Poroniłam zanim poczułam

Witajcie… Mimo tego, że mam kochana rodzinę i przyjaciół muszę wyrzucić z siebie emocje ostatnich dni…

Poroniłam zanim poczułam

O dzidzie staraliśmy się długo, jakieś 2 lata, ale bez większej presji. W końcu w najmniej oczekiwanym momencie 2 kreski- nie wierzyłam… Każdego dnia robiłam test z niedowierzaniem. Zrobiłam badanie beta hcg 3x- pięknie rosła… Więc umówiłam się na wizytę w 6 tygodniu!

Szczęście chciało, że widziałam wtedy jak serduszko bije

Lekarz uspokoił, że wszystko prawidłowo i złożył gratulacje. Oszczędzałam się, dałam o nas… Cieszyliśmy się z całych sił… Do dnia kolejnego USG… Miałam zgłosić się po miesiącu- 10 tydzień… Niepokoiło mnie tylko to, że mam bardzo słabe objawy ciążowe. Oprócz zmęczenia nic więcej się nie działo. Już wcześniej czułam się „nijak”. Lekarz miał poślizg, weszliśmy godzinę później… USG przez brzuch- nic nie widać… USG dopochwowo- płód przestał się rozwijać. Zatrzymał się. Łzy pociekly…

Nie pamiętam co lekarz mówił, dał skierowanie do szpitala

Wychodząc z poczekalni, ciężarne z brzuszkami żegnały się ze mną. Chciałam stamtąd uciec. Nie docierało do mnie nic! Nie pamiętam jak dojechałam do domu. Przepłakałam noc… Rano spakowałam się i poszłam na SOR. Panie życzliwie mnie przyjęły. Jednakże pobrały krew, dały kroplówkę i dalej nic… Cały dzień leżałam nie wiedząc co będzie. Obok porodówka. Co chwilę płacz nowo narodzonego dziecka, szczęśliwe rodziny- dla mnie największy terror.

Czekałam na łyżeczkowanie

Następnego dnia z rana znów pobranie krwi, królówka. Zabieg w południe. Wzięli mnie na salę z paskudnym fotelem. Było 3 stażystów, 2 asystentki i 2 lekarzy. Płakałam do momentu aż zasnęłam…
Obudziłam się w swojej sali, zajrzałam pod kołdrę – krew…. Wiedziałam, że już nie mam mojej Jagódki, że pod moim sercem już nie bije inne serce. Ta pustka, żal, nienawiść i bezradność…
Nie wiem co będzie dalej, próbuję się trzymać twardo, ale jak tylko jestem sama zaglądam na USG, na te 2 kreski sprzed kilku tygodni….
Jednakże gdzieś w głębi też się cieszę bo mimo wszystko były to najpiękniejsze 10 tygodni w moim życiu

Autor: Jogódka

Kolejna strata

Jestem mamą 4 ziemskich aniołków i 3 aniołków urodzonych dla nieba.
Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Mam trzy córeczki i jednego synusia.
W tamtym roku w sierpniu zdecydowaliśmy z mężem, że postaramy się o kolejnego członka rodziny.

historia poronienia

Dziewczyny są już prawie nastolatkami – mają dwie 10 lat (jedną córeczkę przysposobilismy) i jedna 14 lat – to fajnie by było, aby Kubuś (wtedy 2 latka) miał prawie rówieśnika. Przerwałam tabletki i we wrześniu w pierwszym cyklu się udało. Radość wielka. Czułam się super.

Był to 4 tydzień. Szczęście trwało tylko chwilę

Pamiętam jakby to było dziś. Niedziela 15.10 (data dla nas mam aniołkowych bardzo smutna) zaczęłam plamić. Na IP okazało się, że nic nie widać na USG. Lekarz kazał iść w poniedziałek do ginekologa. Ten potwierdził po spadającej becie, że doszło do poronienia samoistnego. Był to prawie 7 tydzień. Oczyściłam się sama. Nie znam płci maleństwa. Ból niesamowity…

W styczniu tego roku sytuacja się powtórzyła – 5 tydzień

Odkąd skończyłam 29 lat zmagam się z wcześniejszą menopauzą. Obecnie mam 32 lata. Moje jajniki już prawie zanikły. Prawego już nie ma a lewy ma 3 mm. Miesiączka pojawiała się co 3/4 miesiące, bardzo nieregularna. W czerwcu ginekolog powiedział, że jakbym zaszła w ciążę to byłby cud. Umówił mnie na 1.07.19 na USG.

