Kiedy cała przyroda budziła się do życia – on zgasł

Jutro mijają dokładnie trzy tygodnie od kiedy usłyszał- Przykro mi, ale ta ciąża się nie rozwija. Mam już trójkę dzieci z książkowych ciąż. Nigdy nie miałam żadnych problemów w ciąży, zawsze dobre wyniki badań. Nie choruję na żadne choroby. Tak było i tym razem. Nic z wykonanych badań nie wskazywało na nieprawidłowości. Męczyły mnie jedynie mdłości i senność, ale dokładnie to samo miałam w trzeciej ciąży.

wasza historia

Czwarta ciąża nie była przez nas planowana. Po prostu nas poniosło. Mimo wszystko uznaliśmy, że sami byśmy się nie zdecydowali i cieszyliśmy się, że tak właśnie wyszło. Z racji tego, że ciąża nie była planowana, a do końca roku szkolnego zostało już niewiele czasu to stwierdziłam, że nie będę szła na L4. Jestem nauczycielką w przedszkolu.

Nadchodziła wiosna, a dzieci w grupie już przestały chorować. Stwierdziłam, że te trzy miesiące dociągnę grupę do końca. Wszystko co planowaliśmy układało się idealnie. Ponieważ to już czwarta ciąża, to mój brzuszek stał się szybciej wypukły, niż w pierwszej ciąży. Oczywiście dla niewtajemniczonych nic nie było widoczne, ale moje stare spodnie już się nie dopinały. Zamówiłam więc spodnie z gumką w pasie, nie takie typowo ciążowe, ale równie wygodne jak dresowe.

Nadchodził dzień wizyty. To był 11 tydzień ciąży. Oczekiwałam jej z niecierpliwością i ekscytacją. Już zastanawiałam się na kiedy dostanę termin na badania prenatalne. Kiedy będzie już widać płeć. Moja mama śmiała się, że będzie chłopczyk – Filip. Bo zaskoczył nas wszystkich jak przysłowiowy Filip z konopi. Dzień przed wizytą, po powrocie z pracy i zjedzeniu obiadu ucięłam sobie standardową drzemkę. Nie trwała ona jednak długo, bo miałam cały czas w głowie, ze jutro po pracy czeka mnie wyczekiwana wizyta, w związku z tym przydało by się ogarnąć dom i zrobić zakupy, bo jutro na pewno nie będzie na to czasu.

Kiedy zrobiłam wszystko, co trzeba w domu, wybrałam się na zakupy. Wszystko było by jak zawsze, oprócz jednego dosyć zauważalnego elementu. Kiedy wybierałam przekąski do pracy, poczułam perfumy kobiety obok. Wtedy po raz pierwszy mnie nie zemdliło. Do tej pory zapachy działały na mnie bardzo drażniąco. Nawet zapach świeżego prania przyprawiał mnie o mdłości, a co dopiero silny zapach perfum. Tym razem czułam po prostu ich zapach, tak normalnie. Nie uznałam tego za niepokojący objaw. Po prostu w ciąży już tak jest, że kończy się pewien etap, a zaczyna następny.

To przecież był już 11 tydzień. Za chwilkę mieliśmy wkroczyć w drugi trymestr, ten już bardziej bezpieczny. Pomyślałam, że za chwilę na pewno przyjdą inne dolegliwości, ale jestem już coraz bliżej, żeby poczuć pierwsze kopniaki mojego maluszka. Wreszcie nadszedł ten upragniony dzień. Po pracy zjadłam obiad, apetyt jak zawsze mi dopisywał. Odświeżyłam się i pojechałam na wizytę. W międzyczasie dostałam informację, że moje nowe spodnie czekają już w paczkomacie. Odbiorę je jak będę wracać z wizyty – pomyślałam.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że doktor ma opóźnienie o godzinę. Posiedziałam z 15 minut w poczekali i pielęgniarka zawołała mnie do ważenia, wpisała mi wyniki badań w kartę ciąży i zmierzyła ciśnienie. Okazało się, że w jej opinii jest za wysokie, być może „efekt białego fartucha”. W każdym razie nie martwiłam się niczym, czekałam na wizytę. Każdy zna statystyki i zagrożenia, ale po trzech wzorowych ciążach niczego złego się nie spodziewałam.

