Kolejna nieudana próba

Dwa lata starań były dla nas ciężkim czasem. Kolejna nieudana próba przyprawiała mnie o rozpacz. Mąż bardzo mnie wspierał mówił, że w końcu się uda – nie wierzyłam, że kiedyś nadejdzie ten dzień.

wasze historie po poronieniu - para trzymająca się dłonie

Gdy znów przyszedł czas na kolejny test byłam tak zrezygnowana, że najchętniej nie zrobiłabym go. Gdy zobaczyłam na teście 2 kreski nie mogłam uwierzyć w moje szczęście.

Pierwsze USG wszystko idealnie. Wyniki książkowe. Każde kolejne USG i oglądanie synka było czymś niesamowitym. Ja ciągle nie dowierzałam, że to się dzieje. Gdy minął 16 TC zaczęłam rozglądać się za wyprawką. Trochę ubranek, wózek.

To tak bardzo cieszyło mnie. Nigdy nie byłam tak silna, jak w tej ciąży. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Pewna siebie, uśmiechnięta – jak nie ja.

W 18 TC zaczęło się coś dziać. Pojechałam do szpitala, to była środa. USG pokazało, że wszystko było ok. Niesamowita ulga. W sobotę miałam wyjść do domu. W piątek wieczorem kontrolne USG i serduszko nie biło. Mój świat się zatrzymał.

Minęło już prawie 4 miesiące, a ja czuję się coraz gorzej. Nie umiem poradzić sobie z tą pustką. Tak bardzo tęsknię za moim małym synkiem. Mieliśmy tyle planów i marzeń, jak to będzie we trójkę. Nie umiem wrócić do normalnego życia.

Wizyty na cmentarzu są dla mnie chwilowym wytchnieniem. Mąż jest ogromnym wsparciem bez niego, bym nie przeżyła tego wszystkiego.

Wiem, że muszę się pozbierać, że mam dla kogo żyć tylko jak to zrobić?

Anonim

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Moje 12 tygodni…

16 czerwca 2023 roku zrobiłam test ciążowy. Wynik był pozytywny. Po zobaczeniu dwóch kresek na teście miałam mieszane uczucia. Byłam zaskoczona i sparaliżowana strachem, że nie dam już rady, że jestem za stara (dwójka dzieci w domu, prawie odchowane 14 i 7 lat, a mój wiek… – 24 czerwca kończyłam 39 lat). Wcześniejsze ciąże planowałam, tej nie.

wasze historie po poronieniu - kobieta patrzy przed siebie

Na samym początku miałam wrażenie, że ta ciąża wszystko mi zabiera. Musiałam zwolnić tempo i zrezygnować z wielu rzeczy z uwagi na pogarszające się samopoczucie (mdłości, narastające zmęczenie, ciągła senność).

Przed pierwszą wizytą ginekologiczną zrobiłam sobie wszystkie wstępne badania. Wyniki miałam idealne. 29 czerwca poszłam na umówioną wizytę. Ginekolog potwierdził ciążę, nie wykazał żadnych nieprawidłowości i skierował na resztę badań.

Mijały kolejne dni, aż w końcu 07 lipca dostałam krwotoku i wtedy pierwszy raz poczułam przerażenie, że mogę stracić tę ciążę. Pojechałam do szpitala – nie chcieli mnie przyjąć, bo z góry założyli, że panikuję. W końcu po 2 godzinach oczekiwania na SOR-ze zostałam przyjęta na oddział. Wstępne badania nic nie wykazały, lekarz ginekolog przyjmujący na oddział powiedział, że nie wie skąd krwawienie, ale to raczej nic poważnego – ciąża żywa. Na drugi dzień zmianę przejmował ordynator. Z samego rana wezwał mnie na badanie, zrobił USG i powiedział :

„był krwiak i pękł i koniec tematu. Na drugi raz proszę z takimi pierdołami nie przyjeżdżać do szpitala, bo my takich przypadków hospitalizować nie będziemy. Recepta dla pani, proszę się spakować do domu. Na przyszłość zadbać o lepsze relacje ze swoim lekarzem prowadzącym. Dziękuję, do widzenia. Wypis w przyszłym tygodniu, do odebrania w sekretariacie.”

