Tęczowe dziecko

W swoim krótkim życiu doświadczyłam trzech strat. Niestety, lekarze nie ustalili przyczyn, przez które straciłam swoje słoneczka.

W naszym przypadku z zajściem w ciążę nie było problemu. Problemem okazało się donosić ciążę. Za każdym razem podczas pierwszej wizyty potwierdzającej słyszałam ten magiczny dźwięk bijącego serduszka. Jednak przy następnej wizycie, była tylko głucha cisza, przerwana dźwiękiem mojego pękającego serca, które miałam  wrażenie, że każdy słyszy.

wasze historie po poronieniu - kształt serca na niebie

Ból jaki wtedy przychodziłam jest do tej pory nie do opisania. Człowiek żyje, funkcjonuje, ale pamięta i cierpi niesamowite katusze.

Na początku roku 2023 udało się dostrzec 2 magiczne czerwone kreski na teście. Badania krwi potwierdzające i wizyta u lekarza (tabletki, zastrzyki na wejściu). Za każdym razem podczas wizyty, gdy tylko przychodził czas wykonania USG, był to moment niecierpliwości pomieszanej ze strachem, narastający z każdą chwilą do granic możliwości. Mimo to, udało się za każdym razem usłyszeć dźwięk niczym dzwoneczki.

Dzisiaj mamy córkę piękną, grzeczną i uśmiechniętą. Każdego dnia daje nam chęć do życia. Jest naszym epicentrum życia. Miłość nieograniczona, pomieszana z bólem, który zna tylko matka dotknięta stratą.

Ania

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Moje straty

Witajcie dziewczyny. Niestety i mnie spotkały przykre sytuacje związane z poronieniami. Tak, niestety miałam dwa :(.

Zacznijmy od początku. 1 ciąża wada serca płodu hlhs. Nasz Synek żył 3 miesiące i 3 tygodnie. Sama wada w sobie jest nieuleczalna, wszystkie operacje mają charakter paliatywny, przedłużają życie, nie wiadomo na ile. Ale miało być o poronieniach. Zaszłam w kolejną ciążę dość szybko po śmierci Synka. Pełno radości, że udało się i że tak szybko.

wasze historie po poronieniu - symbol dłoni jako wsparcie

W 6 tygodniu ciąży okazało się, że serce nie bije, że coś jest nie tak. Mój ginekolog, bardzo wyrozumiały, kazał mi przyjść za tydzień, aby mieć pewność, czy na pewno nie pomylił się. Dał mi tyle czasu, ile potrzebowałam. Na 3 kolejnych wizytach okazało się, że płód nie rozwija się i serduszko niestety nadal nie bije.

Skierowanie i do szpitala.

Standardowe przyjęcie. Na drugi dzień tabletka i kolejne USG. Podczas rozmowy z lekarzem usłyszałam, że nie mam swojego lekarza w szpitalu więc.. no właśnie co? Nie należy mi się opieka zdrowotna? Moje składki się nie liczą? Zapytałam. Po dość ostrej konwersacji z lekarzem jego zachowanie wróciło do normy. Kolejnego dnia zrobiono mi łyżeczkowanie jamy macicy na bloku operacyjnym.

Przez cały pobyt nie zaproponowano mi psychologa. Pielęgniarki były bardzo współczujące, z lekarzami niestety różnie.. Nie myślałam wówczas o badaniach genetycznych. Pomyśleliśmy, że to przez stres. Poprzednie dziecko zmarło, więc to STRES, nie ma innej możliwości.

Badania histopatologiczne, które szpital robi rutynowo, nic nie wykazały.

Nie poddaliśmy się, próbowaliśmy dalej po 6 miesiącach. Niestety, kolejny raz sytuacja powtórzyła się i poroniłam drugi raz.

Standardowa sytuacja, skierowanie i do szpitala. Tym razem chcieliśmy zbadać płód.

Z wypełnionymi dokumentami, pojemnikami zgłaszam się do szpitala. Pielęgniarki współczujące, lekarze niby też, ale no właśnie.

