21 tydzień ciąży – niewydolność szyjki

To był 31 lipca 2023 roku. Na godzinę 10.30 mieliśmy umówione badanie prenatalne. Pojechaliśmy na nie.

Stresowałam się jak przed każdym innym, ale czułam się bardzo dobrze. Nie miałam żadnych dolegliwości bólowych. Na badaniach lekarz potwierdził płeć, mały Tadeusz rósł pod moim serduszkiem, całe 413g szczęścia. Na 2 dni przed badaniami spuchła mi prawa stopa. Wystraszyłam się, że to jakiś zator. Zgłosiłam to na wizycie. Dostałam zalecenia i pojechałam do apteki wykupić lekarstwo Cyclo3forte. Po powrocie do domu obdzwoniłam najbliższych z informacją, że jestem szczęśliwa, bo mały Tadzio rośnie jak na drożdżach, a ja czuję się kwitnąco.

wasze historie po poronieniu - kobieta siedzi zamyślona, podpiera głowę dłonią

Ok. godz. 14.00 gdy byłam w toalecie na papierze toaletowym zauważyłam dużą ilość śluzu… Przez głowę przeszły mi najgorsze myśli. Po czym stwierdziłam, że znowu przesadzam…. Jednak po 15 min. poszłam znowu do toalety i nagle patrzę a na papierze różowy śluz…

W mojej głowie była masakra. Na sygnale wróciłam do mojego ginekologa. Diagnoza…”szybko do szpitala, ty zaczynasz rodzić”. W głowie mam najgorsze myśli…, setki pytań pozostawione bez odpowiedzi…

Po 10 min. byłam już w szpitalu. Z nogami do góry zawieziono mnie na łóżku szpitalnym na oddział. Przeprowadzono badanie ginekologiczne, po czym usłyszałam „W kanale rodnym pęcherz płodowy, nie wróżę dobrego. Jeśli się wchlonie to założymy szew”.

Cały wieczór i cała noc płakałam w poduszkę. Widok mojego narzeczonego, który płacze bolał mnie jeszcze bardziej… O godz. 20.00 musiał wyjść z oddziału, bo był koniec odwiedzin. Zostałam sama.

W nocy dostałam krwawienia i okropnych skurczów. Zgłosiłam położnej, a ona lekarzowi, ale nikt nie przyszedł…
Rano wzięli mnie na następne badanie, ale nic nie pomogło… Nagle słowa „Jedziemy na porodówkę”.

To było najgorsze zdanie, które w tamtej chwili mogłam usłyszeć…

Odbył się cały poród…, ból, płacz i widok mojego martwego syneczka… Nic w życiu mnie tak nie złamało, jak ten widok…
Nadal myślę, że to był zły sen.

Zamiast wybierać wózek musiałam wybierać trumnę. 7 sierpnia odbył się pogrzeb.

Boli mnie serce. Brak mi siły żeby walczyć dalej.
Boję się każdej kolejnej próby zajścia w ciążę.
Chciałabym w końcu być szczęśliwa!
Ile jeszcze mogę znieść;(

W tym czasie żałuję, że ktokolwiek oprócz mojego narzeczonego wiedział o ciąży. Najgorsze są telefony i tłumaczenie się co się stało… Sama nie znam odpowiedzi dlaczego…?

Lekarz przy wypisie ze szpitala powiedział, że prawdopodobnie mam niewydolność szyjki macicy, każda ciąża będzie z góry zagrożona, że bez szwu na początku ciąży nie donoszę.

Serce pękło na milion małych kawałeczków. Do zobaczenia Syneczku.
Kocham Cię już na zawsze.

M.

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Psychiczne skutki straty dziecka na etapie ciąży

„Słowa „straciłam dziecko” wydawały się niewłaściwe. Straciłam przeszłość i przyszłość,
niewinność, niekwestionowane zaufanie do mojego ciała. Straciłam dużo krwi i wiele dni pracy. W dodatku za tą utratą zawsze kryło się inne dziecko, które straciłam poprzednim razem.”

Psychiczne skutki straty ciąży - zdjęcia usg płodu oraz zapalona świeca - zdjęcie USG i symbol zapalonej świecy

Powyższe słowa pochodzą z książki „O poronieniu, żałobie i ukojeniu” autorstwa Julii
Bueno, w której pochyla się ona nad doświadczeniem utraty ciąży przytaczając m.in. historie wielu kobiet. W moim odczuciu słowa te w symboliczny sposób opisują to, jak wiele przestrzeni zajmuje poronienie, martwe urodzenie… przeszłość, przyszłość, emocje, umysł, ciało, wyobrażenia i realność, zaufanie, nadzieja, lęk.

