Aby życie było wieczne…historia Jasia…

Mija właśnie rok od śmierci naszego Piotrka, zaś 18 miesięcy od śmierci naszego Jasia… dlaczego chcę dać świadectwo i dlaczego akurat teraz, a nie na „świeżo” … gdzie mnie wiele osób wtedy o to prosiło…. bo teraz dopiero czuję, że jestem gotowa, nie nie jestem gotowa, ale Pan przynagla mnie do tego by dać świadectwo….chociażby dzisiejszym telefonem przyjaciółki … „Asia, nasze dziecko zmarło? Co dalej? Ty już to przeszłaś?” …

wasze historie po poronieniu - stópki niemowalaka

Po czym przesłała mi ulotkę, którą otrzymała w szpitalu, stworzonej przez „Poroniłam.pl”… bardzo dobrze przygotowana informacja dla rodzin po poronieniu. Uważam, że wiedza, po poronieniu jest niezmiernie ważna, ja musiałam dociekać i sama poszukiwać…a niepokój cały czas towarzyszący był nie do zniesienia.

Po otrzymaniu informacji, że znowu jestem w ciąży radości nie było końca…

Ale od początku… będąc szczęśliwymi rodzicami czterech wspaniałych córek, po operacji, którą przeszłam jeszcze u prof. B. Chazana w szpitalu św. Rodziny w Warszawie, gdzie odbierając wyniki histopatologii usłyszałam od pani doktor, która w szpitalu mi wydała dokument, następujące słowa „ ale następny poród to pani Asiu to fizjologicznie zalecam” – to była nieoczekiwana radosna informacja, że jednak możemy mieć jeszcze więcej dzieci…mimo wcześniejszych odmiennych informacji. Po przygotowaniu zdrowotnym i duchowym, w św. Dominika Savio 2015 roku nasz przyjaciel ksiądz odprawił Mszę św w intencji o poczęcie syna. Trzy tygodnie później radości nie było końca, pod moim sercem żyło nowe życie.

Panią doktor niepokoiła zbyt słaba akcja serca dziecka…

Udałam się do pani doktor ginekolog w celu potwierdzenia wyników testu ciążowego. Usłyszałam „tak jest pani w ciąży, pod pani sercem bije drugie małe serce”. Potem seria badań. Mijały kolejne tygodnie 7, 8, 9 i w 10 tygodniu kolejna kontrola u pani doktor. Dobre wieści, że dziecko żyje, że jest ruchliwe… tylko, zbyt słaba akcja serca zaniepokoiła panią doktor i prosiła bym za tydzień się u niej pojawiła na kolejnej wizycie, jeszcze przed jej urlopem. Ale dostałam wskazanie do L-4, więc od 10 tygodnia poszłam na zwolnienie.

Mieliśmy być animatorami na rekolekcjach Oazy Rekolekcyjnej Diakonii Życia w Turnie – podjęliśmy po dialogu małżeńskim decyzję, że nie jedziemy, bo zagraża to życiu dziecka. Telefon do moderatorów wykonaliśmy na pięć dni przed planowanym rozpoczęciem oazy, ale Bogu dzięki w ciągu dwóch dni znalazły się osoby na zastępstwo. No i wizyta w 11 tygodniu ciąży. Tym razem wszystko dobrze, dziecko ruchliwe, ale mam dużo odpoczywać. Urlop zaplanowany, więc wakacje z mężem i córkami spędziliśmy nad morzem 🙂 mąż jeździł z dziećmi na wyprawy, a ja odpoczywałam 🙂

Przyszedł czas badań prenatalnych w 13 tygodniu ciąży….

…ponieważ moja pani doktor była akurat na urlopie umówiłam się do innego lekarza. Pojechałam sama, bo urlop mężowi się skończył, dzieci zostawiając po drodze pod opieką przyjaciół…

Czekając w poczekalni do pani doktor zastanawiałam się jak damy na imię temu dziecku i dla chłopca wiedziałam że Jaś, dla dziewczynki jakoś tym razem nic nie wymyśliłam…
Nadeszła moja kolej, weszłam do gabinetu, po krótkim wywiadzie doktor kazała mi się położyć na kozetce do usg i zaczynamy. Z niecierpliwością czekam na informację od doktor, patrzę na jej coraz bardziej poważny wyraz twarzy…i słyszę „dlaczego to na mnie trafiło? Ja się pytam, „ale co, czy coś się stało”, doktor do mnie ” który to tydzień?” Ja odpowiadam, że „jeszcze trzynasty, zaś od jutra czternasty”, doktor mówi „dziwne ale dziecko jest nieco mniejsze, ale sprawdzimy jeszcze akcję serca…” i cisza…………. najdłuższa cisza w życiu jaką słyszałam.