Dostaje tabletkę, bóle i oczywiście zabieg łyżeczkowania macicy. Nie dano mi żadnej nakładki na toaletę. Posilam pielęgniarki, jak coś ze mnie wypłynęło i pokazywałam na podpasce. Żenujące kiedy 3 pielęgniarki grzebią w rękawicach na mojej podpasce a ja siedzę na toalecie. Najgorsze upokorzenie dla mnie. Zero intymności, prywatności. Za każdym razem był to skrzep.

Uprzedzałam, że zależy mi na badaniach genetycznych. Tuż przed zabiegiem dałam lekarzowi dokumenty do wypełnienia i zaczęło się. Uśpili mnie tak jak poprzednim razem i oświadczyli już po wszystkim, że udało się pobrać materiał genetyczny. Uff, jaka ulga. Może dowiem się dlaczego ronię? Lekarze poinstruowali mnie, że przy wyjściu mam powiedzieć, aby wydano mi pojemniczek z materiałem. Po kilku godzinach okazuje się, że będę wychodzić, ale lekarzy z porannej zmiany już nie ma. Jest inny lekarz, który nie pozwala na to, żeby wydać mi pojemniczek. Zaczyna się..

Poprosiłam o rozmowę z lekarzem dyżurnym, chciałam mu wyjaśnić, że poprzedni lekarze przecież pozwolili. Dyżurny lekarz z wielką złością przyszedł na oddział i zaczął wykrzykiwać od samego wejścia na oddział: „Gdzie ona jest? Która sala?”

Wszedł i z wielkimi pretensjami oświadczył mi, że nie pozwoli mi zabrać materiału genetycznego, bo w sumie to już nie jest moje. I trafi na patomorfologie. Nie ustępowałam powiedziałam, że są różne badania genetyczne, ja chce zrobić te najbardziej kompleksowe, do których muszę mieć żywą tkankę, nie zalaną formaliną ani niczym innym. Niestety, lekarz zaczął na mnie krzyczeć. Słyszał to cały oddział. Nie potrafił odpowiedzieć na zadawane przeze mnie pytania. Płakałam i krzyczałam na niego, powiedziałam, że nie wyjdę bez pojemnika.

Wypis dostałam natychmiastowo. W miedzy czasie zadzwoniłam do prywatnych gabinetów lekarzy z porannej zmiany (znałam ich nazwiska wiec bez trudu zakazałam ich w internecie). Nie wiem, czy to coś pomogło, ale po łyżeczkowaniu wypuszczono mnie do domu po kilku godzinach. Przyrzekłam sobie, że tak tego nie zostawię. Napisałam skargę na lekarza i zażądałam przeprosin na piśmie. Po kilku tygodniach otrzymałam je.

Niestety, chodzi o podejście lekarza, który okazał się zwykłym idiotą. Nie jedna kobieta po usłyszeniu tych słów, które ja od niego usłyszałam zrobiłaby sobie krzywdę z niemocy i bezsilności. Pielęgniarki mnie przeprosiły za zachowanie lekarza i były miłe do ostatniego momentu.

Ale to  nie koniec..

Jak się później okazało, to nie był docelowy materiał genetyczny, były to tkanki matczyne, nic nie mogli z niech zrobić nawet płci. Do tej pory zastanawiam się, czy zrobili to specjalnie aby pozbyć się mnie, czy lekarz pobierający próbkę był aż tak niekompetentny…? Nie dowiem się już tego.

Jestem w kolejnej ciąży i mam nadzieję, że limit nieszczęść został przeze mnie już wyczerpany. Jedynym wsparciem ze strony służby zdrowia był dla mnie mój ginekolog, do którego chodziłam prywatnie.

Niestety, tak wygląda rzeczywistość szpitala konińskiego. Nie boję się o tym mówić, ani pisać. Brak reakcji jest przyzwoleniem niestety. Takie sytuacje się zdarzają, a nie powinny… Musimy mieć siłę temu przeciwdziałać.

Marta

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Łucja

Nie wiem jak zacząć… Najlepiej byłoby od początku…

Jednym moim najskrytszym marzeniem było pragnienie zostać mamą córeczki.  Mam oczywiście w domu dwóch przecudownych synów, którzy niosą radość każdego dnia. Kocham ich ponad wszystko.