Kiedy nadeszła moja kolej i lekarz zbadał mnie fizycznie, to okazało się, że jednak jeszcze zrobi USG. Położyłam się do badania. Nad moją głową wisiał monitor, który pokazuje pacjentce obraz z USG. Kiedy doktor zaczął wykonywać badanie zobaczyłam malutkiego człowieczka. Miał wszystko na swoim miejscu. Główkę, rączki, nóżki. Brakowało tylko jednego ważnego elementu. Elementu, który był obecny na usg moich wcześniejszych ciąż. Nie było bijącego serca, tego samego które cztery tygodnie wcześniej, na pierwszej wizycie biło jak dzwon.

Czułam za to dokładnie, jak moje serce zaczyna pękać na pół. Przykro mi, ale ta ciąża się nie rozwija….dalej pamiętam już tylko ból. Taki potężny rozrywający ból od środka i wielką pustkę. Do tamtego dnia nie wiedziałam nawet, że można ją czuć tak realnie. Musiałam jeszcze wrócić do domu, odebrać te spodnie i zmierzyć się z rzeczywistością. Tak naprawdę nie przestawałam płakać. Aż sama byłam zdziwiona, że jeden człowiek potrafi wylać tyle łez, dzień za dniem.

Na drugi dzień udałam się ze skierowaniem do szpitala. Miałam szczęście. W naszym szpitalu opieka dla kobiet po poronieniu jest wzorowa. Wszystko dokładnie zostało mi wyjaśnione. Dostałam osobną salę, z dala od innych kobiet. Mąż mógł przy mnie być. Nawet pielęgniarka pomogła mi wypełnić wszystkie oświadczenia, wybrać najlepsze dla mnie opcje. O 11 dostałam cztery globulki dopochwowe. Zaczęło się delikatne pobolewanie brzucha jak na miesiączkę. Po czterech godzinach następna dawka, kolejne cztery globulki.

Ból zaczynał mi dokuczać tak bardzo, że zdecydowałam się na leki przeciwbólowe. Kiedy zaczęły działać położyłam się na łóżku i postanowiłam odpocząć. Mój mąż akurat wyszedł ode mnie ze szpitala i pojechał do domu, do naszych dzieci przyszykować im kolacje. Dokładnie 28.04.2022roku o godzinie 18.37 poczułam jakby coś ze mnie wyleciało. Wzięłam naczynie, do którego kazano mi zbierać wszystko co ze mnie wyleci i poszłam do łazienki.

Wtedy go zobaczyłam. Malutki taki, że zmieściła bym go w jednej dłoni. Leżał z rączką przy główce jakby spał. Miniaturka człowieka. Wiadomo, znacznie różniący się od zwykłego noworodka, nie tylko wielkością, ale nikt nie był by w stanie pomylić go z czymś innym. Między jego maleńkimi nóżkami była wyraźna kreseczka. Chłopczyk, ale nie byłam pewna czy to umysł płata mi figle. Nie wsadziłam go do naczynia, bo ciągle byliśmy razem. Łożysko wciąż znajdowało się we mnie, łączyła nas już tylko pępowina. Nie byliśmy już jednością, ja i mój brzuszek – tak pieszczotliwie zwracałam się do niego.

Nie widziałam co robić, wiec zadzwoniłam dzwonkiem po pielęgniarkę. Ona kazała mi się położyć na łóżku i przeć. To nie jest takie samo parcie jak podczas porodu, kiedy ma się skurcze, ale robiłam co z moich sił. W pewnym momencie usłyszałam, że wyszło chyba wszystko. Pielęgniarka wraz z koleżanką dokładnie go obejrzały. Chłopak, stwierdziły zgodnie. Zabrały go, a mi pozwoliły wziąć prysznic.

Czy po wszystkim było lżej? Dla mnie nie było. Nie było go już ze mną, nie było go we mnie. To wszystko stało się takie realne. Część mnie umarła w dniu, w którym przestało bić jego serce. Po 30 minutach pielęgniarka wróciła. Miała zawiniątko w rękach, podniosła kocyk a tam był on, w malutkim białym wełnianym beciku z niebieską kokardką. Powiedziała że starała się wybrać najładniejszy, że tak go pochowają, to ważne żeby Pani wiedziała. Miała rację. Dzięki temu wiem, ze mój synek nie został potraktowany jak odpad medyczny. Zostanie pochowany z godnością.

Zdecydowaliśmy się na pochówek w zbiorowej mogile dzieci martwo urodzonych. Pochowek ma się odbyć pod koniec czerwca. Mogiła znajduje się w naszym mieście na cmentarzu komunalnym. Aktualnie korzystam ze skróconego urlopu macierzyńskiego. Staram się ułożyć sobie życie na nowo. Nauczyć się żyć z tym bólem.