Niejednokrotnie pisałam już o tym, iż strata ciąży, szczególnie na wczesnym etapie jest
często unieważniana przez społeczeństwo. Nadal podważa się możliwość stworzenia relacji z dzieckiem na wczesnym etapie ciąży. Podważa się emocje, konsekwencje psychiczne. Podważa się prawo do żałoby. Podważa się straty, które nie obejmują samego dziecka ale i starania o bycie w ciąży, bycie rodzicem, ścieżki, które musieliśmy porzucać, wybierać, wyobrażenia o nas jako rodzicach, wyobrażenia naszych dzieci, naszej przyszłości.

Nazwanie tego, jakiej przestrzeni dotyka nasza strata jest zawsze nieodłączonym elementem mojej pracy z osobami, które doświadczyły poronienia lub martwego urodzenia. Mam poczucie, że dopiero wtedy jesteśmy w stanie określić emocje i potrzeby podejmując próbę ich zaopiekowania ale też przewidując lub rozumiejąc skutki psychiczne jakie może za sobą nieść takie doświadczenie.

Kiedy myślę o skutkach psychicznych, mam w sobie takie pragnienie, abyśmy
uświadamiając sobie jaki wpływ poronienie może mieć na psychikę kobiet, które go doświadczają, mogli rozumieć wielkość i powagę tego doświadczenia a dzięki temu odpowiednio w nim towarzyszyć.

Strata na tle emocjonalnym

Na tle emocjonalnym, strata może dawać uczucie rozpaczy, żalu, poczucia
niesprawiedliwości, smutku, złości. Łącząc doświadczenia z innymi czynnikami, czy to
indywidualnymi jak np. wcześniejsze doświadczenia, osobowościowymi czy społecznymi jak np. sieć wsparcia czy choćby sam przebieg tak trudnego doświadczenia, różnie sobie z tymi emocjami radzimy. Czasami doświadczenie to może powodować pojawienie się objawów zaburzeń depresyjnych, zaburzeń lękowych.

Niejednokrotnie, kobiety po poronieniu, martwym urodzeniu, w silnym kawałku obarczają siebie winą za stratę. Mają poczucie winy, że gdyby inaczej się odżywiały, więcej, mniej korzystały z aktywności fizycznej, mniej się stresowały, mniej pracowały, więcej spały itd itp … to do straty by nie doszło. Czujesz ten ciężar? Szukając odpowiedzi na rozpaczliwe pytanie „dlaczego mnie to spotkało?” zaczynamy uderzać w siebie z ogromną siłą krytyki i oceny, pomijając całe współczucie i wsparcie dla siebie samych.

Oczywiście, istnieją czynniki ryzyka, które mają wpływ na stratę ciąży jak
np. palenie papierosów czy spożywanie alkoholu w ciąży. Przyjmuje się, jednak,
że najprawdopodobniej główną przyczyną poronień są poważne wady chromosomowe. Moje doświadczenie pokazuje, że kobiety, które doświadczyły poronienia nadają sobie dużo więcej poczucia wpływu niż faktycznie go mają. Rozumiem, jak trudne to dla nich jest.

Strata w przestrzeni postrzegania swojego ciała

Oprócz powyższych emocji, niejednokrotnie spotykam się z przekierowaniem winy
w stosunku do swojego ciała. Cytat Carli przytoczony na początku tego tekstu również mówi o braku zaufania do swojego ciała.

Poczucie, że ja, że moje ciało zawiodło jest bardzo częstym elementem historii, którym towarzyszę. Kiedy to piszę mam kolejne uczucie ucisku pod ciężarem, który to wywołuje. Myślę o kobiecie, która straciła swoje dziecko, jest w tej stracie zanurzona z uczuciem rozpaczy, smutku, niezrozumienia dając sobie jednocześnie sygnał: mogłaś temu zapobiec, twoje ciało nie dało rady. Strasznie mnie to smuci, daje poczucie niesprawiedliwości, że zamiast współczucia pojawia się karanie siebie.

Jednocześnie obraz ten pokazuje na jak wielu poziomach może uderzać w nas strata, jak silne jest to doświadczenie. Zapewne zależy to od tego jak wcześniej wyglądała relacja ze swoim ciałem, jakie mamy poczucie własnej wartości, na jakie inne doświadczenia naszej fizyczności to wpływa i temu warto się przyjrzeć starając się zrozumieć swoją historię.