Poczułam się jak szkło w tyłku… Wróciłam do domu , z dnia na dzień czułam się jednak coraz lepiej. Wizytę kontrolną u lekarza prowadzącego miałam umówioną na 26.07. Martwiłam się jednak, że to trochę długo od pobytu w szpitalu, więc kuzynka odstąpiła mi swoją wizytę u ginekologa na NFZ. Poszłam i okazało się, że pani doktor nie widzi śladu po jakimkolwiek krwiaku. Powiedziała, że takie plamienia zdarzają się w pierwszym trymestrze, ciąża jest żywa, wszystko w porządku.

W czasie oczekiwania na wizytę u swojego lekarza prowadzącego zrobiłam wszystkie potrzebne badania i z uwagi na mój wiek zarejestrowałam się już na badania prenatalne na 03.08.2023. Dni mijały, czułam się w miarę ok, mdłości zelżały i przestały być tak dokuczliwe jak na początku. Nadszedł dzień wizyty u ginekologa. Wizyta 26.07.2023 – wyniki idealne, USG prawidłowe, ciąża żywa. Kamień spadł mi z serca. Jedyne co mnie stresowało to nadchodzące badania prenatalne.

W końcu nadszedł ich dzień. Bałam się ogromnie, jednak USG nie wykazało żadnych nieprawidłowości, dodatkowo potwierdzono płeć – dziewczynka… 97 % dziewczynka! Moje małe ciche marzenie, że jeśli kiedyś przyjdzie mi być w trzeciej ciąży, to niech to będzie dziewczynka. Po USG pobrano mi krew i z uwagi na sporą odległość od mojego miejsca zamieszkania do szpitala, w którym wykonywałam badania, umówiłam się na teleporadę, w celu odczytania wyników na trzy trisomie.
Wyjechaliśmy ze szpitala przeszczęśliwi – ja, mąż i nasi synowie. W końcu moje przerażenie zamieniło się w tą prawdziwą radość – radość matki z kolejnego dziecka, które nosi pod sercem.

Rozmowę telefoniczną z genetykiem odbyłam 10.08.2023 – pani przekazała dobre wieści, moje wyniki badań prenatalnych były w porządku (powiedziała nawet, że mam jedne z lepszych wśród kobiet w moje grupie wiekowej). Na drugi dzień w piątek 11.08. miałam wizytę u swojego ginekologa. Cieszyłam się z dobrych wieści, że to już 12 tydzień, że najgorsze minęło. W piątek na 10:40 poszłam przekazać doktorowi dobre wieści i zobaczyć na USG moje malutkie dzieciątko. W poczekalni okazało się, że jest opóźnienie. Czekałam ponad godzinę, aż w końcu weszłam. Lekarz przeanalizował wyniki badań i zaprosił do badania USG. Podczas badania mnie zaniepokoił, bo mało mówił i w pewnym momencie zaczęły drżeć mu ręce… Pomyślałam jednak, że może zdenerwował się czymś przy poprzedniej pacjentce i emocje jeszcze nie opadły. Zakończył USG, kazał się ubrać i zaprosił do biurka. Usiadłam i usłyszałam słowa lekarza:
„Pani Moniko, piszę skierowanie do szpitala”. Spytałam dlaczego?! „Niestety tętno płodu jest niewyczuwalne i ruchy też. Podejrzewam poronienie. Proszę jak najszybciej do szpitala, chciałbym się mylić…”

Krew odpłynęła mi z głowy. Wyszłam z gabinetu, zadzwoniłam do męża. Przyjechał, wsiadłam do samochodu i wybuchłam płaczem. Schowałam twarz w dłoniach i zdołałam wydusić z siebie tylko dwa słowa „ona umarła”. Potem resztę drogi do domu słyszałam tylko płacz młodszego syna. Weszłam do domu, aby spakować się i jak najszybciej pojechać do szpitala. W domu trochę ochłonęłam i stwierdziłam, że przecież to niemożliwe, że to musi być pomyłka. Pojechaliśmy do szpitala do miejscowości odległej o kilkanaście km od miejsca naszego zamieszkania (po ostatnim razie do miejscowego szpitala wracać nie chciałam). Zostałam przyjęta na oddział w trybie natychmiastowym.