Mam ogromne wsparcie męża i przyjaciółki,  która również przeżyła stratę. Inni chyba nie rozumieją. Bolą te słabe teksty w stylu: „lepiej teraz, niż później”, „tak musiało być”. Nie musiało, ale stało się. Najbardziej bolało po wyjściu ze szpitala, kiedy po przymrozkach i nagłym ataku zimy w święta Wielkanocne cała przyroda zaczynała się budzić do życia. Nagle wyszło słońce, rośliny zaczęły kwitnąć, wszystko zaczynało żyć, tylko nie on.

Nie miałam łyżeczkowania. Bardzo ładnie się oczyściłam. Jestem już po wizycie kontrolnej. Czekam jeszcze tylko na wynik histopatologiczny, ale mój lekarz mówi, że wszystko powinno być dobrze. Nie robiliśmy badań genetycznych, ponieważ wszyscy lekarze zgodnie uznali ze to wada losowa. Co będzie dalej? Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas, że opowiem wam historię o moim tęczowym dziecku. Filipek – bo właśnie takie dostał imię, już zawsze będzie częścią naszej rodziny.

Boli tylko, że nigdy nie będzie mi dane potrzymać go za rączkę, podmuchać stłuczonego kolana, przeżywać jego pierwszego występu w przedszkolu. Patrząc na moje dzieci już zawsze będę zastanawiać się jaki by był, które cechy mieli by wspólne.

Autor: Magda

Historia „Tęczowe dziecko” – Mimo wszystko, udało się.

Moja historia zaczęła się tak, że nigdy nie pomyślałabym że będę miała problem w powiększeniu rodziny. Pierwsze dziecko urodziłam mając 20 lat. Wpadłam z chłopakiem, który nas zostawił, cała ciąża nerwów, stresu i płaczu. Urodziłam przez cc o czasie, bez większych komplikacji.

wasza historia

Po latach, kiedy już byłam mężatką byłam pewna, że posiadanie kolejnego potomka to chwila, moment. Starania przez rok czasu nie przynosiły żadnego efektu.
Po roku skorzystałam z pomocy refleksologa, mimo że w żadne efekty nie wierzyłam.
Miesiąc później byłam w ciąży.

Ścięło mnie z nóg już w pierwszych tygodniach, zupełnie inaczej niż w 1 ciąży. Usg – Bliźnięta. Radość była przeogromna. Kilka tygodni później na usg jeden płód. Obumarcie. Przetrwał silniejszy. Zdarza się, ale jak by tego było mało, ten silniejszy płód nie jest zdrowy. Lekarz mówi o przepuklinie, o wytrzewieniu a ja nie rozumiem ani słowa. Kończy usg i każe iść do domu, modlić się o cud. Po tych słowach łamie mnie od środka, ale przecież to nie możliwe.

Przepłakałam noc, rano już byłam u najlepszego lekarza w mieście. USG pokazuje wytrzewienie, będzie dobrze! Operujemy i wraca do zdrowia. O ile test podwójny, będzie ok – na szczęście był.
Tak też było, ciąża była ciężka, emocjonalna i trudna do zaakceptowania w otoczeniu.

Udało się w 35tc urodziła się nam wojowniczka, operowana i po miesiącu w pełni sił.
Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę, tak więc rok później znowu postanowiliśmy się starać o ostatnie 3 dziecko. Udało się od razu.

W 6 tc biło serduszko, w 8 pierwsze plamienia. Wyśmiali mnie w szpitalu ” Dwójkę dzieci ma i nie wie, że takie plamienia się zdążają „. Diagnoza krwiak w macicy, nakaz leżenia
Tak też było, leżałam i błagałam, żeby się poprawiło. Koniec 11 tc czuje, że coś jest nie tak, moje piersi przestają boleć, nie mam mdłości, czuje się tak nie ciążowo.

Izba przyjęć i słowa, których nigdy nie zapomnie. Serce nie bije, dziecko już nie żyje. Świat się zawalił. Czekały nam mnie w domu starsze dzieci, każdy mówił, że tym się cieszyć,  ale to nie tak. Moje dziecko umiera, dlaczego nikt tego nie rozumie?

Tabletki poranne i powrót do domu. Ból przeogromny, a jednak nie obyło się bez podwójnego łyżeczkowania.
Koszmar psychiczny trwał u mnie prawie 2 lata. W tym czasie straciłam kolejną ciążę w 7tc, która tylko utwierdziła mnie w tym, że nigdy więcej się nie uda.

