„I choć cię nie znam, to już cię tracę” – historia o stracie

Jeszcze przed ciążą byłam świadoma ryzyka. Wiedziałam, jak duży procent ciąż kończy się poronieniem, jak często coś idzie nie tak, jak powinno. Przygotowywałam się do niej przez kilka miesięcy, robiąc badania, dbając o siebie, zmieniając tryb życia. Wiedziałam, że jeśli coś się stanie, to rozliczę się ze wszystkiego. Szukanie winy to zupełnie normalna reakcja i wiedziałam już wcześniej, że o wiele trudniej byłoby mi sobie poradzić, gdybym miała sobie coś do zarzucenia. Nie przed wszystkim jednak da się uchronić.

wasze historie

Dlatego od samego początku największa w życiu radość przeplatała się ze świadomością, że może być różnie. Lekarka od razu powiedziała, że do 12 tygodnia lepiej się nie chwalić i nie ogłaszać, że każdemu tak mówi. To jednak jedno z podejść, których nie jestem w stanie zrozumieć. Zbuntowałam się od razu, bo może właśnie gdyby o poronieniach mówiło się otwarcie, to ludzie mieliby świadomość, jak częsty jest to problem, ilu osób dotyka i jak należy z nimi rozmawiać. Ludzie kompletnie nie wiedzą, jak reagować, a to w dużej mierze pokłosie robienia tematu tabu z czegoś, co nie jest niczyją winą i nie powinno być ukrywane. Od razu powiedzieliśmy rodzinie i znajomym. Zresztą, gdybyśmy nie powiedzieli i stracili ciążę, to co wtedy – przez kilka tygodni mówić, że się nie ma ochoty wyjść?

Moja radość była więc cały czas z niepokojem w tle, ale mimo wszystko chyba zawsze tak jest, że wydaje się, że nas samych ominie najgorsze. Kiedy w Sylwestra poczułam silny ból brzucha, byłam pewna, że to już koniec. Trwał jednak niecałą minutę. Od razu umówiłam się na kontrolę, na której okazało się, że wszystko jest w porządku. To był moment największej ulgi, po którym nabrałam przekonania, że wszystko się uda, że przecież może być po prostu dobrze. To była niesamowicie wyczekana i upragniona ciąża, a ja miałam wrażenie, że mogę góry przenosić. Następne dwa tygodnie ciąży były najlepsze, najspokojniejsze. Potem okazało się, że przez większość tego czasu dziecko już nie żyło.

Krwawienie, ból, wizyta u randomowej lekarki, która miała najbliższy termin. Po słowach „Nie widzę bijącego serduszka” byłam w takim szoku, że nie pamiętam wszystkiego. Wiem, że zaczęła pocieszać mnie, mówiąc, że po poronieniu można szybko zajść w kolejną ciążę i szansa jest wysoka. Popatrzyłam na nią jak na chorą. Moje dziecko nie żyło. Nie jestem fabryką dzieci, której w pierwszej chwili zależy na zrobieniu kolejnego egzemplarza. Kiedy komuś umiera babcia, nikt nie pociesza go, mówiąc, że ma jeszcze drugą. Po utracie dziecka usłyszałam takie wywody wiele razy.
Wiem, że ludzie mają bardzo różne poglądy. Dla niektórych płód długo jest zlepkiem komórek, inni nie przywiązują się od razu.

Dla mnie od początku to było moje dziecko. Mówiłam do niego, myślałam o nim. Miało kończyny, mózg, narządy wewnętrzne. Matką nie staje się z dnia na dzień w dniu porodu albo pod koniec ciąży. To jest proces, dojrzewanie przez kilka miesięcy, które zaczyna się już od pierwszej chwili. Nie mam problemu z tym, że ktoś myśli inaczej, ale nieraz zastanawiałam się, co jest nie tak ze społeczeństwem, że nawet w takiej chwili nie potrafi powstrzymać się od wyrażania własnych opinii. Były nawet osoby, które wysuwały własne teorie na temat tego, co mogło być przyczyną – że może jakiś stres, że przepracowanie, że problemy z cukrem. Wiedziałam, że o każdą z tych rzeczy zadbałam i sama ginekolog nie widziała żadnych przeszkód do ciąży, ale nie wyobrażam sobie, co czują osoby, którym takie dywagacje zostaną w głowie.