Na oddziale dostałam osobną salę, dano mi czas na rozpakowanie się, odświeżenie, przebranie i wezwano na badanie. Było coś po godzinie 14:00. Poszłam do gabinetu z nadzieją, że wcześniejsze informacje to nieprawda. Niestety, pan doktor potwierdził najgorsze… „Serduszko przestało bić…” Moja maleńka umarła – potwierdziły się najgorsze wieści. Leżałam na fotelu i płakałam. Lekarz tłumaczył, że poda teraz leki i trzeba będzie czekać na poronienie… Otrzymałam je, poszłam do sali.

Siedziałam na szpitalnym łóżku i patrzyłam w okno. Nie mogłam nic, nic zrobić. W zasadzie, to nie wiedziałam nawet co mam zrobić… Nie mogłam przestać płakać. Po kilku godzinach siedzenia w bezruchu na szpitalnym łóżku pielęgniarka uprosiła mnie, abym położyła się. O godzinie 20:00 musiałam zażyć kolejne leki. Pielęgniarka przyniosła i zostawiła w łazience pojemnik, do którego prosiła „wydalać wszystkie tkanki”. Po 21:00 zaczęły się mocne bóle, ale mimo tego zasnęłam. Po godzinie 23:00 obudziło mnie sączenie i uczucie parcia. Wstałam spodziewając się zwykłego krwawienia. Przeszłam te kilka kroków do łazienki i już byłam cała we krwi, otworzyłam ten pojemnik i w tym momencie mała „wyszła”. Wyszła cała – była jeszcze na pępowinie, do momentu kiedy pielęgniarka dobiegła do mnie i ją przerwała. Moja dziewczynka – była już taka duża, a jednocześnie taka malutka.

Stałam we krwi i patrzałam na moje martwe dziecko. Wtedy dotarło do mnie, że już po wszystkim, że stało się najgorsze – poroniłam. Poroniłam i już nic tego nie zmieni. W jednej chwili poczułam się nic nie warta, niepotrzebna, bezużyteczna. Rozpacz mieszała się z wściekłością, że się nie udało, że nie dałam rady, że jestem beznadziejna… Nie chciałam żeby pielęgniarka zabrała ją ode mnie. Do rana nie zmrużyłam oka. Wezwano mnie na badanie, którym okazało się że ciąża była już na tyle duża, że nie wszystko się oczyściło. Konieczny był zabieg. Mimo, że okrutnie się bałam, było mi już wszystko jedno. Zabieg wykonali, nic z tego wydarzenia nie pamiętam, oprócz ogromnej troski i cudownej opieki pielęgniarek i lekarzy.

Po zabiegu zostałam wypisana do domu, do którego wracaliśmy sami – bez naszej córeczki i siostry… Milion myśli kłębi mi się w głowie, bo nie tak miało być. Chciałam ją urodzić, czekałam na jej pierwsze ruchy. Czekaliśmy na nią, miała już imię, wyobrażaliśmy sobie jak będzie wyglądała, kochaliśmy ją.

Może byłoby mi łatwiej, gdybym ja jej nie widziała. Nie wiem… Cały czas mam ten widok przed oczami i mam takie myśli, że lekarze pomylili się – oboje. Co przysnę to się zrywam i myślę, że to wszystko śniło mi się. Potem dochodzi do mnie, że nie i ogarnia mnie panika, że nie mogę złapać oddechu… W jednej chwili moje małe marzenie umarło, a razem z nim część mnie…
To mnie złamało, już nic nie będzie takie jak wcześniej.

Dziś mija trzeci tydzień od tego zdarzenia, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca, nie radzę sobie z tym, nie rozumiem i cały czas zadaje sobie pytanie dlaczego?