Na tym USG lekarka w wielkim szoku stwierdziła, że mamy Kinder niespodziankę

Był to 6 tydzień, serduszko już biło. Pojawiły się łzy szczęścia i łzy strachu. Dostałam od razu leki na podtrzymanie i nakaz leżenia. Dziewczyny z racji wakacji bardzo mi pomagały. Sprzątały, gotowały, zajmowały się bratem. W 10 tygodniu zaczęłam krwawić. Okazało się, że mam dwa krwiaki i kosmówka się odkleja. Kolejny strach o stratę. Na badaniach prenatalnych w 12 tygodniu o dziwo już wszystko było dobrze. Śladu po krwiakach nie było. Z kosmówką też wszystko ok. Oszczędzałam się jak tylko mogłam.

W 15 tygodniu trafiłam do szpitala z krwotokiem. Serduszko bije.

Odkleja się łożysko. W szpitalu leżałam plackiem, potrzeby załatwiałam na basen, myłam się w misce. 3 tygodnie leżałam odcięta od świata w izolatce – byłam tylko ja, pielęgniarki, lekarze i odwiedzający mąż i milion moich myśli.
W 16 tygodniu zaczęły odchodzić wody płodowe. W 17 tygodniu nie było ich już wcale . Łożysko cały czas się odklejało, krwawiłam cały czas, z krwotokami na zmianę. Moja córeczka mimo braku wód, rozwijała się, walczyła do samego końca, nie ruszała się, bo była przyklejona do ściany macicy ale..walczyła. Od dwóch tygodni wiedziałam, że nie ma żadnych szans. Moja ciąża była bardzo patologiczna. Gdyby to był wyższy tydzień, to dałoby radę coś zrobić.

Dzieci ratują od 22 tygodnia a nam tak mało brakowało…

Leżałam z tą myślą, że moje dzieciątko nie przeżyje. Miałam myśli samobójcze, przychodziła Pani psycholog, ale w sumie co ona mogła…. Przy życiu trzymały mnie tylko moje dzieci i wspierający mąż.
19.09.19 zaczęłam 18 tydzień, a o 18tej odkleiło mi się łożysko, ból najgorszy z możliwych – nie byłam w stanie się podnieść. Lekarka badała mnie na łóżku, rozwarcie na palec. Szybko na porodówkę. Na górze dostałam jedną morfinę, ulga na chwilę. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał i pomagał. Oksytocyna jedna i zaraz druga, kolejna morfina i gaz. O 21.54 urodziłam Anielkę. Ważyła 170 gram i miała 19 cm. Wyglądała jak śpiący aniołek.

Nazwałam ja Aniela – od walecznego anioła

Zasnęła na zawsze w trakcie porodu, być może morfina jej pomogła.
Pogłaskałam ją. Powiedziałam jak mocno ją kocham i pożegnałam… Mnie zaraz usypiali do czyszczenia. Czyścili mnie ponad godzinę. Z wyników histopatologicznych wyszło, że moje łożysko było 2 razy w martwicy, przeszło zawał. Błony i pępwonia były cienkie i matowe. Mój organizm zabił moje maleństwo. Mam okropne wyrzuty sumienia. Więcej dzieci już na pewno nie będę miała, nie dość, że ja otarłam się kilka razy o śmierć przy krwotokach to mój organizm pozbawił życia bezbronnego dziecka.

W tą noc śniła mi się Anielka, że trzymam ją na rękach i karmię piersią. Dała mi chyba znak, że jest jej dobrze tam u góry.

Było to nasze ostatnie spotkanie. Liczę, że kiedyś utulę do serca moje wszystkie aniołki…Anielkę miałam okazję pochować. Ma swój ziemski domek, o który dbam. Wierzę, że jest tam u góry ze swoim rodzeństwem, że czuwają nad nami, że są w niebie, w cieple i że jest im dobrze. Moje serce pękło na milion kawałków i już nigdy nie będę taką samą osobą jak sprzed roku.