Tymczasem przyczyną większości poronień są podobno losowe wady genetyczne, niezależne od rodziców. Usłyszeliśmy też przede wszystkim mnóstwo złotych rad – że nie powinniśmy robić badań, że trzeba się pozbierać, iść dalej, żebyśmy zapalili świeczkę, żebyśmy je pożegnali symbolicznie. Nikogo o te rady nie pytaliśmy i było to ostatnie, czego potrzebowaliśmy.
Niestety w dobrej wierze można powiedzieć bardzo wiele złego. Co zatem robić? Pytać. Jak można pomóc, czego dana para potrzebuje. Każdy inaczej przeżywa taki czas i ma inne oczekiwania. Milczenie, kiedy nie wie się, co powiedzieć, też nie jest złym rozwiązaniem. Po prostu być. Nie unikać tematu, nie udawać, że nic się nie wydarzyło. Pamiętać, że to nie kończy się po tygodniu czy dwóch, że powrót do normalności trwa, że wsparcie potrzebne jest cały czas. Przede wszystkim nie bać się pytać.

To był jednak dopiero początek rzeczy, które nie powinny były się wydarzyć. Wizyty w szpitalu, u lekarzy – niezrozumienie, komentarze („Czemu się pani tak spina?”), pytania nie na miejscu, np. dotyczące tego, że chcemy znać płeć („To inaczej pan pochowa dziewczynkę, a inaczej chłopca?”). O medycznej opiece również można by napisać osobną historię. O ile w innych sytuacjach wymagam od lekarzy głównie profesjonalizmu, to strata dziecka jest czymś tak ogromnym i delikatnym, że każde zdanie wtedy boli i zostaje. Trafiłam tylko na jedną lekarkę, która wykazała empatię. Kilka lat temu przeżyła dokładnie to samo i powiedziała najprostszą i zarazem najważniejszą rzecz – że to trzeba po prostu przeżyć. Nie przetrzymać, nie pozbierać się, nie przepracować. Przeżyć. Pozwolić sobie na żałobę tak jak po każdej innej stracie.

Według prawa można pochować dziecko niezależnie od tygodnia ciąży. Jeżeli rodzice nie chcą lub nie czują się na siłach, żeby to zrobić, obowiązek ten spada na szpital lub gminę. Opcje są tylko dwie i praktycznie nikt o nich nie wie. Mieliśmy to szczęście, że najpierw usłyszeliśmy o tym na kursie przedmałżeńskim, a już po stracie dziecka szok pomógł nam myśleć na tyle jasno, żebyśmy przeszukali wszystkie informacje prawne. Mało kto ma w takiej chwili siłę, żeby grzebać w papierach i doszukiwać się swoich praw, bo mało kto wie, że w ogóle je ma. Co więcej, personel medyczny również w większości o tym nie wie, mimo że prawo nie zmieniło się od kilkunastu lat. Kiedy pytałam o to lekarzy, patrzyli na mnie, jakbym z rozpaczy postradała zmysły i próbowali przekonać, że nie ma to sensu. A my chcieliśmy jedynie pochować własne dziecko, do czego zresztą mieliśmy zupełne prawo.

Nie wyobrażałam sobie oddać ciała, nieważne jak małego, żeby zostało pochowane w zbiorowym grobie przez obcych ludzi i dzwonić co chwilę do szpitala, żeby nie przegapić daty pogrzebu. Nie chcę nawet wyobrażać sobie cierpienia rodziców, którzy po fakcie dowiadują się, że mogli swojemu zmarłemu przed urodzeniem dziecku zorganizować normalny pogrzeb, ale nie mieli o tym pojęcia i zostało im to odebrane.
Jeżeli do poronienia doszło w momencie, kiedy nie była jeszcze znana płeć, można wysłać fragmenty kosmówki czy pępowiny do badania genetycznego, żeby ją poznać. Wynik przychodzi po kilku dniach i daje prawo do zarejestrowania dziecka w urzędzie stanu cywilnego, nadania imienia, a także otrzymania zasiłku pogrzebowego i skróconego urlopu macierzyńskiego. Nawet w przypadku poronienia w domu można zabezpieczyć tkanki w soli fizjologicznej i wysłać do badań na własną rękę. Cena badań genetycznych (zarówno przeprowadzonych samodzielnie, jak i za pośrednictwem szpitala) to 300-400 zł.