Ambiwalencja

Julia Bueno pisze o tym, jak silnie doświadczenie poronienia zanurzone jest w pewnej
ambiwalencji, co daje poczucie dezorientacji :„poronienie miota się w strefie „jak gdyby” i „prawie”, i „gdyby tylko”, oscylując pomiędzy życiem a śmiercią, rodzicielstwem a bezdzietnością, strefą publiczną i prywatną, zdrowiem psychicznym i fizycznym.”

Dodałabym jeszcze, że to miotanie się pomiędzy prawem do żałoby a odpowiedzią na społeczne oczekiwania by nie zatrzymywać się na tym zbyt długo: „lepiej teraz niż później”, „widocznie tak chciał los” itp itd. Dodałabym do tego miotanie się między przyzwoleniem na poczucie straty a szukaniem winy w sobie. Dodałabym miotanie się pomiędzy daniem sobie czasu na przeżycie straty a pospieszającą potrzebą pójścia dalej i kolejnych starań o bycie rodzicem. To dużo…

Strata ciąży a zespół stresu pourazowego (PTSD)

Może się zdarzyć, że kobiety, które doświadczyły straty dziecka na etapie ciąży będą
przejawiały objawy PTSD czyli zespołu stresu pourazowego. Wiąże się to
z nawracającymi wspomnieniami, koszmarami sennymi, flashbackami związanymi z trudnym doświadczeniem, nadmierną emocjonalnością oraz pobudzeniem. Zdarza się, że zaczynamy unikać sytuacji lub miejsc jakkolwiek przypominającymi nasze doświadczenie a nasze funkcjonowanie jest znacznie utrudnione.

Oczywiście, tak jak we wszystkich innych obszarach, to czy wystąpią objawy PTSD zależy od wielu czynników osobowościowych czy związanych z wcześniejszymi traumatycznymi objawami. Mam jednak poczucie, że ogromną role gra tutaj sam przebieg tak trudnego doświadczenia i to, na ile w tym trudzie mamy szansę poczuć się bezpiecznie, czy jesteśmy w tym same bez informacji i narzędzi do radzenia sobie czy jesteśmy otoczone wsparciem, informacją, odpowiednią opieką i empatią. Na ile doświadczenie straty wiąże się też z zagrożeniem naszego życia lub zdrowia. Dlatego znów, indywidualne podejście jest tak bardzo istotne aby zrozumieć i zaopiekować.

Strata na poziomie społecznym

Unikanie, o którym wspominam wyżej przenosi nas do kolejnej sfery, na którą może
wpływać strata ciąży, sfery społecznej. Poza częstym unieważnianiem społecznym opisywanego zjawiska, mierzymy się niejednokrotnie z pewnego rodzaju izolacją.

Z jednej strony może tak być, że to my się izolujemy – bo wracają do nas wspomnienia. Izolujemy się, ponieważ nie czujemy się gotowi na ponowny kontakt z osobami, które mogą nie zrozumieć naszego bólu lub które go podważają. Izolujemy się, bo pojawia się w nas uczucie zazdrości, której po pierwsze nie możemy w sobie zaakceptować (zawsze wspominam, że zazdrość jest czymś naturalnym, mówi nam o tym, że ktoś ma coś, czego bardzo potrzebujemy. Okazuje się, że mylimy ją często z zawiścią,
nadając jej dużo bardziej negatywny wydźwięk).

Po drugie, zazdrość często miesza się z uczuciem złości lub niesprawiedliwości i brak kontaktu np. z kobietą, która jest obecnie w ciąży bywa dla nas przez jakiś czas chroniący.

Historie kobiet, z którymi rozmawiam mówią jednak o tym, że czasami to inni izolują się od nas. Przestają pytać, wspierać, towarzyszyć. Być może spotykają się w sobie ze swoją bezradnością w pomieszczaniu naszego bólu. Być może odbierają powagę naszym doświadczeniom, nie mając w sobie na nią przestrzeni, być może jeszcze inaczej. Z czasem jednak, szczególnie przy poronieniach nawracających, kobiety wnoszą swoje poczucie samotności. To przykre i to poddaje w refleksję pytanie, jak jeszcze tworzyć przestrzeń do towarzyszenia w stracie na etapie ciąży szanując indywidualność doświadczenia, granicę ale odpowiednio wspierając.