Monika

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

21 tydzień ciąży – niewydolność szyjki

To był 31 lipca 2023 roku. Na godzinę 10.30 mieliśmy umówione badanie prenatalne. Pojechaliśmy na nie.

Stresowałam się jak przed każdym innym, ale czułam się bardzo dobrze. Nie miałam żadnych dolegliwości bólowych. Na badaniach lekarz potwierdził płeć, mały Tadeusz rósł pod moim serduszkiem, całe 413g szczęścia. Na 2 dni przed badaniami spuchła mi prawa stopa. Wystraszyłam się, że to jakiś zator. Zgłosiłam to na wizycie. Dostałam zalecenia i pojechałam do apteki wykupić lekarstwo Cyclo3forte. Po powrocie do domu obdzwoniłam najbliższych z informacją, że jestem szczęśliwa, bo mały Tadzio rośnie jak na drożdżach, a ja czuję się kwitnąco.

wasze historie po poronieniu - kobieta siedzi zamyślona, podpiera głowę dłonią

Ok. godz. 14.00 gdy byłam w toalecie na papierze toaletowym zauważyłam dużą ilość śluzu… Przez głowę przeszły mi najgorsze myśli. Po czym stwierdziłam, że znowu przesadzam…. Jednak po 15 min. poszłam znowu do toalety i nagle patrzę a na papierze różowy śluz…

W mojej głowie była masakra. Na sygnale wróciłam do mojego ginekologa. Diagnoza…”szybko do szpitala, ty zaczynasz rodzić”. W głowie mam najgorsze myśli…, setki pytań pozostawione bez odpowiedzi…

Po 10 min. byłam już w szpitalu. Z nogami do góry zawieziono mnie na łóżku szpitalnym na oddział. Przeprowadzono badanie ginekologiczne, po czym usłyszałam „W kanale rodnym pęcherz płodowy, nie wróżę dobrego. Jeśli się wchlonie to założymy szew”.

Cały wieczór i cała noc płakałam w poduszkę. Widok mojego narzeczonego, który płacze bolał mnie jeszcze bardziej… O godz. 20.00 musiał wyjść z oddziału, bo był koniec odwiedzin. Zostałam sama.

W nocy dostałam krwawienia i okropnych skurczów. Zgłosiłam położnej, a ona lekarzowi, ale nikt nie przyszedł…
Rano wzięli mnie na następne badanie, ale nic nie pomogło… Nagle słowa „Jedziemy na porodówkę”.

To było najgorsze zdanie, które w tamtej chwili mogłam usłyszeć…

Odbył się cały poród…, ból, płacz i widok mojego martwego syneczka… Nic w życiu mnie tak nie złamało, jak ten widok…
Nadal myślę, że to był zły sen.

Zamiast wybierać wózek musiałam wybierać trumnę. 7 sierpnia odbył się pogrzeb.

Boli mnie serce. Brak mi siły żeby walczyć dalej.
Boję się każdej kolejnej próby zajścia w ciążę.
Chciałabym w końcu być szczęśliwa!
Ile jeszcze mogę znieść;(

W tym czasie żałuję, że ktokolwiek oprócz mojego narzeczonego wiedział o ciąży. Najgorsze są telefony i tłumaczenie się co się stało… Sama nie znam odpowiedzi dlaczego…?

Lekarz przy wypisie ze szpitala powiedział, że prawdopodobnie mam niewydolność szyjki macicy, każda ciąża będzie z góry zagrożona, że bez szwu na początku ciąży nie donoszę.

Serce pękło na milion małych kawałeczków. Do zobaczenia Syneczku.
Kocham Cię już na zawsze.

M.

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Psychiczne skutki straty dziecka na etapie ciąży

„Słowa „straciłam dziecko” wydawały się niewłaściwe. Straciłam przeszłość i przyszłość,
niewinność, niekwestionowane zaufanie do mojego ciała. Straciłam dużo krwi i wiele dni pracy. W dodatku za tą utratą zawsze kryło się inne dziecko, które straciłam poprzednim razem.”