Przeszłam W swoim życiu wiele, nawet potknęłam się o nowotwór szyjki macicy. Na szczęście został zrobiony zabieg konizacji szyjki i udało się z tego wyjść. Nigdy nie pomyślałam, że po raz trzeci przyjdzie mi zostać mamą. Jednak to się stało.
wasze historie po poronieniu - dwa balony

Wiązało się z tym ogromne ryzyko, którym była skrócona szyjka po zabiegu.  Mimo strachu postanowiliśmy zadbać o to co zaistniało. Kontrolne badania, wyniki, wszytko przebiegało pomyślnie wręcz idealnie.  W 18 tyg. ciąży dowiedziałam się, że będę mieć moją wymarzoną i upragnioną córkę.

Moją Łucje.

Ale….niestety pisane było nam inaczej. Po tygodniu od wieści, że to dziewczynka, zadziało się coś strasznego… Pęcherz owodniowy uwypuklał się w szyjkę i poprzez to tworzyło się rozwarcie… Doszło do porodu, ale że był to 19 tydzień nie udało uratować się mojej niuni;(

Serce mi pęka. Widok jej takiej małej istotki, którą tak nagle straciłam, zawalił się mój świat. Ból ogromny i strata. Serca przepełnione żalem i bólem, pytaniami bez odpowiedzi…. Wiem, że kiedyś się podniosę i stanę na nogi. Wiem też, że gdzieś tam na pewno się spotkamy.

Jedyne co mnie stawia na nogi to dom, w którym czekają moi synowie. To oni dają mi wiarę w lepsze jutro.  A moja Łucja mimo, że odeszła tak niesprawiedliwe, będzie nad nami czuwać tam z góry, a my będziemy ja kochać tak bardzo jak tylko się da.

Żegnaj mój Aniołku.  Na pewno się zobaczymy po drugiej stronie.  Kochamy Cię bardzo  I kochać będziemy zawsze.

+ Łucja 6.02.2024. Na zawsze w naszych sercach <3

🖤EM

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Liczy się tylko czy bije serce…

Moja kochana córeczka… tak za nią tęsknię.

To była moja pierwsza ciąża, przemyślana, zaplanowana. Wcześniej zrobiłam potrzebne badania, brałam dużo witamin, zdrowo odżywiałam się; uprawiałam delikatnie sport. Wszystko po to, aby pewnego dnia postarać się i być przygotowana na nowe życie w sobie.

wasze historie po poronieniu - serce w dłoni rodziców

Udało mi się zajść w ciążę w sierpniu 2023. Mąż zachwycony od samego początku, całował mnie i głaskał każdego dnia po brzuchu wyczekując aż kogoś będzie widać. Ja przerażona tym nieznanym życiem, ale z każdą wizytą cieszyłam się coraz bardziej.

Wszystkie wyniki super, badania książkowe, moje samopoczucie rewelacyjne. Zero dolegliwości, czy zmęczenia. Pełna życia i energii pracowałam, ale oszczędzałam się. Rodzinie powiedzieliśmy dopiero po badaniach prenatalnych, ponieważ nie jestem z tych osób co chwalą się od zrobienia testu. Po cichu głaskałam moje szczęście w domu. Termin był na maj.

W 23 tc w styczniu na wizycie kontrolnej jak zwykle idealnie. Pani mówiła, że dziewczynka ma śliczne uszy po tacie, i wszystko jest prawidłowo. „Nie znam pary, która tak dba o siebie i jest tak szczęśliwa…”, więc nie mogło być inaczej. Po paru dniach zaczęłam się denerwować, że ruchy nie są tak wyraźne jak tego oczekiwałam. Podobno jak łożysko jest z przodu, to jest to normalna rzecz. Moje dwie koleżanki również były w ciąży i rozmawiałyśmy o tym.

Na szczęście miałam drugie badanie prenatalne, więc czekałam, aby inny lekarz powiedział mi że panikuje. No i poszłam i usłyszałam tylko, że serduszko mojej córki nie bije. Tak po prostu, bez powodu… Widok mojego męża, który zakrywa ręce w płaczu… Później już nic nie słyszę, mam czarno przed oczami i chce się obudzić z tego koszmaru. Dostaje skierowanie do szpitala i jak robot idę do domu spakować się.