Jak najbardziej rozumiem, że można nie mieć siły tego zrobić i że nie jest to na nerwy każdego. Ale każdy powinien mieć wybór i wiedzieć, że go ma, i przeraża mnie, że w szpitalach niemal nikt o tym nie informuje. Nie każdy też będzie chciał i to również jest normalne. Sama w pierwszej chwili powiedziałam, że jeśli uda nam się zorganizować pogrzeb, to na niego nie pójdę. Z każdym dniem jednak coraz bardziej przekonywałam się do tej opcji. Spotkałam się też z opiniami, że to niepotrzebne zaognianie ran, szczególnie na wczesnym etapie. Ja uważam, że jeżeli nad takim bólem za szybko przejdzie się do normy, to on i tak potem uderzy z podwójną siłą albo zmieni się w wieloletnią traumę. Pogrzeb to naturalny element pożegnania, bardzo potrzebny.

Zamiast łóżeczka dla naszego syna wybieramy trumnę. Nadaliśmy mu imię już po jego śmierci. Taka kolej rzeczy jest wbrew naturze, ale zniosłam ją lepiej, niż kiedykolwiek potrafiłabym sobie to wyobrazić. Wiadomo, że to dopiero początek i czeka nas jeszcze wiele etapów przeżywania. Ważne, żeby sobie na to pozwolić i obserwować, żeby nie zamieniło się w traumę. Nie zdecydowałam się również na pójście do szpitala. Poroniłam w domu, z krwotokiem, skurczami porodowymi, strasznym bólem trwającym tydzień. Ginekolog pogratulowała mi później, że strasznie dużo przeszłam i że to decyzja dla największych „twardzielek”, bo w perspektywie czasu bezpieczniejsza od zabiegu łyżeczkowania, po którym doszłabym do siebie po trzech dniach, a tak tygodniami będę wracać do formy. Zaśmiałam się jedynie pod nosem na tę uwagę, bo prawda jest taka, że po prostu nie chciałam być z tym wszystkim sama.

Nie miałam nawet siły wstać z łóżka, a co dopiero spotykać na każdym kroku kobiety w ciąży. Potrzebowałam pomocy we wszystkim, a w szpitalu znów zawieszono odwiedziny. Dostrzeganie w tym heroizmu było dla mnie absurdalne.
Mąż przez tydzień nie odstępował mnie na krok, ogarniał cały dom, psa, formalności i przede wszystkim mnie, kiedy zwijałam się z bólu. Przez tydzień ani razu nie zrobiłam sobie sama śniadania ani herbaty, nie musiałam. Był moją siłą, buforem bezpieczeństwa, odbierał telefony, rozmawiał za mnie z ludźmi. Przeszedł samego siebie, a przecież on też stracił dziecko. Mieliśmy ogromne wsparcie znajomych, od pytań o moje zdrowie, przez wychodzenie z psem, robienie zakupów i wożenie mnie do lekarzy, po inne propozycje wszelkiej pomocy.

Mimo to właściwie tylko moja mama jako jedna jedyna osoba spytała bezpośrednio mojego męża o to, jak on się czuje, jak to przeżywa. To była kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła. To chyba jakieś kolejne pokutujące przekonanie, że mężczyzna przeżywa inaczej, że dla niego to dziecko jest abstrakcją. Być może niektórzy tak mają, ale w tym przypadku w ogóle tak nie było. Nie wyobrażam sobie przeżycia tego bez niego, ale też bez wiary, że to dziecko jest i że kiedyś się spotkamy, więc cała ta historia nie była bez sensu.