Psychiczne skutki straty ciąży - zdjęcia usg płodu oraz zapalona świeca - zdjęcie USG i symbol zapalonej świecy

Powyższe słowa pochodzą z książki „O poronieniu, żałobie i ukojeniu” autorstwa Julii
Bueno, w której pochyla się ona nad doświadczeniem utraty ciąży przytaczając m.in. historie wielu kobiet. W moim odczuciu słowa te w symboliczny sposób opisują to, jak wiele przestrzeni zajmuje poronienie, martwe urodzenie… przeszłość, przyszłość, emocje, umysł, ciało, wyobrażenia i realność, zaufanie, nadzieja, lęk.

Niejednokrotnie pisałam już o tym, iż strata ciąży, szczególnie na wczesnym etapie jest
często unieważniana przez społeczeństwo. Nadal podważa się możliwość stworzenia relacji z dzieckiem na wczesnym etapie ciąży. Podważa się emocje, konsekwencje psychiczne. Podważa się prawo do żałoby. Podważa się straty, które nie obejmują samego dziecka ale i starania o bycie w ciąży, bycie rodzicem, ścieżki, które musieliśmy porzucać, wybierać, wyobrażenia o nas jako rodzicach, wyobrażenia naszych dzieci, naszej przyszłości.

Nazwanie tego, jakiej przestrzeni dotyka nasza strata jest zawsze nieodłączonym elementem mojej pracy z osobami, które doświadczyły poronienia lub martwego urodzenia. Mam poczucie, że dopiero wtedy jesteśmy w stanie określić emocje i potrzeby podejmując próbę ich zaopiekowania ale też przewidując lub rozumiejąc skutki psychiczne jakie może za sobą nieść takie doświadczenie.

Kiedy myślę o skutkach psychicznych, mam w sobie takie pragnienie, abyśmy
uświadamiając sobie jaki wpływ poronienie może mieć na psychikę kobiet, które go doświadczają, mogli rozumieć wielkość i powagę tego doświadczenia a dzięki temu odpowiednio w nim towarzyszyć.

Strata na tle emocjonalnym

Na tle emocjonalnym, strata może dawać uczucie rozpaczy, żalu, poczucia
niesprawiedliwości, smutku, złości. Łącząc doświadczenia z innymi czynnikami, czy to
indywidualnymi jak np. wcześniejsze doświadczenia, osobowościowymi czy społecznymi jak np. sieć wsparcia czy choćby sam przebieg tak trudnego doświadczenia, różnie sobie z tymi emocjami radzimy. Czasami doświadczenie to może powodować pojawienie się objawów zaburzeń depresyjnych, zaburzeń lękowych.

Niejednokrotnie, kobiety po poronieniu, martwym urodzeniu, w silnym kawałku obarczają siebie winą za stratę. Mają poczucie winy, że gdyby inaczej się odżywiały, więcej, mniej korzystały z aktywności fizycznej, mniej się stresowały, mniej pracowały, więcej spały itd itp … to do straty by nie doszło. Czujesz ten ciężar? Szukając odpowiedzi na rozpaczliwe pytanie „dlaczego mnie to spotkało?” zaczynamy uderzać w siebie z ogromną siłą krytyki i oceny, pomijając całe współczucie i wsparcie dla siebie samych.

Oczywiście, istnieją czynniki ryzyka, które mają wpływ na stratę ciąży jak
np. palenie papierosów czy spożywanie alkoholu w ciąży. Przyjmuje się, jednak,
że najprawdopodobniej główną przyczyną poronień są poważne wady chromosomowe. Moje doświadczenie pokazuje, że kobiety, które doświadczyły poronienia nadają sobie dużo więcej poczucia wpływu niż faktycznie go mają. Rozumiem, jak trudne to dla nich jest.

Strata w przestrzeni postrzegania swojego ciała

Oprócz powyższych emocji, niejednokrotnie spotykam się z przekierowaniem winy
w stosunku do swojego ciała. Cytat Carli przytoczony na początku tego tekstu również mówi o braku zaufania do swojego ciała.