„Bardzo mi przykro, ale nie ma akcji bicia serca, prawdopodobnie dziecko zmarło”

Resztką rozumu i przytomności jaka mi została zapytałam się „ co dalej?” doktor przekazała tylko chłodną informację, że trzeba będzie udać się do szpitala na zabieg… dalej jej już nie słuchałam… wyszłam z gabinetu, łzy same mi ciekły po policzkach…zatelefonowałam do męża potem do mojej pani doktor, prosiła bym się udała na dodatkowe usg…pojechałam do zaprzyjaźnionego ginekologa, który prowadził moje poprzednie ciąże. Ale niestety diagnoza się potwierdziła, tyle, że chociaż dowiedziałam się co dalej i co mi przysługuje i gdzie mam się udać…

Dowiedziałam się, że jest Rozporządzenie Ministra zdrowia z 2011 roku dające rodzicom zmarłych dzieci prawo do pochówku. Nie ma przypadków, akurat w poprzednim tygodniu w radio słuchaliśmy audycji o pochówku dzieci zmarłych przed urodzeniem i też już jakąś wiedzę miałam.

Pojechałam do jednego szpitala , ale tam akurat nie mieli możliwości mnie przyjęcia i doktor rozmawiający ze mną przekazał mnie do innego szpitala. Tam lekarz zapytał mnie co się stało? Ja mu na to, że dziecko mi zmarło. On podniósł głowę znad papierów i mówi, że dawno nie słyszał tak zdecydowanej odpowiedzi. Przerwał pisanie papierów i mówi, chodźmy na usg sprawdzimy jeszcze…ale niestety…pokazał mi wtedy całe ciałko naszego Jasia i mówi, że odszedł kilka dni temu.

Zdecydowaliśmy się pochować dziecko…. 

Wróciliśmy do pisania papierów. Między innymi były dwa podania jedno o odrzucenie szczątków medycznych i danie prawa szpitalowi do kremacji, drugie zaś o prawo do pochówku zmarłego dziecka przed urodzeniem. Oczywiście wybrałam to drugie. Nie mniej jednak zapytałam się o prawa mi przysługujące, na co doktor powiedział ogólnie, że jeśli nie znajdą szczątków ludzkich w materiale histopatologicznym to wówczas będziemy mogli pochować nasze dziecko na nasz koszt, a jak znajdą to będziemy musieli zrobić badanie genetyczne w celu określenia płci i wtedy można wystąpić do Urzędu Miasta o akt urodzenia i pochować dziecko jak się należy.

Na tą chwilę było dla mnie i tak za dużo….nie byłam w stanie go słuchać… tylko, że mam się stawić na drugi dzień z rana w szpitalu na izbie przyjęć…

Wracałam do domu, nie wiem jak i nie wiem którędy, cały czas Anioł Stróż czuwał nade mną. Gdy weszłam zapłakana do przyjaciół odebrać dzieci, mąż już tam czekał na mnie, Klaudia, nasza najstarsza córka powiedziała głośno „ co? Jasiek nie żyje?” i wszyscy się spłakaliśmy … Następnego dnia szykując się do szpitala włączyłam radio, a tam piosenka „kocham cię mój syneczku…” wiedziałam, że to był znak…, że mamy syna…

 

Na izbie przyjęć: długo, służbowo i oschle…

…gdy weszliśmy na oddział pielęgniarka oddziałowa pyta mnie: „co pani się stało?” Ja na to „dziecko mi zmarło?” – znów podobna sytuacja, podniosła głowę znad papierów i mówi: „codziennie przyjmujemy z takim wskazaniem do zabiegu co najmniej dwie pacjentki, ale jest pani chyba pierwszą, która tak do tego podeszła” – łzy same mi leciały po policzkach, nie byłam w stanie zapanować…położyły mnie na osobnej sali…zabieg jeszcze dziś…modliłam się …za siebie, za lekarzy za pielęgniarki…o zrozumienie Bożego planu wobec nas… była we mnie pokora i zgoda na Boży plan, ale po ludzku to takie trudne….