Przeprowadziliśmy się, dostałam fajną pracę. Miałam zaczynać w połowie grudnia, ale się zatrułam. Parę dni później moje zatrucie okazało się być ciążą. Od razu dostałam zakaz pracy, pierwsze tygodnie leżałam i byłam obstawiona lekami. Pierwsze prenatalne -.przepuklina pępkowa. No przecież to niemożliwe, jakim cudem tyle nieszczęść na jedną rodzinę!?

Przygotowania psychiczne do tego co było z córką i nagle w 14 tc USG kontrolne i brak przepukliny.
Ciąża była ciężka, ryzykowna i tak naprawdę do końca w strachu czy się uda.
Dobiliśmy do 3 prenatalnych i zrobiło się lżej.
Urodziłam w 34tc, akcja zaczęła się nagle, ale skończyło się na cc.
Kamień z serca, udało się.

Nasz maleńki bobas wypełnił pustkę po stracie. Tego dnia poczułam jak serce skleja się z powrotem w całość.
Niestety nasza radość trwała 2.5 miesiąca. Pierwsze szczepienie przyniosło silny nop i mikro udar mózgu. Utrata wzroku z dnia na dzień, niedowład ciała.
Nikomu nie życzę takich przeżyć.

Dziś minęło najgorsze, wzrok wrócił, ciało nabiera sił. Rehabilitacje stały się naszym drugim domem, ale widząc efekty jestem szczęśliwa.
Mam upragnione skarby przy sobie i anioły w niebie. Wiem, że czuwały i czuwają nad naszym maleństwem kiedy najbardziej tego potrzebował.

Życzę każdej mamie cudu, tęczowego cudu.

Autor: Mama Ania

Historia „Tęczowe dziecko” – Tęczowy Pierworodny

Już jako młoda dziewczyna marzyłam o dużej rodzinie. Gdy poznałam drugiego takiego wariata to po roku znajomości byłam w upragnionej ciąży.
Bardzo się oboje cieszyliśmy. Pierwsza wizyta u lekarza, wszystko jak należy. Ciąża potwierdzona, radość. Druga wizyta usłyszałam bicie serca. Na trzecią poszliśmy razem, żeby chłopak też posłuchał. Ale niestety serduszko już nie biło. Był to 14 tc a maluszek wyglądał na 12 tc. 

tęczowe dziecko historia

Dostałam skierowanie do szpitala. Nie chciałam wcale tam iść. Było mi smutno. Wszystko obojętne. Nie czułam od nikogo wsparcia. Nawet nie wiedziałam, że mam prawo do pochówku. Nikt nic nie tłumaczył. Tak czasem się dzieje i to wszystko co usłyszałam od lekarza.

Nic już nie było takie samo. Ale życie toczyło się dalej. Partner spełnił inne moje marzenie. Przygarnęliśmy kotka. Kicia dawała nam dużo radości i czekaliśmy 3 miesiące, żeby znów się starać o maluszka. I szybko zobaczyłam kolejny raz dwie kreski na teście. Ja się cieszyłam bardzo, partner już mniej. Ciąża rozwijała się prawidłowo. Przebrnęliśmy nawet 14 tydzień. Czułam się w 7 niebie jak brzuszek już był duży. Liczyłam kopniaki, śpiewałam do niego.

Założyłam nawet dzienniczek ciąży. Coś jak pamiętnik.
Wszystko tym razem szło świetnie. Poznaliśmy płeć, wymyśliliśmy imię i czekaliśmy niecierpliwie. Na końcówce ciąży mama się bała, jak ja takie małe chuchro przejdę poród. Ja natomiast nie mogłam się go doczekać.

Wszystkie te nowe doświadczenia były cudowne. Synek urodził się 15.10.2013 o 18:50. Śmialiśmy się, że chciał zdążyć na dobranockę.
Dziękowałam Bogu i jemu, że zechciał mnie za mamę, że mogę tak o sobie mówić.

Mimo tych radości czasem dopadały mnie smutki, że nie ma z nami tego pierwszego dzieciątka. Zaczęłam szukać różnych grup, informacji. I odkryłam, że jest obchodzony Dzień Dziecka Utraconego i to właśnie 15.10.

Teraz myślę, że ta data narodzin „Tęczowego Pierworodnego” nie jest przypadkowa. Myślę, że to znak od naszej duszyczki, że jest z nami.
Warto mimo łez patrzeć na życie przez Słońce, bo to ono sprawia, że w kropach widać tęczę.