Poczucie, że ja, że moje ciało zawiodło jest bardzo częstym elementem historii, którym towarzyszę. Kiedy to piszę mam kolejne uczucie ucisku pod ciężarem, który to wywołuje. Myślę o kobiecie, która straciła swoje dziecko, jest w tej stracie zanurzona z uczuciem rozpaczy, smutku, niezrozumienia dając sobie jednocześnie sygnał: mogłaś temu zapobiec, twoje ciało nie dało rady. Strasznie mnie to smuci, daje poczucie niesprawiedliwości, że zamiast współczucia pojawia się karanie siebie.

Jednocześnie obraz ten pokazuje na jak wielu poziomach może uderzać w nas strata, jak silne jest to doświadczenie. Zapewne zależy to od tego jak wcześniej wyglądała relacja ze swoim ciałem, jakie mamy poczucie własnej wartości, na jakie inne doświadczenia naszej fizyczności to wpływa i temu warto się przyjrzeć starając się zrozumieć swoją historię.

Ambiwalencja

Julia Bueno pisze o tym, jak silnie doświadczenie poronienia zanurzone jest w pewnej
ambiwalencji, co daje poczucie dezorientacji :„poronienie miota się w strefie „jak gdyby” i „prawie”, i „gdyby tylko”, oscylując pomiędzy życiem a śmiercią, rodzicielstwem a bezdzietnością, strefą publiczną i prywatną, zdrowiem psychicznym i fizycznym.”

Dodałabym jeszcze, że to miotanie się pomiędzy prawem do żałoby a odpowiedzią na społeczne oczekiwania by nie zatrzymywać się na tym zbyt długo: „lepiej teraz niż później”, „widocznie tak chciał los” itp itd. Dodałabym do tego miotanie się między przyzwoleniem na poczucie straty a szukaniem winy w sobie. Dodałabym miotanie się pomiędzy daniem sobie czasu na przeżycie straty a pospieszającą potrzebą pójścia dalej i kolejnych starań o bycie rodzicem. To dużo…

Strata ciąży a zespół stresu pourazowego (PTSD)

Może się zdarzyć, że kobiety, które doświadczyły straty dziecka na etapie ciąży będą
przejawiały objawy PTSD czyli zespołu stresu pourazowego. Wiąże się to
z nawracającymi wspomnieniami, koszmarami sennymi, flashbackami związanymi z trudnym doświadczeniem, nadmierną emocjonalnością oraz pobudzeniem. Zdarza się, że zaczynamy unikać sytuacji lub miejsc jakkolwiek przypominającymi nasze doświadczenie a nasze funkcjonowanie jest znacznie utrudnione.

Oczywiście, tak jak we wszystkich innych obszarach, to czy wystąpią objawy PTSD zależy od wielu czynników osobowościowych czy związanych z wcześniejszymi traumatycznymi objawami. Mam jednak poczucie, że ogromną role gra tutaj sam przebieg tak trudnego doświadczenia i to, na ile w tym trudzie mamy szansę poczuć się bezpiecznie, czy jesteśmy w tym same bez informacji i narzędzi do radzenia sobie czy jesteśmy otoczone wsparciem, informacją, odpowiednią opieką i empatią. Na ile doświadczenie straty wiąże się też z zagrożeniem naszego życia lub zdrowia. Dlatego znów, indywidualne podejście jest tak bardzo istotne aby zrozumieć i zaopiekować.

Strata na poziomie społecznym

Unikanie, o którym wspominam wyżej przenosi nas do kolejnej sfery, na którą może
wpływać strata ciąży, sfery społecznej. Poza częstym unieważnianiem społecznym opisywanego zjawiska, mierzymy się niejednokrotnie z pewnego rodzaju izolacją.

Z jednej strony może tak być, że to my się izolujemy – bo wracają do nas wspomnienia. Izolujemy się, ponieważ nie czujemy się gotowi na ponowny kontakt z osobami, które mogą nie zrozumieć naszego bólu lub które go podważają. Izolujemy się, bo pojawia się w nas uczucie zazdrości, której po pierwsze nie możemy w sobie zaakceptować (zawsze wspominam, że zazdrość jest czymś naturalnym, mówi nam o tym, że ktoś ma coś, czego bardzo potrzebujemy. Okazuje się, że mylimy ją często z zawiścią,
nadając jej dużo bardziej negatywny wydźwięk).