Dostałam kartkę A4 ze schematem dalszego postępowania… ale nic z niej nie rozumiałam
i zamęczałam oddziałową ustawicznymi pytaniami, by niczego nie zaniedbać do godnego pochówku dziecka, ta w końcu mnie na stronę wzięła i spokojnie wyłożyła co i jak po kolei. Powiedziała, że najpierw muszę odebrać wyniki histopatologii i jeśli tam znajdą szczątki ludzkie, to mamy prawo do dokonania badań genetycznych płci i później do otrzymania aktu urodzenia i do pochówku... – za szybko, za dużo naraz… ale była to jakaś nadzieja, tylko czemu tak nie zrozumiale przygotowana informacja na papierze?

Idąc na zabieg płakałam mimowolnie…

…lekarz na sali się dziwił mojej reakcji, uszczypliwie to komentując, i chyba resztkami sił odpowiedziałam: „ proszę się nie dziwić mojej reakcji, przecież dziecko mi zmarło…” – już potem nastąpiła cisza i pocieszające słowa ze strony personelu, nie zapomnę jak anestezjolog tuż przed zaśnięciem powiedział cicho „będzie dobrze” …pocieszające spokojne słowa, bardzo ważne w takim momencie.
Po wszystkim była wielka pustka i ból utraty….

W tym czasie personel medyczny przychodzący do mnie rozmawiał dużo ze mną…za każdym razem wchodząc do sali mówił ktoś, „to ta pani, której wczoraj dziecko zmarło”…dużo życzliwości otrzymałam, a dzięki rozmowom dużo się dowiedziałam na temat dalszego postępowania. Czekaliśmy długie dwa tygodnie na wyniki histopatologii. Pojechaliśmy razem, wchodząc do sekretariatu, jak się przedstawiłam, pani mówi „a to ta pani, której dziecko zmarło” .

Po badaniu histopatologicznym okazało się, że badanie genetyczne płci dziecka będzie możliwe

W wynikach okazało się, że znaleziono szczątki ludzkie, co dawało nam możliwość kontynuacji dalszego postępowania. Udaliśmy się do zakładu patomorfologii, gdzie uzyskaliśmy płytkę mikroskopową, którą trzeba było zawieźć do Zakładu Medycyny Sądowej, by dokonać badań genetycznych płci dziecka. W poczekalni, zimnego i szarego budynku wydawało nam się, że siedzieliśmy sami, ale po chwili weszła jeszcze jedna para, a potem jeszcze jedna… tak było nas siedem milczących par…

Po trzech dniach otrzymaliśmy telefon, że są wyniki. Pojechaliśmy wraz z mężem. Pani czytając doszła do punktu określenia płci i mówi, że to było dziecko płci męskiej, ja wiedziałam o tym wewnętrznie już od dawna…to tylko na papierze potwierdziło…świętych obcowanie, bo kto mi uwierzy, że Jaś przyszedł do mnie we śnie i powiedział „mamo nie płacz, mi tu jest dobrze…”

Potem z powrotem do sekretariatu szpitala po dokumenty stwierdzające zgon dziecka i dokumenty potrzebne do załatwienia formalności w Urzędzie Miasta. Dobrze, że niedaleko jest budynek Urzędu od szpitala, więc dość szybko otrzymaliśmy „Akt urodzenia martwego dziecka” – naszego Janka.

Pogrzeb odbył się w rocznicę naszego ślubu

Co dalej? Wróciliśmy do sekretariatu, otrzymaliśmy resztę dokumentów potrzebnych do pochówku i do domu. To był wrzesień, dzieci starsze w szkole, maluchy w przedszkolu… to pojechaliśmy od razu do księdza proboszcza. Akurat miał czas. Jak dowiedział się co się stało, to wykonał telefon do zakładu pogrzebowego, że przyjedziemy. Ustaliliśmy, że datę pogrzebu za kilka dni.

W zakładzie pogrzebowym sympatyczny pan przyjął nas niezmiernie życzliwie, mówiąc, że już kilka osób chowało dzieciątka i że wie co dalej.