Autor: Agnieszka

Podwójna strata

Jestem szczęśliwą mamą bardzo żywiołowego i radosnego 3-latka. Razem z mężem pragnęliśmy powiększyć nasze szczęście. Pół roku próbowaliśmy zajść w ciążę.

podwójna strata jak przeżyć

Na wcześniej umówione wizycie u ginekologa zasygnalizowałam że miesiączka spóźnia się tydzień. Lekarz stwierdził że to nie ciąża i zapisał progesteron. Po nim cykl miał wrócić do normy… Ale nie wrócił, okazało się że to ciąża i to 7 tydzień.

Miałam wrażenie jakbym wygrała w Lotto

Za dwa tygodnie kolejna wizyta… A tu na ekranie widać dwa pęcherzyki DWA SZCZĘŚCIA. Radość trwała zaledwie kilka minut. Większy bliźniak bez bicia serca.

W szpitalu potwierdzona diagnoza. Zalecenia-podtrzymanie ciąży farmakologicznie, oszczędny tryb życia. Upomniałam się o badania prenatalne. Co dwa tygodnie przeplatały się badania prenatalne i z wizytami u lekarza prowadzącego. USG prenatalne obraz prawidłowy. Wyniki z testu pappa duże ryzyko zespołu Edwardsa.

Żyliśmy w nadziei że to jednak pierwszy bliźniak przyczynił się do tego wyniku. Wykonaliśmy amniopunkcję. Nie doczekaliśmy się wyników, na tydzień przed trafiłam do szpitala z trzecim z rzędu krwawieniem.

Tym razem serce przestało bić

Szok, żal i niedowierzanie. Nie zapomnę bólu i strachu kiedy wywołane farmakologicznie skurcze doprowadziły do krwotoku. Z jednej strony cieszę się, że praktycznie od razu przeprowadzono łyżeczkowanie pod narkozą. Z drugiej strony łzy cisną mi się do oczu że nie było mi dane zobaczyć Marcelka.

Trafiłam na cudowny personel który od razu zorientował się że potrzebuję osobnej sali, ciszy, intymności, pomocy i wiedzy.

Niestety można się naczytać, nasłuchać tłumaczeń lekarzy, położnych ale do tego i tak nie da się przygotować.

Gdy nadchodzi ten moment emocje biorą górę

Mam nadzieję że moje dwa aniołki – Marcel i jego bliźniak o nieznanej płci – są razem i będzie im lepiej niż gdyby mieli się męczyć ziemskim życiem z poważnymi chorobami genetycznym. Na zawsze będę mamą trójki dzieci, kiedyś może ta liczba się zwiększy.

Autor: Magda

Czekałam na Ciebie 8 lat

Zacznę wszystko od początku. 5 lat starań bez owocnych, liczne badania, laparaskopie. Lekarze jednoznacznie stwierdzili, że jedyną szansą, abym urodziła dziecko jest In Vitro. Zaczęliśmy gromadzić wszystkie badania do procedury. Brakowało jednego czyli cytologii, którą zrobiłam w jak najszybszym terminie.

historia o poronieniu - balon w kształcie serca

Dla mnie był jeden cel – zostać mamą

Po 4 dniach dostałam telefon, że muszę zgłosić się pilnie do lekarza. Okazał się początek raka szyjki macicy. Trzy lata leczenia i udało nam się dobrnąć do wyleczenia. Zaczęliśmy cała bolesną procedurę, ale dla mnie był jeden cel – zostać mamą. 14 dni po transferze wykonałam test ciążowy. Była taka euforia – nie do opisania! W 6 tyg. miałam pierwsze USG. Serduszko zaczęło bić. Pierwszy raz uwierzyłam, że moje największe marzenie o zostaniu rodzicem się spełni. Kolejne USG w klinice było w 8 tyg. Potwierdziło,że jestem w ciąży i wszystko jest w porządku.

Została wyznaczona data porodu na 5.08.2019

W 10 tyg. ciąży dostałam krwawień. Wszystkie czarne myśli w głowie. Strach z mężem nie do opisania. USG:maluszek żyje i jeszcze sobie fikołkuj. Płacz mojego męża nie do opisania. Stwierdziliśmy,że już naprawdę musi być dobrze. Uśmiechnięci i pełni optymizmu poszliśmy w 13 tyg. na USG prenatalne. Na ekranie były już ładnie wykształcone nóżki i rączki. I wtedy usłyszeliśmy to, czego nigdy bym się nie spodziewała: „Dziecko ma bardzo dużą przezierność karkową oraz uogólniony obrzęk”. Przyszedł inny lekarz powiedział, że najlepiej będzie zrobić biopsję kosmówki, która odbędzie się za 3 dni. Kolejne dni upływały pełne nadziei, że obrzęk się cofnie, że najgorszą rzeczą która może być, to zespół Downa.