Po drugie, zazdrość często miesza się z uczuciem złości lub niesprawiedliwości i brak kontaktu np. z kobietą, która jest obecnie w ciąży bywa dla nas przez jakiś czas chroniący.

Historie kobiet, z którymi rozmawiam mówią jednak o tym, że czasami to inni izolują się od nas. Przestają pytać, wspierać, towarzyszyć. Być może spotykają się w sobie ze swoją bezradnością w pomieszczaniu naszego bólu. Być może odbierają powagę naszym doświadczeniom, nie mając w sobie na nią przestrzeni, być może jeszcze inaczej. Z czasem jednak, szczególnie przy poronieniach nawracających, kobiety wnoszą swoje poczucie samotności. To przykre i to poddaje w refleksję pytanie, jak jeszcze tworzyć przestrzeń do towarzyszenia w stracie na etapie ciąży szanując indywidualność doświadczenia, granicę ale odpowiednio wspierając.

Podsumowanie

Podsumowując, poronienie, martwe urodzenie może być przeżywane bardzo indywidualnie. Nie każda strata jest taka sama, nie każdy sposób jej przeżywania i skutki są podobne. Przestrzeń, w której ona wybrzmiewa może być różna, jedna, wielowymiarowa, nakładająca się na siebie.

To co istotne, to zobaczenie tego wydarzenia w całości, w kontekście doświadczenia tej konkretnej osoby, słysząc jej historię, rozumiejąc, że strata może dotknąć nie tylko naszych emocji ale i ciała,mózgu, sposobu myślenia o sobie.

Choć doświadczenie straty możemy próbować zamknąć w jakiś ramach aby móc je lepiej zrozumieć, nie możemy ich porównywać i oczekiwać jednego książkowego sposobu na radzenie sobie.

To jakie konsekwencje ona wywoła zależy od wielu czynników, samego doświadczenia, jego przebiegu, naszego doświadczenia sprzed, znaczenia jakiego mu nadajemy w kontekście naszej lini życia, naszych pragnień, wyobrażeń, dążeń, zasobów, trudności, wewnętrznych konfliktów, oczekiwań, towarzyszących osób, etapu życiowego na jakim się znajdujemy.

Jesteśmy różni i to jest w porządku. Pamiętajmy jednak o tym, aby uznać powagę i trud tego doświadczenia a tym samym podjąć próbę zaopiekowania.

Autor: Psycholog Izabela Pelińska

770 gramów, poród martwego dziecka

O ciąży dowiedzieliśmy się w lutym. Kilka miesięcy staraliśmy się o nasze pierwsze dziecko, stąd też radości nie było końca.

Początkowo, badania i prowadzenie ciąży przebiega bez komplikacji. Dziecko rozwija się książkowo, a my dowiadujemy się, że będzie to upragniona Wanda. Rodzina i przyjaciele wspierają i cieszą się wspólnie z nami. Powoli kompletujemy wyprawkę. W ostatni dzień lipca idę na kontrole do lekarza po powrocie z urlopu. Wszystko jest dobrze, serduszko bije, ilość wód płodowych w normie. To już 7 miesiąc ciąży, więc przechodzę na zwolnienie lekarskie i nie wracam do pracy.

wasze historie po poronieniu - kobiety trzymające się za ręce

Z końcem tygodnia zaczynam martwić się słabszymi ruchami dziecka. Czuję je, tak mi się wydaje, ale słabiej niż zwykle. Czytam historie innych kobiet, że dziecko w tym okresie śpi większość doby, że mogło zmienić pozycje. Obserwuję i umawiam się na kontrole w poniedziałkowy poranek. Jadąc do lekarza myślę o tym, że pewnie jestem przewrażliwiona i na pewno wszystko jest dobrze. W końcu tydzień temu byłam na wizycie i nic nie wskazywało, że może być inaczej.