Pozdrawiam serdecznie.

Autor: Adrianna

Historia „Tęczowe dziecko” – Cud od Boga

Pierwszego syna urodziłam 5 lat temu, ciąża i poród były można powiedzieć książkowe, więc z mężem zaczęliśmy dość wcześnie myśleć o rodzeństwie dla niego. Dwa lata później zaszłam w ciążę, niestety pośród stresów nie zdążyłam jej zbyt szybko zauważyć i wziąć się w garść. Dwoma kreskami na teście cieszyliśmy się kilka dni. Na USG wyszła ciąża 8 tyg.  bez bicia serduszka, lekarz mówił że jest nadzieja. Tego samego dnia zaczęło się krwawienie.

wasza historia

Moja historia poronienia była już kiedyś opisana na waszej stronie, ze względu na traumę jaką przeżyłam nie tylko w związku ze stratą dziecka, ale i traktowaniem przez położne. Po łyżeczkowaniu wróciłam do domu. Musieliśmy swoje odcierpieć, ale nie traciliśmy nadziei, walczyliśmy dalej.

Dwa lata później kolejne dwie kreski na teście. Mąż się cieszył a ja od początku czułam, że coś nie tak… Dużo modliłam się o dziecko, ale miałam straszne bóle jajnika, powłóczyłam nogą. Pojechaliśmy do szpitala. Na USG wyszła ciąża pozamaciczna – 5 tydzień. Lekarz od razu kazał zostać na operację. A ja dostałam zdjęcia z USG z zarodkiem w jajowodzie. W kolejnym USG następnego dnia okazało się że zarodka już nie ma jajowód pękł a ja muszę być już operowana.

Kiedy pytałam lekarzy jakie są szanse na kolejne dziecko mówili 50%. Niby optymistycznie tylko skoro na dwóch jajnikach zachodziłam w ciąże co dwa lata, to moje wyliczenia nie były optymistyczne, bo nie chciałam rodzic mając więcej niż 35lat. Powiedziałam mężowi, że nie chce już przechodzić przez kolejna stratę, szpitale itp.

Chciałam szybko coś zdecydować w ciągu kilku dni ustalić plan na resztę życia. Myśleliśmy nad adopcją. Ale cały czas czułam opiekę Boga nad naszą rodziną, nie pomyliłam się. Miesiąc po wycięciu jajowodu zaszłam w ciążę.

Bardzo się bałam przez całe 9miesiecy, ale szczęśliwie nasz syn jest z nami już drugi miesiąc. Lekarze prowadzący mnie do porodu dziwili się, że po laparoskopii i wycięciu jajowodu tak szybko zaszłam w ciążę, a jednak cuda się zdarzają czasem wystarczy zaufać…

Autor: Szczęśliwa mama


Jeśli Ty również chcesz podzielić się z Nami historią ,,Tęczowego dziecka” prześlij ją na  kontakt@poronilam.pl lub uzupełnij poniższy formularz. 

    Tęczowe dziecko - Podziel się swoją historią

    Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w związku z przesłaniem historii do publikacji. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do publikacji historii. Zostałem/am poinformowany/a, że przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiana, żądania zaprzestania ich przetwarzania. Administratorem danych osobowych jest Stowarzyszenie Edukacji Medycznej „ASKLEPIOS” z siedzibą w Katowicach, ul. 1 Maja 9 lok. 8 (kod pocztowy: 40-224) zarejestrowane w Rejestrze Stowarzyszeń, Innych Organizacji Społecznych i Zawodowych, Fundacji Oraz Samodzielnych Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej pod numerem KRS 0000645298, NIP 9542771170. Więcej informacji znajdziesz w naszej polityce prywatności (https://www.poronilam.pl/polityka-prywatnosci/).

    Zapoznałem/am się z polityką prywatności, regulaminem serwisu i są mi znane zasady przetwarzania moich danych osobowych.

    Oświadczam, że posiadam pełne prawa autorskie i pokrewne do przesłanych materiałów. Jednocześnie potwierdzam, że przesyłając materiały do publikacji nie naruszam jakichkolwiek praw osób trzecich (w świetle m. in. art. 270 i 233 KK oraz art. 23 i 4310 KC) i wyrażam zgodę na ich publikację na łamach serwisu Poroniłam.pl.

    * pola obowiązkowe

    Informacja
    Redakcja Poroniłam.pl zastrzega sobie prawo do naniesienia poprawek do przesłanych historii, aby tekst był zgodny z zasadami ortograficznymi i interpunkcyjnymi j. polskiego. Nie publikujemy nazwisk lekarzy i nazw szpitali.

