmiłam moim mlekiem. Nie umiem sobie z tym poradzić.  Ból w sercu jest większy niż fizyczny.

Kochałabym go bardzo.

Autor: Jadwiga

Poranienie

Strata dziecka to ból, którego nie da się opisać słowami. A ja w ciągu ostatnich trzech lat przeżyłam go cztery razy. Najpierw, na 9. tygodniu ciąży, straciłam swoje pierwsze dziecko. Później odeszli moi dwaj synowie. Każda z tych strat zabrała część mnie. Nauczyłam się funkcjonować z bólem, ale tak naprawdę nigdy się z nim nie pogodziłam.

Niedawno znów byłam w ciąży. Bałam się, ale miałam nadzieję. Pojechałam na pogrzeb do Ukrainy. Wtedy zaczęły się alarmy i ataki rakietowe. Był strach, panika, chaos. Pamiętam przerażenie. A potem pustkę. Obudziłam się w szpitalu. Bez dziecka. To było kolejne życie, które nosiłam pod sercem i kolejne, które straciłam. W ciągu trzech lat: jedno dziecko, potem dwóch synów i jeszcze jedno maleństwo. Cztery utraty. Cztery rany, które nigdy się nie zagoją.

Mam córkę. I to dla niej muszę się trzymać. To ona daje mi siłę, żeby wstać z łóżka i oddychać dalej. Ale prawda jest taka, że ja już nie mam siły. Rozumiem, że tym razem bez pomocy może mi być bardzo trudno. Po tym wszystkim jestem jak we mgle. Minęło kilka dni od poronienia, a ja nie potrafię normalnie funkcjonować. Nie wiem, co zrobiłam z dokumentami ze szpitala. Czy je zgubiłam, czy zostawiłam, czy wyrzuciłam – nie pamiętam. Nie mogę nawet załatwić formalności ani wziąć L4, bo nie wiem, gdzie są dokumenty. Czuję się, jakbym była poza swoim ciałem.

Najbardziej bolało jednak to, że kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia męża, on się ode mnie odwrócił. Zamiast przytulić – oskarżał. Zostałam sama z bólem, żałobą i ciszą. Piszę to, bo wiem, że nie jestem jedyna. Bo wiem, że są kobiety, które też czują się zagubione, złamane i niewysłuchane.

Moje dzieci na zawsze pozostaną częścią mnie. A ja – mimo że ledwo stoję — próbuję iść dalej dla mojej córki.

Autorka: Anastasiia

Mój synuś

Byłam w 24 tygodniu ciąży, 4 dni wcześniej byłam u lekarza, a dwa tygodnie wcześniej na badaniach prenatalnych z naszym Mikołajem. Wszystko było w porządku. Poszłam na wizytę na przedłużenie l4. Pani doktor powiedziała, że dzidziuś nie żyje i muszę szybko urodzić martwe dziecko.

Trafiłam do szpitala, gdzie trzech lekarzy stwierdziło, że mojemu najukochańszemu syneczkowi nie bije serduszko. Najprawdopodobniej dzidziusia naszego zaatakował wirus toksoplazmozy, którym zaraziłam się w ciąży, ale przyjmowałam antybiotyk na niego od samego początku.

Musiałam przejść indukcję i urodzić mojego synka martwego. Ból jaki rozrywa moje serce – jest nie do opisania. Kiedy go zobaczyłam serce rozpadło mi się na wszystkie kawałki.

Był taki śliczny, miał ciemne gęste włoski jak mój mąż. Po wyjściu ze szpitala zamiast cieszyć się chwilami z naszym okruszkiem, organizowaliśmy z mężem pochówek i wybieraliśmy trumnę dla naszego dziecka.

Nie umiem sobie z tym poradzić, codziennie zadaję siebie pytanie dlaczego my, dlaczego on musiał tak cierpieć i nas opuścić, dlaczego odebrano mi moje dziecko, dlaczego nie ma go w domu, tylko odwiedzamy go na cmentarzu.

Autorka: Patrycja

3 straty – Wasze historie

Mam 25 lat i za sobą już 3 straty. Historia zaczyna się w 2020 roku kiedy to zachodzę w pierwszą ciążę. Niestety radość nie trwała długo bo w 10 tyg. dostałam plamienia a w 13 dowiedziałam się na USG że serduszko maleństwa nie bije. Konieczny był zabieg łyżeczkowania.

historia o poronieniu

Druga ciąża przebiegała bez żadnych komplikacji. Ze strachu przed stratą chodziłam do ginekologa prywatnie i na NFZ. W 20 tyg dowiedziałam się, że to dziewczynka. Zaczęliśmy z mężem kupować łóżeczko i ubranka. W 23+ 3 tygodniu trafiłam do szpitala z delikatnym krwawieniem. Okazało się że mam skrócona szyjkę i pęcherz płodowy w pochwie, więc nie złożyli mi szwu okrężnego.

Lekarz wcześniej nie sprawdzał mi szyjki macicy, więc nawet nie wiedziałam, że coś jest nie tak. Leżałam w szpitalu przez 3 dni z zakazem wstawania nawet do toalety. Niestety nic to nie dało i Milenka urodziła się w 24 tyg. Żyła tylko godzinę. Była taka malutka. Nigdy nie doszłam do siebie po tym wydarzeniu i nigdy nie dojdę.

Ostatnia strata to 6 tydz. Nawet nie wiedziałam że byłam w ciąży. Dowiedziałam się na SOR,  kiedy trafiłam tam z silnym bólem brzucha. Po miesiącu zaszłam znowu w ciążę. Była ona nie planowana. Długo nie wiedziałam,  że jestem w ciąży. Myślałam że okres mi się spóźnia, po tym ostatnim poronieniu. Dowiedziałam się w 12 tyg. Teraz jestem w 16 tyg i dopiero wróciłam ze szpitala. Ciąża jest zagrożona z powodu przedwczesnych skurczy i twardnienia brzucha. Dostałam leki i mam leżeć.

Bardzo się boję. Nie wiem czy dam radę przeżyć kolejną stratę.