Termin biopsji: stawiliśmy się do szpitala

Przed wykonaniem badania zostało zrobione USG i słowa lekarza: „Serce przestało bić”. Mój krzyk rozpaczy był tak silny, że dostałam leki uspokajające. Za 2 dni mieliśmy  wstawić się w szpitalu, aby usłyszeć co dalej. Otumanieni tym, co usłyszeliśmy wróciliśmy do domu. Przez te wszystkie dni miałam nadzieję, że ktoś się pomylił i to nie jest możliwe. Leki chyba zaczęły działać, ponieważ w pewnym momencie miałam spokój wewnętrzny. Być może próbowałam się przygotować na to co przed nami. W szpitalu podali mi leki na wywołanie skurczów.

31.01.2019 o 18:30 urodziło się nasze martwe dziecko

Nie mieliśmy odwagi go zobaczyć i mam do siebie o to wyrzuty. Okazało się, że nie urodziłam łożyska i będzie potrzeba łyżeczkowania na które czekałam 59h. Gdy pytałam dlaczego taki czas, to usłyszałam, że są ważniejsze osoby, czyli kobiety z planowanym CC. Czułam się wtedy jak bym była nikim, gorszym rodzajem kobiety. Rozumiałam, że ważniejsze jest ratowanie innych dzieci ale planowane CC. Przez te godziny mimo własnej sali słyszałam kobiety rodzące oraz płacz nowo narodzonych dzieci. Kiedy już myślałam, że jest po wszystkim okazało się, że straciłam zbyt dużo krwi oraz dostałam infekcji. Wiedząc co przeżyłam przez ten czas, oczekując na łyżeczkowanie, wypisałam się na własne żądanie. Dodatkowo w kwietniu odebraliśmy wyniki posekcyjne, które wskazywały na to, że nasz aniołek nie miał żadnych wad genetycznych. Nie potrafię z tym żyć. Umarłam w ten dzień kiedy mojemu dziecku przestało bić serduszko.

Autor: Diana

Moja Nadzieja odeszła z Tobą

Jestem mężatką. Dumną mama dwóch synków z 2014 i 2017.
Miałam również mieć 3 dziecko. Ostatnia ciąża była sporym zaskoczeniem dla Nas, ale mój mąż się bardzo cieszył. Ja miałam obawy co do tego, czy damy sobie radę z 3jką dzieci tym bardziej że jedno miało dopiero rok i 3 miesiące. Ale nie powiem marzyłam o córce. Wszyscy nam gratulowali życzyli córki.

wasze historie po poronieniu - postać zamyślonej kobiety

Gdy zaszłam w ciążę moja siostrzenica zmagała się z nowotworem – to był trudny czas

Umierała nam w oczach mając zaledwie 18 lat … ostatnie moje spotkanie z nią było 2 tyg. od pokazania się 2 kresek na teście. Z uśmiechem na twarzy powiedziała mi ,,Mam nadzieję, że teraz będzie dziewczynka„ a ja powiedziałam, że wyzdrowieje i będzie matką chrzestną dziecka nawet jeśli chrzest miał odbyć by się w domu ze względu na jej stan zdrowia. Pomimo że było źle miałam w sobie nadzieję, że pokona raka.

W tym dniu mąż zabrał mnie na kolacje we dwoje. W jego oczach widziałam szczęście.

Nie sądziłam wtedy, że tak długo będzie trwać. Minęły 2 tygodnie wszyscy oswoiliśmy się ze już wchodzę w 3 miesiąc ciąży. Stan mojej siostrzenicy się pogorszył. Najbliżsi i siostra ukrywali ten fakt – nie chcieli mnie martwić. Ja nie świadoma do brzucha śpiewałam, mówiłam, że będzie moja Lilianka. Niestety na dniach nie żyłam już szczęściem. Przyszedł mój Tata i oznajmił, że moja siostrzenica jest w śpiączce, że z nią nie najlepiej… pobiegłam do szwagra i siostrzenicy. Cały dygotał. Palił papierosa za papierosem i oznajmił, że jeśli dożyje młoda jutra to będzie cud.