Pomógł nam załatwić dokumenty w ZUS oraz zaproponował śliczną porcelanową małą białą trumienkę…taką godziwą. Po tygodniu ustaliliśmy dzień pogrzebu. Msza święta była w intencji naszego małżeństwa, bo był to dzień naszej 16 rocznicy ślubu, a dodatkowo, święto Świętych Aniołów Stróżów, zaś na cmentarzu dopełniliśmy ceremonii pogrzebowych naszego synka. Po wszystkim zaprosiliśmy przybyłych bliskich i przyjaciół na rocznicowe ciasto, by razem pocieszyć się świętych obcowaniem.

Na zakończenie: fakt że przebrnęliśmy przez ten trudny czas razem bardzo wzmocnił, naszą relację małżeńską, dał naszym córkom jeszcze większą świadomość świętych obcowania i tego, że mają co najmniej jednego brata w niebie, gdy teraz idziemy na grób odwiedzić go, to nasze dziewczynki kupują jakieś autko, lub motorek „dla Jaśka” i często „bawią się z nim” w swój sobie znany dziecięcy sposób. Ufam, że kiedyś wszyscy się Tam spotkamy.

Joanna, od 17 lat szczęśliwa żona Andrzeja, matka 4 córek i 4 Aniołków.


Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl

Historia o tym, jak walczyłam z Urzędem Stanu Cywilnego, żeby zarejestrować mojego Aniołka…

Chciałabym się z Państwem podzielić naszą małą tragedią, być może komuś tych kilka słów pomoże…

W styczniu tego roku poroniłam ciążę bliźniaczą, zatrzymaną w 7 i 8 tygodniu.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że serduszka dzieci nie biją wpadłam w rozpacz.
Lekarz zalecił, aby na poronienie czekać w domu, tak zrobiliśmy i dzięki temu miałam czas, żeby psychicznie przejść moją małą żałobę, żeby się pożegnać… ale też, żeby trafić na państwa stronę i dowiedzieć się tak wielu ważnych rzeczy. Niestety mój lekarz ginekolog nie wspominał nam zupełnie o niczym, ani słowa o badaniach, zaleceniach, prawach…dlatego w czasie oczekiwania na najgorsze, czytając o poronieniach, łyżeczkowaniu i prawach kobiet, czułam się jeszcze bardziej opuszczona i bezradna.historia walki z urzędem stanu cywilnego Czytaj dalej

„Kochane mamy nie traćcie nadziei”: historia kilku poronień i dwóch małych cudów…

Sama nie wiem od czego zacząć…ale myślę, że powoli uda mi się o wszystkim opowiedzieć. Jestem Ola i jestem mamą wspaniałego synka Kacpra i 4 kochanych od samego początku Aniołów.

Nasz pierwszy Anioł odleciał w 2009 r. Słowa lekarzy brzmią jak formułka wyuczona na pamięć. „Po co pani płacze, proszę się ubrać, zabieg trzeba wykonać jak najszybciej”. Następny dzień znów poczekalnia…kobiety w ciąży, lekarka bez zająknięcia zleca zabieg. Wywołanie poronienia trwa kilka godzin, silne skurcze, płacz…a obok na sali kobiety z nowo narodzonymi maluszkami. Serce rozdziera tak niewyobrażalny ból, o jakim nikt nawet nie chciał by pomyśleć, a co dopiero go poczuć.

wasze historie po poronieniu - kobieta patrzy przed siebie

Życie musiało toczyć się dalej…

…początkowo automatycznie wykonywane czynności…ale dzięki bliskim i znajomym małymi krokami wkradał sie uśmiech i wola walki. Tak, była to Wola walki, pomimo zakazów i wysokiego ryzyka zaszłam w kolejną ciąże, wiedziałam, że muszę, czułam, że się nam uda. W kwietniu 2010 na świecie pojawił się nasz Cud. Kacper ma już 5 lat, jest wspaniałym dzieckiem, ale wiadomo, każda mama napisze tak o swoim dziecku :).Przez kilka lat nie myśleliśmy o powiększeniu naszej rodziny, jesteśmy młodzi, jest jeszcze dużo czasu, wiec zawsze było to odkładane.

W styczniu 2014 okazało się, że znowu jestem w ciąży…

…nie była ona planowana ani też mile widziana przez męża i moją rodzinę, to był ciężki czas, firma, w której pracowałam ogłosiła upadłość, mało kasy, kłótnie…Nie poddałam się, walczyłam zaciekle o naszego malca. Walka była długa, z nerwów bóle brzucha, wizyta w szpitalu, lekarz mówi że nie widać dziecka, od razu czarna rozpacz.