    Historia zostanie opublikowana anonimowo. 

    Uwaga! Nie publikujemy nazwisk lekarzy i nazw szpitali.

    „I choć cię nie znam, to już cię tracę” – historia o stracie

    Jeszcze przed ciążą byłam świadoma ryzyka. Wiedziałam, jak duży procent ciąż kończy się poronieniem, jak często coś idzie nie tak, jak powinno. Przygotowywałam się do niej przez kilka miesięcy, robiąc badania, dbając o siebie, zmieniając tryb życia. Wiedziałam, że jeśli coś się stanie, to rozliczę się ze wszystkiego. Szukanie winy to zupełnie normalna reakcja i wiedziałam już wcześniej, że o wiele trudniej byłoby mi sobie poradzić, gdybym miała sobie coś do zarzucenia. Nie przed wszystkim jednak da się uchronić.

    wasze historie

    Dlatego od samego początku największa w życiu radość przeplatała się ze świadomością, że może być różnie. Lekarka od razu powiedziała, że do 12 tygodnia lepiej się nie chwalić i nie ogłaszać, że każdemu tak mówi. To jednak jedno z podejść, których nie jestem w stanie zrozumieć. Zbuntowałam się od razu, bo może właśnie gdyby o poronieniach mówiło się otwarcie, to ludzie mieliby świadomość, jak częsty jest to problem, ilu osób dotyka i jak należy z nimi rozmawiać. Ludzie kompletnie nie wiedzą, jak reagować, a to w dużej mierze pokłosie robienia tematu tabu z czegoś, co nie jest niczyją winą i nie powinno być ukrywane. Od razu powiedzieliśmy rodzinie i znajomym. Zresztą, gdybyśmy nie powiedzieli i stracili ciążę, to co wtedy – przez kilka tygodni mówić, że się nie ma ochoty wyjść?

    Moja radość była więc cały czas z niepokojem w tle, ale mimo wszystko chyba zawsze tak jest, że wydaje się, że nas samych ominie najgorsze. Kiedy w Sylwestra poczułam silny ból brzucha, byłam pewna, że to już koniec. Trwał jednak niecałą minutę. Od razu umówiłam się na kontrolę, na której okazało się, że wszystko jest w porządku. To był moment największej ulgi, po którym nabrałam przekonania, że wszystko się uda, że przecież może być po prostu dobrze. To była niesamowicie wyczekana i upragniona ciąża, a ja miałam wrażenie, że mogę góry przenosić. Następne dwa tygodnie ciąży były najlepsze, najspokojniejsze. Potem okazało się, że przez większość tego czasu dziecko już nie żyło.

    Krwawienie, ból, wizyta u randomowej lekarki, która miała najbliższy termin. Po słowach „Nie widzę bijącego serduszka” byłam w takim szoku, że nie pamiętam wszystkiego. Wiem, że zaczęła pocieszać mnie, mówiąc, że po poronieniu można szybko zajść w kolejną ciążę i szansa jest wysoka. Popatrzyłam na nią jak na chorą. Moje dziecko nie żyło. Nie jestem fabryką dzieci, której w pierwszej chwili zależy na zrobieniu kolejnego egzemplarza. Kiedy komuś umiera babcia, nikt nie pociesza go, mówiąc, że ma jeszcze drugą. Po utracie dziecka usłyszałam takie wywody wiele razy.
    Wiem, że ludzie mają bardzo różne poglądy. Dla niektórych płód długo jest zlepkiem komórek, inni nie przywiązują się od razu.

    Dla mnie od początku to było moje dziecko. Mówiłam do niego, myślałam o nim. Miało kończyny, mózg, narządy wewnętrzne. Matką nie staje się z dnia na dzień w dniu porodu albo pod koniec ciąży. To jest proces, dojrzewanie przez kilka miesięcy, które zaczyna się już od pierwszej chwili. Nie mam problemu z tym, że ktoś myśli inaczej, ale nieraz zastanawiałam się, co jest nie tak ze społeczeństwem, że nawet w takiej chwili nie potrafi powstrzymać się od wyrażania własnych opinii. Były nawet osoby, które wysuwały własne teorie na temat tego, co mogło być przyczyną – że może jakiś stres, że przepracowanie, że problemy z cukrem. Wiedziałam, że o każdą z tych rzeczy zadbałam i sama ginekolog nie widziała żadnych przeszkód do ciąży, ale nie wyobrażam sobie, co czują osoby, którym takie dywagacje zostaną w głowie.

