Początkowo wielka euforia, która 3 tygodnie później zakończyła się wielką tragedią. Gdy dowiedziałam się o ciąży, był to sam jej początek 5-6 tydzień. Jednak serduszko dzieciątka już biło.
Z chwilą, gdy tylko dowiedziałam się o ciąży byłam przeszczęśliwa, dziecko mężczyzna, którego kocham, czy może być coś piękniejszego?
Od samego początku dbałam o siebie by niczego nie brakowało mojemu maluszkowi. A równe 3 tygodnie potem straciłam moją małą fasolkę.
Wszystko wydarzyło się w tą niedzielę (23. 08.2026) tą datę zapamiętam na zawsze. Chociaż nic, dosłownie nic, nie wskazywało na to, że to będzie ten dzień, gdy z wielkiego szczęścia zrodzi się wielka rozpacz.
Wszystko działo się tak szybko: krwawienie, szpital i słowa lekarki:
„nie widać już nawet pęcherzyka ciążowego, doszło do poronienia„ a potem krzyk płacz i niedowierzanie, że to się stało.
Ze względu na zbyt duże krwawienie zapadła decyzja bym została w szpitalu do rana, a rano miała zostać podjęta decyzja po wszelkich badaniach i konsultacjach, czy czeka mnie zabieg, czy sama się oczyszczę.
Zostałam przyjęta na ginekologię, gdzie dostałam furę leków przeciwbólowych. Ból, który czułam był straszny. Jednak nie fizyczny a psychiczny. I w międzyczasie te wszystkie procedury. Pytanie, czy będę chciała pochować zarodek, dostanie kubeczka na zebranie tego, co będzie wydawało mi się „odpowiednie” do badania histopatologicznego.
Broszurki o możliwości pochowania. To wszystko było dla mnie tak straszne. Jednak najstraszniejszy był moment, gdy musiałam zebrać ten mały zarodek i oddać go do badania histopatologicznego ten widok ..i wtedy przyszło kompletne załamanie, które spowodowało podanie leków uspokajających przez personel medyczny.
Zostałam obudzona w poniedziałek przed 6 rano, gdzie dostałam płyny dożylnie, by się nie odwodnić i czekanie na obchód, godziny tak bardzo się dłużyły. Potem zapadła decyzja o łyżeczkowaniu, zabieg i fru do domu, w którym nie potrafię się odnaleźć po stracie, nie umiem funkcjonować.
Autor: Aga
Pisownia oryginalna