Dziecko żyje, ale ma wadę serca…

Lekarz poprosił żeby przyjechać następnego dnia na wizytę prywatną, a tam mały cud…Dziecko jednak żyje, ale ma wadę serca. Lekarz proponuje zabieg, odmawiam. Następne dni to dni pełnie modlitw, błagań, usg, dni oczekiwania, mierzenia maluszka czy rośnie. Nasz drugi Anioł odszedł 30.01.

Płakałam tylko w samotności, nie chciałam, by synek widział mój smutek…

Kolejny dzień, skurcze, bóle brzucha, krwawienie, 2 dni odsyłania z izby przyjęć, pomimo że dziecko nie żyje w moim ciele. W końcu ginekolog z przychodni wystawia skierowanie na cito, bo krew leje mi sie po nogach. Znów leki na wywołanie większych skurczy…zabieg i powrót do normalności. Płakałam tylko w samotności nie chciałam, by synek widział mój smutek, choć i tak wiedział, to dzięki niemu przetrwałam.

Wiem, że dla niektórych wyda się to dziwne, ale kobieta w takich momentach uczy się cierpieć po cichu. Oczywiście są dni kryzysowe, kiedy chce się umrzeć i spotkać się ze swoimi dziećmi, ale ja mam Kacpra i mam dla kogo żyć, mam to szczęście.

„To pewnie wirus, może była Pani przeziębiona…”

Po 2 stracie badania nie miały końca, ale nic z nich nie wynikło. „Jest pani zdrowa mąż też, nie ma przeciwwskazań”, „To pewnie wirus, może była pani przeziębiona..” itd. Nie naciskałam na męża, wiedziałam, że nie marzył o następnym dziecku. Ja starałam zatracić sie w nowej pracy, skupić na innych rzeczach i tak mijał tygodnie, nasze relacje z mężem się poprawiły.

Październik: na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski…

…szybko jednak Bóg, czy kto tam jest na górze, sprowadzili mnie na ziemie, nasz 3 trzeci Anioł odszedł 10 października. Mąż zostawił mnie samą sobie, jechałam do Warszawy do szpitala, synek był u dziadków…W szpitalu odesłali mnie z kwitkiem, lekarz stwierdził: „Poradzi sobie Pani sama….”Z bólami i skurczami ledwo dojechałam do domu, płacząc i wijąc sie z bólu, straciłam maleństwo w łazience.

Nie wiem jak opisać to, co czułam, strach, przerażenie i ten ból, który rozrywa serce na miliony kawałków.

Nie miałam siły na nic, chciałam być silna, przecież powinnam…ale nie miałam siły już nawet oddychać, walczyć…Kolejne 2 tygodnie walczyłam z otępieniem, bólem i strachem co dalej. Powrót do rutyny jest chyba jedynym rozwiązaniem: praca, dom, praca, dom, w nowym roku ciągłe bóle macicy, problemy z cyklem i następne badania…znów nic…

Wizyta w klinice niepłodności: wyniki książkowe…

„Nie wiem, kto Państwa do nas skierował, ale my nie zajmujemy się takimi przypadkami. Zachodzi Pani w ciążę bez problemu, in vitro jest wykluczone po tylu stratach. Jeśli chcecie się Państwo doszukiwać, można zrobić takie i takie badania, ale raczej nie ma potrzeby”.

Rozmowa z mężem, ostatnia próba, nie walczymy, jak będzie, to będzie…

„Udało się, zaczęłam po cichu cieszyć się w marcu 2015” – szczęście, które nie trwało długo..

Najpierw badania sprawdzające, macica zdrowa, tylko rodzić dzieci, hormony super, badania standardowe rewelacja, witaminy brane garściami mają jeszcze pomóc. Udało się, zaczęłam po cichu cieszyć się w marcu 2015. 2 pierwsze testy zrobiłam bez wiedzy męża…Badanie krwi i wiadomość tylko dla nas i lekarza prowadzącego, dostałam hormony na podtrzymanie, zakaz wstawania jakiegokolwiek wysiłku. Po kilku tygodniach usg – maluszek żyje, ma zdrowe serduszko, które bije równomiernie, to nasza Helenka, wiedziałam że to ona, kolejne modlitwy. Badania wskazują że wszystko jest w porządku…Pod koniec kwietnia czułam sie na tyle dobrze, by zacząć spacerować…robić obiad.