    Tymczasem przyczyną większości poronień są podobno losowe wady genetyczne, niezależne od rodziców. Usłyszeliśmy też przede wszystkim mnóstwo złotych rad – że nie powinniśmy robić badań, że trzeba się pozbierać, iść dalej, żebyśmy zapalili świeczkę, żebyśmy je pożegnali symbolicznie. Nikogo o te rady nie pytaliśmy i było to ostatnie, czego potrzebowaliśmy.
    Niestety w dobrej wierze można powiedzieć bardzo wiele złego. Co zatem robić? Pytać. Jak można pomóc, czego dana para potrzebuje. Każdy inaczej przeżywa taki czas i ma inne oczekiwania. Milczenie, kiedy nie wie się, co powiedzieć, też nie jest złym rozwiązaniem. Po prostu być. Nie unikać tematu, nie udawać, że nic się nie wydarzyło. Pamiętać, że to nie kończy się po tygodniu czy dwóch, że powrót do normalności trwa, że wsparcie potrzebne jest cały czas. Przede wszystkim nie bać się pytać.

    To był jednak dopiero początek rzeczy, które nie powinny były się wydarzyć. Wizyty w szpitalu, u lekarzy – niezrozumienie, komentarze („Czemu się pani tak spina?”), pytania nie na miejscu, np. dotyczące tego, że chcemy znać płeć („To inaczej pan pochowa dziewczynkę, a inaczej chłopca?”). O medycznej opiece również można by napisać osobną historię. O ile w innych sytuacjach wymagam od lekarzy głównie profesjonalizmu, to strata dziecka jest czymś tak ogromnym i delikatnym, że każde zdanie wtedy boli i zostaje. Trafiłam tylko na jedną lekarkę, która wykazała empatię. Kilka lat temu przeżyła dokładnie to samo i powiedziała najprostszą i zarazem najważniejszą rzecz – że to trzeba po prostu przeżyć. Nie przetrzymać, nie pozbierać się, nie przepracować. Przeżyć. Pozwolić sobie na żałobę tak jak po każdej innej stracie.

    Według prawa można pochować dziecko niezależnie od tygodnia ciąży. Jeżeli rodzice nie chcą lub nie czują się na siłach, żeby to zrobić, obowiązek ten spada na szpital lub gminę. Opcje są tylko dwie i praktycznie nikt o nich nie wie. Mieliśmy to szczęście, że najpierw usłyszeliśmy o tym na kursie przedmałżeńskim, a już po stracie dziecka szok pomógł nam myśleć na tyle jasno, żebyśmy przeszukali wszystkie informacje prawne. Mało kto ma w takiej chwili siłę, żeby grzebać w papierach i doszukiwać się swoich praw, bo mało kto wie, że w ogóle je ma. Co więcej, personel medyczny również w większości o tym nie wie, mimo że prawo nie zmieniło się od kilkunastu lat. Kiedy pytałam o to lekarzy, patrzyli na mnie, jakbym z rozpaczy postradała zmysły i próbowali przekonać, że nie ma to sensu. A my chcieliśmy jedynie pochować własne dziecko, do czego zresztą mieliśmy zupełne prawo.

    Nie wyobrażałam sobie oddać ciała, nieważne jak małego, żeby zostało pochowane w zbiorowym grobie przez obcych ludzi i dzwonić co chwilę do szpitala, żeby nie przegapić daty pogrzebu. Nie chcę nawet wyobrażać sobie cierpienia rodziców, którzy po fakcie dowiadują się, że mogli swojemu zmarłemu przed urodzeniem dziecku zorganizować normalny pogrzeb, ale nie mieli o tym pojęcia i zostało im to odebrane.
    Jeżeli do poronienia doszło w momencie, kiedy nie była jeszcze znana płeć, można wysłać fragmenty kosmówki czy pępowiny do badania genetycznego, żeby ją poznać. Wynik przychodzi po kilku dniach i daje prawo do zarejestrowania dziecka w urzędzie stanu cywilnego, nadania imienia, a także otrzymania zasiłku pogrzebowego i skróconego urlopu macierzyńskiego. Nawet w przypadku poronienia w domu można zabezpieczyć tkanki w soli fizjologicznej i wysłać do badań na własną rękę. Cena badań genetycznych (zarówno przeprowadzonych samodzielnie, jak i za pośrednictwem szpitala) to 300-400 zł.