Podsumowanie

Podsumowując, poronienie, martwe urodzenie może być przeżywane bardzo indywidualnie. Nie każda strata jest taka sama, nie każdy sposób jej przeżywania i skutki są podobne. Przestrzeń, w której ona wybrzmiewa może być różna, jedna, wielowymiarowa, nakładająca się na siebie.

To co istotne, to zobaczenie tego wydarzenia w całości, w kontekście doświadczenia tej konkretnej osoby, słysząc jej historię, rozumiejąc, że strata może dotknąć nie tylko naszych emocji ale i ciała,mózgu, sposobu myślenia o sobie.

Choć doświadczenie straty możemy próbować zamknąć w jakiś ramach aby móc je lepiej zrozumieć, nie możemy ich porównywać i oczekiwać jednego książkowego sposobu na radzenie sobie.

To jakie konsekwencje ona wywoła zależy od wielu czynników, samego doświadczenia, jego przebiegu, naszego doświadczenia sprzed, znaczenia jakiego mu nadajemy w kontekście naszej lini życia, naszych pragnień, wyobrażeń, dążeń, zasobów, trudności, wewnętrznych konfliktów, oczekiwań, towarzyszących osób, etapu życiowego na jakim się znajdujemy.

Jesteśmy różni i to jest w porządku. Pamiętajmy jednak o tym, aby uznać powagę i trud tego doświadczenia a tym samym podjąć próbę zaopiekowania.

Autor: 

Izabela Pelińska
Izabela Pelińska
Psycholożka, Psychoterapeutka

770 gramów, poród martwego dziecka

O ciąży dowiedzieliśmy się w lutym. Kilka miesięcy staraliśmy się o nasze pierwsze dziecko, stąd też radości nie było końca.

Początkowo, badania i prowadzenie ciąży przebiega bez komplikacji. Dziecko rozwija się książkowo, a my dowiadujemy się, że będzie to upragniona Wanda. Rodzina i przyjaciele wspierają i cieszą się wspólnie z nami. Powoli kompletujemy wyprawkę. W ostatni dzień lipca idę na kontrole do lekarza po powrocie z urlopu. Wszystko jest dobrze, serduszko bije, ilość wód płodowych w normie. To już 7 miesiąc ciąży, więc przechodzę na zwolnienie lekarskie i nie wracam do pracy.

wasze historie po poronieniu - kobiety trzymające się za ręce

Z końcem tygodnia zaczynam martwić się słabszymi ruchami dziecka. Czuję je, tak mi się wydaje, ale słabiej niż zwykle. Czytam historie innych kobiet, że dziecko w tym okresie śpi większość doby, że mogło zmienić pozycje. Obserwuję i umawiam się na kontrole w poniedziałkowy poranek. Jadąc do lekarza myślę o tym, że pewnie jestem przewrażliwiona i na pewno wszystko jest dobrze. W końcu tydzień temu byłam na wizycie i nic nie wskazywało, że może być inaczej.

W gabinecie przyjmuje mnie nowy lekarz, ponieważ mój jest na urlopie. Mówię o moich wątpliwościach, dlatego od razu przechodzi do zrobienia USG. Leżę, a sekundy badania ciągną się niemiłosiernie. Zaczynam się denerwować, dlaczego lekarz od razu nie mówi, że serce bije i przechodzimy do dalszych badań.

Nigdy nie zapomnę twarzy kobiety, która informuje mnie, że moja córka nie żyje. Bierze mnie za rękę i przekazuje najgorsze wieści. Oblewa mnie zimny pot i paraliż, proszę, aby sprawdzić jeszcze raz. Dzwonię do partnera, ale nie mogę wykrztusić słowa. Płaczę i mówię „przyjedź”.

Czekam w gabinecie, lekarz wypełnia skierowanie do szpitala, a ja cały czas myślę, że to może pomyłka, że coś źle zostało sprawdzone… Jestem przyjęta na oddział. Kolejne dni w szpitalu są najgorszymi w naszym życiu. Na szczęście personel zadbał, aby była to ginekologia, a nie położnictwo, gdzie są inne matki i ich dzieci.

Potwierdzenie obumarcia ciąży wywołują rozdarcie, płacz, wyrzuty sumienia. Może mogłam pojechać szybciej do szpitala, może od razu jak tylko miałam przeczucie, że coś może być nie tak? Może to jakaś bakteria, którą złapałam na urlopie? Nie trzeba było jechać? Co będzie dalej, co teraz, co z planami na kolejne miesiące? Jak ja wrócę do pracy i czy dam radę…? Kotłujące się myśli i ciągłe analizowanie wzmagają poczucie winy.