Wybuchy płaczu, rejestracja w szpitalu i nadzieja ze ktoś źle sprawdził. Ciągle głaszczę moją córkę wierząc, że żyje. Ja też już nie chcę żyć, ale obiecałam mężowi, że będę walczyć, że go nie zostawię. 2 dni wywoływania porodu naturalnego w szpitalu. Personel i panie, na które trafiłam to były anioły. Pocieszały mnie, że czekają aż wrócę w przyszłym roku i będę szczęśliwa…

Nigdy nie zapomnę mojej bibi (bo tak mówiliśmy na brzuch), moje 520 g miłości.

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Może zrobiłam coś źle?

Dzisiaj mija dokładnie rok, odkąd usiedliśmy z mężem na podłodze przed choinką i zdecydowaliśmy świadomie, wypowiadając na głos, że chcemy być rodzicami. Czy gdybym wiedziała rok temu to, co wiem teraz, czy chciałabym nadal to przeżyć?

Od początku byliśmy świadomi, że nie będzie to łatwe w naszym przypadku. Od 3 lat związku nie stosowaliśmy żadnej antykoncepcji, cicho licząc, że będzie co będzie. Naiwne, prawda? Jednak wypowiedziane głośno dało nam siłę, żeby nasze ciche szepty zamienić w końcu na krzyk dziecka.

wasze historie po poronieniu - kobieta patrzy przez okno

Pierwszy cykl, test w grudniu, nic. Płakałam. Styczeń. Zrobiłam badania, wszystko było ok. Wdrążyliśmy świadome odżywianie, suplementy, trochę sportu. Kolejny cykl nic. Każdego miesiąca wmawiałam sobie symptomy będąc zła na fałszywie negatywne testy. Ale one były prawdziwe, białe jak śnieg za moim oknem, w dniu kiedy to teraz piszę.

Miesiące lały się mi przez palce. Zdążyliśmy zwiedzić wszystkie muzea Amsterdamu, pojechać dwa razy w góry, byliśmy na Mazurach i w Czechach.

Co miesiąc oczywiście byłam na tyle naiwna by wierzyć w swoje symptomy i zamawiałam coraz więcej testów… żaden nie był nawet fałszywie pozytywny.

W końcu mąż zrobił badania nasienia w lipcu. Lekkie załamanie, parametry w porządku, ale tylko 7milionow w całym ejakulacie. Kontakt z andrologiem, ocena dobra, do poprawy ilości, bo jakość jest w porządku. Jeszcze więcej sportu, zdrowa miska, sok pomidorowy i olej z czarnuszki. Byłam z niego dumna.

Lato minęło, zapisałam się na jogę. Przyszedł wrzesień, zmieniłam pracę, byłam taka dzielna, cierpiąc w sobie z niepowodzenia. Ale miałam projekt, moim projektem było życie.

Wybraliśmy się w październiku do Włoch. Pierwszy raz od blisko roku jedliśmy co chcieliśmy, pizza, pasta, tony mozzarelli, surowe szynki i dużo wina. Wina! Piłam bez tego poczucia jak co miesiąc… “a co jeśli?” Miałam poczucie, że na chwilę przestaje się starać, bo chce żyć. Pamiętam jak patrzyłam jedząc kolację ostatniego dnia na kobietę, która śpiewała do akompaniamentu gitary, miała już duży brzuszek, trzymała się za niego, a ja myślałam o tym jakie to musi być cudowne uczucie, cieszyć się takimi chwilami, spełniać jako kobieta i spełniać swoje pasje. Zazdrościłam jej. Jak każdej ciężarnej, którą spotykałam od prawie roku, przełykając ciężko ślinę, idąc dalej, potrzebowałam też spełnić siebie.

Kilka dni po powrocie z Toskanii pojechaliśmy oglądać działki pod dom, zjechaliśmy dobre 600km tego dnia oglądając miejsca, w których moglibyśmy postawić dom. Potrzebowaliśmy od dawna celu do życia, szczególnie w momencie kiedy rozmawialiśmy o wyczekiwanym dziecku, które się nie pojawiało… szczególnie wtedy, kiedy kolejny negatywny test lądował w pojemniku z dosłownie setkami innych testów… Tych owulacyjnych i ciążowych.

Tymczasem na stacji zamówiłam hot doga, a biorąc z powrotem kawę w sieci fastfoodowej, hamburgera. I w tym momencie nie byłam świadoma jeszcze tego, co przyniesie ten dzień.