Dał mi do zrozumienia najgorsze…Ja dalej nie mogłam z tym się oswoić w sercu. Dalej był płomyk Nadziei – mały, bo mały, ale się palił. Niestety tego dnia na wieczór odeszła moja piękna, inteligentna, wesoła siostrzenica. Potwierdziło się najgorsze. Płomyk zgasł.

Zapominając przez moment o ciąży wpadłam w furię i rozpacz.

Mój mąż przez pół godz. nie mógł mnie uspokoić. Na drugi dzień szwagier pojechał do siostry. Nie było nikogo na miejscu prócz mnie z najbliższej rodziny. Poprosili mnie o pójście do kościoła i ustalenie z księdzem daty pogrzebu i ubiór do trumienki… Zadzwoniłam do kuzynki. Nie byłam w stanie sama tego załatwiać. Na fb każdy udostępniał młodej zdjęcie i sentencje …. to był koszmar. Kiedy trzymałam garsonkę dla niej mało nie zemdlałam – myślałam, że będę ubierać ja do ślubu… W kościele też było ciężko. Miałam żal do Boga, że pozwolił jej przegrać z rakiem. Na następny dzień mieli wrócić ze szpitala wszyscy, a jednak bez niej … Miałam odebrać młodszą siostrzenicę (niczego nie świadomą) – czekała na mamę, tatę i siostrę …. Schodząc po schodach w tym momencie poczułam, że coś ze mnie poleciało. Doszłam do mojej mamy w momencie gdy siostra oznajmiała młodszej córce gdzie jej siostra i co się stało.

Odkryłam na bieliźnie plamę krwi i krzyknęłam tylko do mojej mamy: „poroniłam!”

Mój szwagier spojrzał się na mnie jakby to był prawdziwy koszmar w naszej rodzinie. Mama kazała mi leżeć. Zadzwoniłam po kuzynkę by zawiozła mnie do lekarza. Pojechaliśmy do szpitala. Tam od razu zaznaczyli, że będę musiała zostać i zapomnę o pogrzebie i byciu z rodziną w tych najgorszych dla nas dniach. Dlatego postanowiłam iść prywatnie do lekarza, który prowadził ciąże mojej Lilianki. Dał mi tabletki na podtrzymanie i kazał tydzień leżeć plackiem.

Serduszko jeszcze biło i znów kolejna nadzieja

Oczywiście zabronił mi pójścia na pogrzeb. Powiedział ,,ale zrobi Pani jak uważa„. Minęło kilka dni. Leżałam, ale na pogrzeb poszłam. Nie wyobrażałam sobie tam nie być w tej ostatniej drodze. Myślałam, że nic gorszego nie może nam już się przydarzyć. Jednak się pomyliłam. 2 dni później poszłam na kontrolę… serduszko dziecka przestało bić. Usłyszałam: „Niestety ciąża obumarła„. Życie dało mi drugiego kopa w tym samym czasie. Lekarz kazał iść do szpitala na skrobankę … a że u Nas mały szpital i mało lekarzy kazali mi przyjść po weekendzie, bo anestezjolog jeden na cały szpital. Jak gdyby nigdy nic kazali mi z martwym płodem w brzuchu wrócić do domu. Wróciłam poszłam pod prysznic i wyleciała ze mnie cała kosmówka.

Wyszłam z wanny zapłakana

Zadzwoniłam do męża, że nasze dziecko jest w wannie. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zadzwoniłam do szpitala na ginekologię. Kazali jak najszybciej dostarczyć płód, jeśli chcę pochować. Nie wyobrażałam sobie mając dwójkę dzieci wyrzucić trzecie tylko dla tego bo jest jeszcze „płodem”. Zrobiliśmy badania genetyczne. Wyszło, że miałabym córkę. Od razu postanowiłam pochować koło mojej siostrzenicy . W końcu moja siostra straciła urodzone, a ja nienarodzone. Będziemy razem je odwiedzać.

W USC nadałam imię Nadzieja Liliana, bo odeszła razem z nadzieją na wszystko … i teraz mam dwoje aniołków w niebie.

Pisze to dziś, bo już by mi się zbliżał termin porodu. Nadal mi jest ciężko z tymi się pogodzić, że jedna chwila zmieniła moje życie aż tak. Nie tak miało być … miałam mnieć je tu dwie a nie ma ani jednej.

Klaudia