Blog
Obchody Dnia Dziecka Utraconego 2017 r. w Archidiecezji Częstochowskiej
Uwaga: artykuł archiwalny
Poniższa informacja dotyczy obchodów Dnia Dziecka Utraconego, które odbyły się w 2017 roku. Publikujemy ją w celach archiwalnych i informacyjnych.
Strata dziecka jest tragedią. I nie ma tu znaczenia jego wiek czy wielkość. Niezależnie od tego, czy przeżyło kilka lat, miesięcy czy tygodni – czasem tylko tych pod sercem mamy. Jego rodzina ma prawo do smutku i żałoby.

Czas który koi rany, utula ból i budzi w sercu nadzieję…
Rozumiejąc tę potrzebę, serdecznie zapraszamy 15 października 2017 r. rodziny dotknięte dramatem straty dziecka (w wyniku choroby, poronienia, przedwczesnego porodu, wypadku czy aborcji), ich bliskich, przyjaciół i wszystkich tych, którzy chcieliby podzielić się z nimi swoją modlitwą na Dzień Dziecka Utraconego w Archidiecezji Częstochowskiej.
Zobacz też: Pomoc i wsparcie dla rodziców po poronieniu
Zapraszamy:
Częstochowa, Sanktuarium św. Józefa
17:30 Różaniec w intencji rodziców po stracie
18:00 Eucharystia
18:45 Prelekcja: ks. Arkadiusza Olczyka „Prawa przysługujące rodzicom po stracie nienarodzonego dziecka”
Zakończymy adoracją, podczas której każdy rodzic będzie mógł zapalić przy ołtarzu światełko pamięci symbolizujące jego utracone Dziecko.
Radomsko, Kościół św. Ojca Pio
15:00 Eucharystia
po niej Różaniec w intencji rodziców po stracie i ich dzieci oraz modlitwa przy pomniku Dziecka Utraconego
Wieluń, Klasztor Sióstr Bernardynek
15:00 Różaniec w intencji rodziców po stracie i ich dzieci
15:30 Eucharystia
Patronat honorowy nad Dniem Dziecka Utraconego w naszej Archidiecezji objął
Ks. Abp dr Wacław Depo
Bo „Nie ma stópki zbyt małej, by nie pozostawiła na tym świecie śladu”
autor nieznany
Źródło: informacja prasowa
Historia dwóch bijących serduszek…
Moja druga ciąża była przeze mnie upragniona…Kiedy dowiedziałam się, że biją dwa serduszka, byłam zła, a zarazem szczęśliwa…Nosiłam pod sercem bliźnięta jednojajowe.
Serce mamy ma nieskończoną ilość miłości…
Czytałam Wasze historie i wiem, że większości z Was – mimo tego bolesnego doświadczenia, jakim jest poronienie – udało się zajść w ciążę i urodzić upragnione maleństwo. Bardzo się z Wami cieszę i wierzę, że jesteście świetnymi mamami! U mnie to wyglądało trochę inaczej, ale też szczęśliwie…
Czytaj dalej
O tym, jak zostałam mamą trzech Aniołków…
Mam na imię Justyna. Moja historia zaczyna się od wyjazdu za pracą do Niemiec. Nie myślałam, że zajdę w ciążę w tak krótkim czasie – jeszcze w Polsce powiedziano mi, że nie będę mogła mieć dzieci. Zmiana partnera, wielka miłość – to wszystko zmienia – pomyślałam. Początkowo byłam przerażona, płakałam, myślałam, że nie dam rady. Na szczęście szybko zaczęliśmy cieszyć się ciążą.

Z USG wynikało, że będziemy rodzicami trojaczków
Ciąża nas zaskoczyła – to fakt. Nie planowaliśmy jej, tym bardziej, że czekała nas nowa praca, musieliśmy też nauczyć się zupełnie nowego języka…Dlatego po pierwszej wizycie u ginekologa byłam roztrzęsiona. Czułam, że to będą bliźnięta. Płakałam, bałam się, że nie dam rady. Tylko mój chłopak zachował zimną krew – nigdy nie zostawił mnie w potrzebie. Był ze mną wszędzie.
2 tygodnie później miałam kolejną wizytę. To był 6 tydzień, a naszym oczom ukazał się trzeci pęcherzyk. Tym razem bardzo się ucieszyliśmy, zaczęliśmy załatwiać mieszkanie. Myśleliśmy, że Niemcy to dobry kraj na utrzymanie takiej ciąży.
W dniu przeprowadzki do nowego mieszkania zaczęłam krwawić
Trafiłam do szpitala, myśląc, że to już koniec. Niestety to był dopiero początek naszego koszmaru. W szpitalu stwierdzono u mnie cysty na jajnikach. Dodam, że jeszcze wtedy posługiwaliśmy się językiem niemieckim na poziomie: „bitte” i „danke”. Nie rozumieliśmy nic, ratował nas tylko angielski. Nie mieliśmy też nikogo, prócz siebie…
Pod koniec 4 miesiąca zaczęłam odczuwać skurcze porodowe….
Trwały 3 dni. Miałam za sobą nieprzespane noce, czułam okropny ból. Lekarze zamiast go uśmierzyć, czekali. W końcu dostałam zastrzyk przeciwbólowy, po którym odeszły mi wody. Młoda niedoświadczona lekarka zrobiła mi USG. Dzieci były na swoim miejscu, całe i zdrowe. Już wtedy usłyszeliśmy, że ciąża nie przetrwa. Załamaliśmy się…
3 dni później w tym samym szpitalu od ginekologa prowadzącego ciążę usłyszałam, że dzieciom nic nie jest, nie mam skurczy i że wody nie odeszły. Z ciążą wszystko w porządku. Niestety okazało się, że ten „profesjonalista” zrobił nam tylko wodę z mózgu, bo za 2 dni okazało się, że u jednego z maluszków jest pusto… Nie miałam już nadziei na to, że będzie dobrze…
Dostałam tabletki na wywołanie porodu…
I z 40-stopniową gorączką trafiłam na porodówkę. Miałam otrzymać znieczulenie w kręgosłup. „Głupi Jaś” nie pomógł, więc trzęsłam się z rozpaczy. Pielęgniarka próbowała trafić we właściwe miejsce. W końcu się udało – urodziłam żywe dzieciaczki, które niestety musiały umrzeć, bym żyła ja…Mój chłopak okazał się silnym facetem, był przy mnie w tych ciężkich chwilach.
Na oddziale byłam 6 tygodni, urodziłam w 16 tygodniu ciąży. Lekarze nie starali się mi pomóc, pielęgniarki olewały… Przy porodzie i czyszczeniu byłam świadoma, słyszałam ich śmiechy. W końcu po miesiącu walki i z wyrwanym sercem wyszłam do domu….
Po wszystkim przyszedł do mnie polski ksiądz – zaproponował pochówek
Bardzo się ucieszyliśmy, że nasze dzieci nie zostaną wyrzucone. Pochowaliśmy naszych chłopców – Mateusza, Marcina i Mikołaja. Towarzyszyliśmy im w ich ostatniej drodze. Nie widziałam ich jednak, nie mogłam…
To była moja pierwsza ciąża. Nie udało się. Mamy jednak 3 Aniołki, które kochamy. Nigdy nie zapomnę tego przeżycia, tej radości, tego, że to wszystko mogło skończyć się inaczej, a skończyło tragedią.
Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl