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób, czytając to, może pomyśleć, że to zbyt osobiste przeżycia, żeby dzielić się z nimi całym światem. Tymczasem ja uważam, że takie sytuacje dotykają tylu osób, że cały świat powinien o nich wiedzieć. Wiedzieć, jakie ma prawa, że może pochować dziecko, że może przeżywać żałobę, że może skorzystać z pomocy i wiedzieć, dokąd się udać. Mam świadomość, że mogłabym o tym wszystkim nie wiedzieć i do końca życia żałować, że nie pochowałam swojego dziecka i nie wiem, gdzie jest jego ciało. A to spotyka tak wiele osób. Bo nawet, jeśli nie będzie to dotyczyło kogoś z nas, to statystyki są takie, że na pewno dotknie kogoś znajomego. A każdy ma prawo wiedzieć i podjąć decyzję, którą uważa za słuszną – i nie usłyszeć na ten temat żadnego komentarza.

Autor: Julka

Chcieli mi wmówić, że Cię nie było – historia o stracie

Kiedy to się zaczęło, pojechałam do szpitala.
Przyszedł lekarz, zrobił USG i zapytał: „czy Pani na pewno była w ciąży?”. Nic mnie tak bardzo nie zabolało…

wasze historie po poronieniu - aniołek

Chciano mi wmówić, że Cię nie było, a Ty byłeś.. Cieszyłam się, że będziesz… kochałam od pierwszych dwóch kresek.

Niestety nie było dane mi Ciebie spotkać.
To niesamowite, że można tęsknić tak bardzo za kimś kogo się nie poznało…
Będziesz zawsze w moim sercu.

Autor: Mama

20 tydzień – wzruszająca historia o stracie

Ciężko jest mówić, zdecydowanie łatwiej napisać.

22 grudnia miałam umówiona wizytę u lekarza. Już wcześniej czułam, że będzie coś nie tak, ale nie myślałam że to będzie aż tak bolesne. Podczas USG lekarz powiedział najgorszą rzecz jaka mogła usłyszeć przyszła mama.

wasze historie po poronieniu - kobieta pisząca swoją historię

Serduszko naszego Aniołka przestało bić. Byłam w takim szoku, że nie czułam jak łzy same napływały do oczu. Nie pamiętam jak wsiadłam do samochodu i dojechałam sama do domu. Nie potrafiłam złapać oddechu. Mąż spał po nocce. Obudził się przez mój głośny płacz. Był w takim samym szoku i smutku jak ja. Nie mogliśmy się ruszyć przez godzinę.

Gdy dojechaliśmy do szpitala jeszcze z pełną nadzieją że lekarz się pomylił, po badaniach naszą nadzieją została rozwijana.
Pracownicy szpitala zapewnili mi odpowiednią opiekę psychologa. Sprawili bym tylko nie trafiła do pokoju, gdzie leżą przyszłe mamy, bym nie czuła jeszcze większego bólu. Dziękuję im za to.

Mąż od rana do praktycznie wieczora nie potrafił wyjechać z pod szpitala. Czuł się też okropnie bo nie mógł wejść do mnie by trzymać mnie za rękę gdy będę rodzić naszego Aniołka.
Po wszystkim, wieczorem przynieśli mi mojego Leosia. Ubranego w maluteńką białą czapeczkę z niebieskimi wszywanymi kwiatkami i białym malutkim łóżku. Mimo, że był taki malutki to już był bardzo podobny do starszego brata.

Kolejny problem się robił jak mieliśmy poinformować starszego syna o tym, że nie zobaczy swoje młodszego brat.
23 grudnia wróciłam do domu. Pustka, tęsknota i ból wypełniały moje serce. Ale nie mogłam pokazać synowi, że stała się tragedia. Podeszłam do niego, mocno przytuliłam i zaczęłam mówić: „Franiu widziałam się wczoraj z Leosiem. Powiedział, że bardzo mocno Cię kocha. Że musiał się zamienić w Aniołka. Bo w niebie inne dzieci się boją zostać same i On musi je chronić żeby się już nie bały, musiał zostać ich bohaterem „.