Po powrocie wieczorem czułam się komicznie, z uciskiem na pęcherz, z ochotą na rzeczy, na które normalnie nie spojrzałabym przychylnym okiem. Więc w domu robiłam kolację analizując to wszystko, znowu czując, że jestem frajerem, jeśli mam nadzieję…

Wygrzebałam w łazience ostatnie testy. Wiedziałam , że jest wieczór i powinno się robić rano, ale… ale zrobiłam. I był pozytywny. Był pozytywny. Bez patrzenia pod światło. Bez czekania na poranny mocz. Bez odwracania kolorów w telefonie. Bez podświetlania latarką. To było 5 listopada. Po 11 miesiącach test był pozytywny, słyszałam bicie swojego serca i swój oddech. Znacie to, kiedy nie wierzycie w coś i musicie spojrzeć sobie w lustrze w oczy, żeby powiedzieć to na głos? Był pozytywny. Powiedziałam do siebie : „Wszystko będzie dobrze. Będziesz mamą”.

Wróciłam, zjadłam kolację z mężem. Znowu poszłam zrobić test. Był nadal pozytywny. Ostatni zostawiłam na rano. I wiecie co? Ten też był pozytywny.

Mąż odebrał mnie z pracy, pojechaliśmy do galerii. Poszłam kupić sama test ciążowy do drogerii. Taki prawdziwy, masywny plastikowy, elektroniczny. Nie taki paskowy, zamawiany z internetu po 50 sztuk.

I ten też był pozytywny. A ja z tych emocji byłam taka zmęczona, że położyliśmy się razem na kanapie po obiedzie, wsunęłam test mężowi powoli do kieszeni spodni i zasnęliśmy na godzinę… czyste szczęście, domowe ciepło. Cieszyliśmy się jak dzieci.

Potem wszystko działo się szybko. 5 listopada pozytywny test, 14. pierwsza wizyta, wszystko było dobrze. Witaminy, badania, krew, mocz… Następna wizyta miała być 29 listopada.

Byliśmy najszczęśliwsi. Chuchaliśmy, dmuchaliśmy. Wyczekane, wykochane. Planowaliśmy, wybieraliśmy imiona, byliśmy jak pod wpływem narkotyku, którym było szczęście.

23 listopada nagła wizyta, różowe plamienie na papierze. Lekarz zbadał mnie, wszystko w porządku, biło serduszko. Biło serduszko! Każdy mój lęk został rozwiany. Serce. Dziecko. Biło jego serce. Dostałam rozpiskę z pakietami na badania prywatne, reklamowane przez lekarza prowadzącego. Żadnych leków, ani zaleceń mimo plamienia. I wyszłam z tymi ulotkami rozanielona. Moja czujność została uśpiona.

W piątek 24 listopada, tylko dzień później, przyszło krwawienie. Skrzepy. Żywa krew. Szpital. Czekanie 3 godziny. Wiedziałam, że poronię. Umierałam od środka. Czekałam w poczekalni z kobietami w ciąży, w pokoju pełnym twarzy noworodków przy piersi albo małych stóp. I nie zapomnę cytatu z tablicy… “Nie ma lepszych perfum od zapachu dziecka”. Bolało psychicznie i fizycznie.

Wchodząc po kilku godzinach w końcu na fotel wiedziałam, co może powiedzieć lekarz. Ale on odwrócił monitor i powiedział, że “serce bije jeszcze powoli…“. Byłam w szoku. Myślałam, że nic już nie ma. Łapałam chwilę wcześniej w łazience skrzepy myśląc, że to moje dziecko. Ale ono nadal tam było, we mnie, z bijącym sercem…

Dostałam progesteron, zalecenie, aby leżeć i zbadać w poniedziałek u ginekologa prowadzącego grupę krwi, aby wykluczyć konflikt serologiczny. Diagnoza: Poronienie zagrażające. Ale do poniedziałku było tyle czasu.

Mało pamiętam z tego okresu. Pamiętam, że byłam bólem. Pamiętam męża, który wrócił z apteki bez leku. Obdzwonił w okolicy wszystkie apteki i dopiero w 4 był progesteron. Leżałam tego dnia wieczorem patrząc w sufit, skręcając się z bólu. Trzęsłam się z zimna albo szoku. Moim ciałem targały spazmy strachu i skurcze macicy. Moje ciało walczyło i ten mały człowiek walczył. Trzymało mnie to, że biło jeszcze serduszko, że może nie wszystko stracone.