Świadomość, że w moim brzuchu od kilku dni znajduje się martwa Wanda wywołuje lęk. Odwracam wzroku od USG, od innych ciężarnych, dzieci, swojego pełnego brzucha… Otrzymuję ogromne wsparcie partnera.

Decyzja o indukcji porodu przychodzi szybko. W ciąży miałam wskazanie do cięcia cesarskiego. Nie wiem wiele o porodzie naturalnym, a teraz przychodzi mi urodzić martwe dziecko… Strach, ale też wielka chęć, aby to wszystko już skończyło się. Wywołanie porodu, skurcze, bolesne badania ginekologiczne, ból nie do zniesienia i wymioty. Lekarz jest przekonany, że to potrwa, rozwarcie ma 3 cm.

W mojej głowie ciągła myśl, że zniosłabym ten ból, gdybym tylko za chwilę zobaczyła swoje zdrowe dziecko. Kilka minut później, jestem na podłodze, przychodzą kolejne partie skurczy. Ostatnimi siłami wchodzę na łóżko i czuję ogromny ból przy kolejnym badaniu ginekologicznym.

Panika i zdziwienie zespołu lekarzy, że „to już się dzieje”! Patrzę w dół i widzę sine ciałko wystające ze mnie w pęcherzu płodowym. Odwracam wzrok i prę bardziej. Gdy ból ustępuję, rozpłakuję się. Czuję wsparcie partnera, rozpoczynamy wspólną żałobę.

Pada decyzja o łyżeczkowaniu, aby nie wdało się zakażenie. Przystąpiono do zabiegu nie czekając aż zacznie działać znieczulenie. Wszystko czuję, płaczę, trzymając za rękę położną. Jest po wszystkim, chwile odpoczywam. Oboje z partnerem chcemy pożegnać się z dzieckiem. Nie patrzymy. Położna daje nam lekkie zawiniątko. 770 gramów naszej córeczki.

Tak kończy się ta historia. Jej pierwsza cześć, dynamiczna i krótka. Kolejna znacznie dłuższa, to nasza żałoba i poradzenie sobie z traumą, pustką oraz z nieznanym jutrem.

Nie życzę nikomu, aby przeszedł to co my. Piszę to po to, aby inne pary wiedziały, że nie są same, że można to przetrwać… Sama szukałam takich historii leżąc w nocy na szpitalnym łóżku.

M.

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Moja księżniczka uratowała mnie

Moja historia zaczyna się tak jak pewnie u każdej kobiety. 22.04.2023 dwa dni przed moimi urodzinami zauważyłam dwie kreski na teście. Byłam bardzo szczęśliwa z tego powodu, bo oboje z mężem chcieliśmy mieć jeszcze jedną pociechę (obecnie jestem już mamą 4 letniej córeczki).

historia o stracie - kobieta pisząca w zeszycie

Pierwsza wizyta u ginekologa była już 25 kwietnia, ale pani doktor powiedziała, że to jeszcze za wcześnie, aby stwierdzić ciążę. Stwierdziła jednak, że jeżeli poziom beta hcg podniósł się, to ma nadzieję, że wszystko będzie dobrze i poprosiła przyjść za 3 tygodnie.

16 maja byłam na kolejnej kontroli, na której zobaczyłam zarodek z bijącym serduszkiem – wielka radość! Jednak również obawa, bo zarodek był o 2 tygodnie mniejszy niż wynikałoby to z ostatniej miesiączki. Jednak pani ginekolog prosiła, aby nie martwić się, bo możliwe, że później doszło do zapłodnienia. Kazała przyjść ok 11 tygodnia na pierwsze USG prenatalne stwierdzające czy wszystko jest w porządku.

Niestety, do tego dnia nie dotrwaliśmy. Kilka dni później zaczęłam delikatnie plamić. Plamienie szybko ustąpiło, wiec pomyślałam ze to nic groźnego, bo podobnie miałam przy pierwszej ciąży. Niestety, 30 maja plamienie zaczęło być większe. Poszłam na wizytę USG prywatnie, na której pani doktor stwierdziła poronienie samoistne. Płód przestał rozwijać się na etapie 7 tygodnia i nie było już akcji serca, dlatego otrzymałam skierowanie do szpitala.

Tego dnia zawalił mi się świat, obwiniałam siebie za to co się stało, bo przecież mogłam wcześniej zareagować, a może pomogłoby to. W szpitalu stwierdzono, że organizm sam się oczyścił, zostawili mnie na obserwacje i podali farmaceutyki.