W gabinecie przyjmuje mnie nowy lekarz, ponieważ mój jest na urlopie. Mówię o moich wątpliwościach, dlatego od razu przechodzi do zrobienia USG. Leżę, a sekundy badania ciągną się niemiłosiernie. Zaczynam się denerwować, dlaczego lekarz od razu nie mówi, że serce bije i przechodzimy do dalszych badań.

Nigdy nie zapomnę twarzy kobiety, która informuje mnie, że moja córka nie żyje. Bierze mnie za rękę i przekazuje najgorsze wieści. Oblewa mnie zimny pot i paraliż, proszę, aby sprawdzić jeszcze raz. Dzwonię do partnera, ale nie mogę wykrztusić słowa. Płaczę i mówię „przyjedź”.

Czekam w gabinecie, lekarz wypełnia skierowanie do szpitala, a ja cały czas myślę, że to może pomyłka, że coś źle zostało sprawdzone… Jestem przyjęta na oddział. Kolejne dni w szpitalu są najgorszymi w naszym życiu. Na szczęście personel zadbał, aby była to ginekologia, a nie położnictwo, gdzie są inne matki i ich dzieci.

Potwierdzenie obumarcia ciąży wywołują rozdarcie, płacz, wyrzuty sumienia. Może mogłam pojechać szybciej do szpitala, może od razu jak tylko miałam przeczucie, że coś może być nie tak? Może to jakaś bakteria, którą złapałam na urlopie? Nie trzeba było jechać? Co będzie dalej, co teraz, co z planami na kolejne miesiące? Jak ja wrócę do pracy i czy dam radę…? Kotłujące się myśli i ciągłe analizowanie wzmagają poczucie winy.

Świadomość, że w moim brzuchu od kilku dni znajduje się martwa Wanda wywołuje lęk. Odwracam wzroku od USG, od innych ciężarnych, dzieci, swojego pełnego brzucha… Otrzymuję ogromne wsparcie partnera.

Decyzja o indukcji porodu przychodzi szybko. W ciąży miałam wskazanie do cięcia cesarskiego. Nie wiem wiele o porodzie naturalnym, a teraz przychodzi mi urodzić martwe dziecko… Strach, ale też wielka chęć, aby to wszystko już skończyło się. Wywołanie porodu, skurcze, bolesne badania ginekologiczne, ból nie do zniesienia i wymioty. Lekarz jest przekonany, że to potrwa, rozwarcie ma 3 cm.

W mojej głowie ciągła myśl, że zniosłabym ten ból, gdybym tylko za chwilę zobaczyła swoje zdrowe dziecko. Kilka minut później, jestem na podłodze, przychodzą kolejne partie skurczy. Ostatnimi siłami wchodzę na łóżko i czuję ogromny ból przy kolejnym badaniu ginekologicznym.

Panika i zdziwienie zespołu lekarzy, że „to już się dzieje”! Patrzę w dół i widzę sine ciałko wystające ze mnie w pęcherzu płodowym. Odwracam wzrok i prę bardziej. Gdy ból ustępuję, rozpłakuję się. Czuję wsparcie partnera, rozpoczynamy wspólną żałobę.

Pada decyzja o łyżeczkowaniu, aby nie wdało się zakażenie. Przystąpiono do zabiegu nie czekając aż zacznie działać znieczulenie. Wszystko czuję, płaczę, trzymając za rękę położną. Jest po wszystkim, chwile odpoczywam. Oboje z partnerem chcemy pożegnać się z dzieckiem. Nie patrzymy. Położna daje nam lekkie zawiniątko. 770 gramów naszej córeczki.

Tak kończy się ta historia. Jej pierwsza cześć, dynamiczna i krótka. Kolejna znacznie dłuższa, to nasza żałoba i poradzenie sobie z traumą, pustką oraz z nieznanym jutrem.

Nie życzę nikomu, aby przeszedł to co my. Piszę to po to, aby inne pary wiedziały, że nie są same, że można to przetrwać… Sama szukałam takich historii leżąc w nocy na szpitalnym łóżku.

M.

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/