    Jak najbardziej rozumiem, że można nie mieć siły tego zrobić i że nie jest to na nerwy każdego. Ale każdy powinien mieć wybór i wiedzieć, że go ma, i przeraża mnie, że w szpitalach niemal nikt o tym nie informuje. Nie każdy też będzie chciał i to również jest normalne. Sama w pierwszej chwili powiedziałam, że jeśli uda nam się zorganizować pogrzeb, to na niego nie pójdę. Z każdym dniem jednak coraz bardziej przekonywałam się do tej opcji. Spotkałam się też z opiniami, że to niepotrzebne zaognianie ran, szczególnie na wczesnym etapie. Ja uważam, że jeżeli nad takim bólem za szybko przejdzie się do normy, to on i tak potem uderzy z podwójną siłą albo zmieni się w wieloletnią traumę. Pogrzeb to naturalny element pożegnania, bardzo potrzebny.

    Zamiast łóżeczka dla naszego syna wybieramy trumnę. Nadaliśmy mu imię już po jego śmierci. Taka kolej rzeczy jest wbrew naturze, ale zniosłam ją lepiej, niż kiedykolwiek potrafiłabym sobie to wyobrazić. Wiadomo, że to dopiero początek i czeka nas jeszcze wiele etapów przeżywania. Ważne, żeby sobie na to pozwolić i obserwować, żeby nie zamieniło się w traumę. Nie zdecydowałam się również na pójście do szpitala. Poroniłam w domu, z krwotokiem, skurczami porodowymi, strasznym bólem trwającym tydzień. Ginekolog pogratulowała mi później, że strasznie dużo przeszłam i że to decyzja dla największych „twardzielek”, bo w perspektywie czasu bezpieczniejsza od zabiegu łyżeczkowania, po którym doszłabym do siebie po trzech dniach, a tak tygodniami będę wracać do formy. Zaśmiałam się jedynie pod nosem na tę uwagę, bo prawda jest taka, że po prostu nie chciałam być z tym wszystkim sama.

    Nie miałam nawet siły wstać z łóżka, a co dopiero spotykać na każdym kroku kobiety w ciąży. Potrzebowałam pomocy we wszystkim, a w szpitalu znów zawieszono odwiedziny. Dostrzeganie w tym heroizmu było dla mnie absurdalne.
    Mąż przez tydzień nie odstępował mnie na krok, ogarniał cały dom, psa, formalności i przede wszystkim mnie, kiedy zwijałam się z bólu. Przez tydzień ani razu nie zrobiłam sobie sama śniadania ani herbaty, nie musiałam. Był moją siłą, buforem bezpieczeństwa, odbierał telefony, rozmawiał za mnie z ludźmi. Przeszedł samego siebie, a przecież on też stracił dziecko. Mieliśmy ogromne wsparcie znajomych, od pytań o moje zdrowie, przez wychodzenie z psem, robienie zakupów i wożenie mnie do lekarzy, po inne propozycje wszelkiej pomocy.

    Mimo to właściwie tylko moja mama jako jedna jedyna osoba spytała bezpośrednio mojego męża o to, jak on się czuje, jak to przeżywa. To była kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła. To chyba jakieś kolejne pokutujące przekonanie, że mężczyzna przeżywa inaczej, że dla niego to dziecko jest abstrakcją. Być może niektórzy tak mają, ale w tym przypadku w ogóle tak nie było. Nie wyobrażam sobie przeżycia tego bez niego, ale też bez wiary, że to dziecko jest i że kiedyś się spotkamy, więc cała ta historia nie była bez sensu.

    Zdaję sobie sprawę, że wiele osób, czytając to, może pomyśleć, że to zbyt osobiste przeżycia, żeby dzielić się z nimi całym światem. Tymczasem ja uważam, że takie sytuacje dotykają tylu osób, że cały świat powinien o nich wiedzieć. Wiedzieć, jakie ma prawa, że może pochować dziecko, że może przeżywać żałobę, że może skorzystać z pomocy i wiedzieć, dokąd się udać. Mam świadomość, że mogłabym o tym wszystkim nie wiedzieć i do końca życia żałować, że nie pochowałam swojego dziecka i nie wiem, gdzie jest jego ciało. A to spotyka tak wiele osób. Bo nawet, jeśli nie będzie to dotyczyło kogoś z nas, to statystyki są takie, że na pewno dotknie kogoś znajomego. A każdy ma prawo wiedzieć i podjąć decyzję, którą uważa za słuszną – i nie usłyszeć na ten temat żadnego komentarza.

    Autor: Julka