Już minęło dwa miesiące od tego zdarzenia, dalej z mężem staramy się o nową pociechę wierząc, że tamto zdarzenie nie powtórzy się. Mam nadzieje, że za kilka miesięcy będę ponownie cieszyć się.

W tej całej sytuacji najważniejsze jest to, że już jestem matką i dzięki mojej czteroletniej księżniczce byłam w stanie wrócić do „normalnego” życia.

Natalia

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Stan przedrzucawkowy – przyczyny, objawy, powikłania

Jednym z powikłań ciążowych jest stan przedrzucawkowy. Może on być niebezpieczny dla matki i dziecka. Najbardziej są na niego narażone kobiety przewlekle chorujące na nadciśnienie tętnicze. Jednak dzięki odpowiedniej profilaktyce mogą one go uniknąć. Dowiedz się, jak możesz rozpoznać stan przedrzucawkowy i jakie działania wdrożyć, aby mu zapobiec!

stan przedrzucawkowy

Stan przedrzucawkowy – czym jest i jakie są jego przyczyny?

Stan przedrzucawkowy, zwany także preeklampsją, to postać nadciśnienia. Pojawia się ona po 20 tygodniu ciąży. Ciśnienie tętnicze krwi ciężarnej w czasie stanu przedrzucawkowego wynosi powyżej 140/90 mmHg.

Przyczyna stanu przedrzucawkowego nie jest aktualnie znana. Istnieją jednak czynniki wysokiego ryzyka, które znacznie mogą zwiększać jego prawdopodobieństwo. Należy do nich:
• Nadciśnienie przewlekłe
• Nadciśnienie ciążowe
• Przewlekłe choroby nerek
• Cukrzyca typu 1 i 2
• Choroby autoimmunologiczne

Wyróżnia się również następujące czynniki średniego ryzyka:
• Pierwsza ciąża
• Wiek matki powyżej 40 lat
• Przynajmniej 10-letni odstęp od ostatniej ciąży
• Nieprawidłowy wskaźnik masy ciała (BMI powyżej 35)
• Rodzinne występowanie stanu przedrzucawkowego
• Ciąża wielopłodowa

Jakie są objawy stanu przedrzucawkowego?

Stan przedrzucawkowy zwykle objawia się poprzez:
• Ciśnienie tętnicze wynoszące powyżej 140/90 mmHg
• Białkomocz
• Ból nadbrzusza
• Bóle głowy
• Nudności
• Zaburzenia widzenia
• Nagły wzrost masy ciała

W najcięższej postaci stanu przedrzucawkowego wystąpić może się również rzucawka. W jej trakcie pojawiają się drgawki toniczno-kloniczne. Może to doprowadzić nawet do śpiączki. Innym ciężkim następstwem preeklampsji jest zespół HELLP, który powoduje niedokrwistość hemolityczną, małopłytkowość oraz zwiększony poziom enzymów wątrobowych.

Jakie są powikłania stanu przedrzucawkowego?

Preeklampsja może wywołać powikłania groźne dla matki i dziecka. Grozi ona niedotlenieniem, problemami ze wzrostem wewnątrzmacicznym oraz obumarciem wewnątrzmacicznym płodu. Z kolei u matki dojść może do krwawienia śródmózgowego, udaru mózgu oraz niewydolności narządów. Najcięższym powikłaniem jest zgon kobiety.

Jak się leczy stan przedrzucawkowy?

Kobiety ze stanem przedrzucawkowym powinny znajdować się pod ścisłą kontrolą lekarza. Zwykle muszą one stosować leczenie farmakologiczne, które obniży ich ciśnienie krwi. Rodzaj leku i jego dawka ustalana jest przez lekarza prowadzącego.

Jeśli ciśnienie tętnicze u ciężarnej wynosi więcej niż 160/110 mmHg, to konieczna jest hospitalizacja. Jest to stan zagrażający życiu kobiety. W takim przypadku podawane są leki zwalczające napady drgawek oraz zmniejszające ciśnienie tętnicze. Często stosowana jest także aparatura z tlenem.

Jaką profilaktykę stanu przedrzucawkowego stosować?

Kobiety, u których występuje zwiększone ryzyko wystąpienia preeklampsji, muszą stosować właściwą profilaktykę. Jest nią zażywanie kwasu acetylosalicylowego oraz regularne kontrole lekarskie. Profilaktyka wdrożona musi zostać przed 16 tygodniem ciąży.