4 Maj, z samego rana wyjechaliśmy na usg, na które nie mogliśmy się doczekać. Marzyłam, aby zobaczyć, ile Helenka urosła, jak się wierci. Lekarka, która miała mnie przyjąć była na innym piętrze, trafiłam do kogo innego.

Lekarka robi badanie i znów tak jakby mówiła o tym, jak ładnie świeci słońce za oknem. Informuje, że dziecko nie żyje…Serce przestało bić kilka dni wcześniej…myślę kiedy…Nic nie poczułam, wszystko było w porządku…Staram sie nie płakać, lekarka bez słowa pisze coś na komputerze, bardziej przejęła się że nie działa jej drukarka niż tym, że moje dziecko nie żyje…

 

Wchodzi pielęgniarka, widząc mnie pyta, czy coś może dla mnie zrobić…biorę dokumenty i wybiegam

Mąż czekający przed salą goni za mną, a mnie zalewa taka rozpacz, że nie mogę się opanować, nie wiem ile tak płaczę, nie rozumiem, czemu nie zasługuje na to, by mieć kolejne zdrowe dziecko…czy jestem aż tak złym człowiekiem. Następne usg potwierdzające śmierć Helenki, następna wizyta w szpitalu, proszki na wywołania poronienia, bo organizm nie chce oddać naszego maleństwa, cały dzień skurczy – bez znieczulenia, bo spowolniło by proces. Na wieczór krwawienie, lekarze pobiegli do nagłej cesarki, mąż prowadzi mnie do łazienki…zaczęłam tracić dziecko…Siedzę zakrwawiona, mąż biega, szuka pielęgniarki, niema nikogo, słyszę jak szlocha z bezsilności, biegnie jeszcze raz i wpada oddziałowa, zabiera część tego co straciłam…Nagle pojawiają się lekarze, w 5 minut leżę znów na fotelu przygotowywana do zabiegu, trzęsę sie jak galareta i odpływam. Budzi mnie mąż, jest ze mną i wspiera, wyciera mi łzy. Nasz ostatni Anioł odszedł 5 maja.

Kolejna ciąża była Cudem – we wrześniu pojawiła się Helenka

Proszę mi uwierzyć, po tym wszystkim nie miałam najmniejszej nadziei, że się uda, że kiedykolwiek urodzę zdrowe dziecko. Szukaliśmy lekarza, który po prostu powie nam, czemu nasze dzieci odeszły i tak trafiliśmy do dr. Kurczuk-Powolny. Zrobiliśmy badania i okazało się, że jestem w ciąży…nie planowanej, nie oczekiwanej, która była dla nas po prostu Cudem. Od samego początku ciąża podtrzymywana hormonami, zastrzykami na rozrzedzenie krwi, każda wizyta wiązała się z takim stresem, że myślałam że umrę…ale dzidzia rosła i rosła. Na USG połówkowym, kiedy lekarz powiedział, że malutka jest zdrowa i wszystko jest ok byłam już spokojna i odliczałam dni:)We wrześniu pojawiła się nasza Helenka, zdrowa, silna dziewczynka, o której nie śmiałam marzyć, a jednak się pojawiła.

Kochane mamy nie traćcie nadziei. Szukajcie lekarza, który będzie was wspierał i farmakologicznie i duchowo, bo to bardzo ważne .


Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl

Chciałabym, żeby moja historia była przykładem, że warto walczyć o swoje…

Witam, sama nie wiem jak zacząć, chciałabym opisać swoją historię zbieram się w sobie już od dłuższego czasu, ale chyba nadszedł czas.

Jestem mamą 2 dzieci, to miało być nasze 3 dziecko bardzo chcieliśmy bardzo pragnęłam tego dziecka marzyłam i nim i nagle stało się…doczekałem się kolejnych 2 kresek. To był październik, poranek  po zobaczeniu tych dwóch kresek byłam chyba najszczęśliwszą osobą na ziemi. Pierwszy krok telefon do męża również radość ogromna z jego stronie. Potem poleciało szybki telefon do ginekologa, tak potwierdzam mamy kropeczkę…sterta badań wiadomo, po kolei informowaliśmy rodzinę, znajomych. Dzieci przeszczęśliwe, że będzie rodzeństwo. Wszystko układało się idealnie książkowo wręcz jak przy pierwszych dwóch ciążach…

Chciałabym, żeby moja historia była przykładem, że warto walczyć o swoje... Czytaj dalej