Noc była straszna. Próbowałam utrzymać w sobie progesteron, ale było bardzo dużo krwi, spałam kiedy działały przeciwbólowe, ale i one nie pomagały, o 5 nad ranem w sobotę dalej leżałam patrząc w sufit. Byłam naiwna, że będzie lepiej. Krwawienie tylko lekko ustało, jednak skurcze były niewyobrażalnie bolesne. Nie pamiętam tego dnia dobrze. Pamiętam płacz z bólu, męża który biegał pakować torbę do szpitala, pamiętam ból. Moje całe ciało pulsowało z bólu. Zasypiałam i budziłam się z bólu. I przyszła noc. Była delikatna. Pierwszy raz od piątku było mi lepiej.

Rano obudziła mnie krew. żywa czerwona… skrzepy i fragmenty tkanek… wiedziałam, że przegraliśmy. Czułam, że to mikroskopijne serduszko przestało bić zostawiając we mnie niewyobrażalnie monstrualną pustkę. Poroniłam. Była niedziela rano. 3 tygodnie temu czułam jak bramy szczęścia otwierają się przed nami pokazując nowe możliwości spełnienia się jako rodzice, a dzisiaj zapadła się mi ziemia pod nogami. Trzymałam w dłoni jajo płodowe, pokryte krwią i czarne od krwi w środku. Małe świadectwo życia, które miało swój początek we mnie. Nie wiedziałam co mam zrobić. Jaka byłam głupia w piątek myśląc, że można tak łatwo poronić… nie znam większego bólu, większej traumy i dramatu jaki można przeżyć w zaciszu domu.

Ja nie wiedziałam co mam zrobić. To był koniec i jako wykształcony człowiek wiedziałam, że nic więcej już nie mogę zrobić.

Może progesteron był podany za późno o jeden dzień?

Może lekarz potraktował mnie na taśmie szablonowo?

Może zrobiłam coś źle?…

Może. Jednak serduszko biło jeszcze powoli. To łamało mi moje serce, że przestało we mnie, tam gdzie powinno być najbezpieczniejsze.

Może_zrobiłam_coś_źle

Wykąpałam się. Jak w amoku. W szoku. W bólu. Profesjonalnie doprowadziłam do porządku. Wiedziałam, że leżenie patrząc w sufit już nie pomoże. Mąż znalazł mnie płaczącą pod ścianą. Nie mogłam oddychać. Osuwałam się powoli w dół. Dziękuję, że był, że mnie trzymał. Położył do łóżka. Dał przeciwbólowe. Nie doczekaliśmy poniedziałku.

Wizyta u ginekologa była formalnością. Było mu nie w smak, że chciałam porozmawiać przed badaniem. Myślę, że jako kobiety mamy prawo zadawać pytania. To nasze ciała i nasze utracone dzieci. Czułam, że tym razem chce się mnie pozbyć szybko. W momentach kiedy mówiłam prosto w oczy do niego o takich rzeczach jak “jajo płodowe”, “poronienie samoistne”, widziałam jego zdziwienie na twarzy.

Czekałam na to dziecko. Chciałam porozmawiać z lekarzem o badaniach, jednak on tylko chciał zbadać mnie, potwierdzić czy mówię prawdę, bo na liście ze szpitala nadal było “bicie serca : pozytywne “… Wypisać zwolnienie, aby wysłać  z zaleceniami do domu. Zbyć.

Wiem, że nie mogę nikogo winić, ani tego nie robię. Znam statystyki.

W tej historii dużo rzeczy prawdopodobnie poszło nie tak. Możliwe, że mogłabym coś  zmienić.

Nastawienie? Lekarza? Siebie?…

Skąd mam wiedzieć czy będę kiedyś mamą? Nie wiem.

Dziś wiem jak to jest tęsknić za kimś, kogo nigdy nie poznałam.

Jest 29 listopada, śnieg za oknem, a ja widzę na czerwono. I budzę się od kilku dni nieświadoma, aby po kilku sekundach zdać sobie sprawę z rzeczywistości.

Pokrzywa

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/