Nasz pięciolatek tylko powiedział, że będzie miał go w serduszku. Do teraz się czasami pyta czy na pewno nie możemy się z nim zobaczyć. Tłumiąc łzy mówimy, że cały czas jest przy nas tylko go nie widzimy.
24 grudnia był bardzo ciężki jak i dla mnie tak i dla męża dzień. Pogrzeb naszego Aniołka. Nie chcieliśmy z mężem widzieć nikogo na pogrzebie, za bardzo by to bolało.

Poprosiliśmy rodzinę by przyjechali po wszystkim. To był krótki, ale bardzo bolesny pogrzeb. Nie mogliśmy przestać płakać. Po wszystkim podszedł do nas ksiądz i zaczął mówić: ” Drugi raz chowałem dziecko we wigilię. Za każdym razem gdy widzę tamtych rodziców mówią, że czują obecność swojej Lilii, że ich nigdy nie opuściła”.

Wchodząc z cmentarza poczułam delikatną ulgę, bo wiedziałam że nie będzie sam. Leoś został pochowany z moimi dziadkami. Moja babcia była bardzo dobrym człowiekiem, więc przestałam się bać że będzie sam. Jest teraz z nią bezpieczny.
Codziennie chodzimy z mężem na cmentarz by chociaż chwilę z nim pobyć, porozmawiać i zapalić światełko. Powoli radzimy sobie ze stratą. Każdy dzień jest łatwiejszy, ale nie lepszy, bo boli cały czas tak samo.

Nasz Aniołek ma na imię Leon. Jego serduszko chodź wielkie i pełne miłości przestało bić dla tego świata.
Teraz jest w niebie przytulony do swojej prababci. Gotowy by pomóc Bogu naprawiać zło tego okropnego świata. Jesteśmy z Ciebie dumni i kochamy Cię Leo mama tata i starszy brat.

Autor: Moniq

Ronić po ludzku. Prawa pacjenta a rzeczywistość -historia o stracie

W połowie grudnia podczas wizyty kontrolnej pod koniec 11 tygodnia ciąży dowiedziałam się że serduszko obu naszych dzieci nie biją. Dostałam skierowanie do szpitala. Miałam mieć wykonany zabieg łyżeczkowania po wcześniejszym podaniu środków rozkurczających. Wyznaczonego dnia o 8 rano zgodnie z zaleceniami zjawiam się w szpitalu Żeromskiego w Krakowie. Na samym wstępie zaznaczałam, że bardzo mi zależy, aby zabezpieczyć płody, bo będziemy chcieli zrobić badania genetyczne i zastanawiamy się nad pochówkiem.

historia o poronieniu

Po przyjęciu podesłano mi Panią psycholog, która zapewniała mnie że w tym szpitalu wyjątkowo przykładają uwagę do poszanowania godności płodów i kobiety. I że na każdym etapie będę informowana, co się będzie działo a dzieci zostaną zabezpieczone, bądź pochowane w zbiorowej mogile, bądź będziemy mogli pochować je korzystając z polecanego przez nią zakładu pogrzebowego bezgotówkowo. Rozliczając zasiłek z ZUS itp.

Później był obchód podczas którego poznałam Pana ordynatora. Powiedział „nie płakać” poprosiłam tylko ponownie, aby zabezpieczyć płody naszych dzieci.
Po tym dostałam pierwszą globulkę. Była jakaś 11 rano i tak do ok 15:00 odczuwałam lekkie bóle, wtedy dostałam kolejną.

Przeniesiono mnie na salę do 3 starszych pań. Ból zaczynał niemożliwie narastać, ciężko mi było oddychać, starałam się wezwać pomoc. Kiedy już przestałam czuć nogi a kiedy wypadł mi telefon z ręki, bo brak czucia przesuwał się coraz wyżej i zaczynałam już tracić przytomność, jedna ze starszych pań pobiegła po pielęgniarkę.

Podłączono mi kroplówkę i podano jakiś zastrzyk („jakiś”, bo nigdy nie otrzymałam informacji, co to były za leki ani nie ma tego faktu w wypisie), podłączono mnie do ekg. Kiedy już zaczynałam lepiej się czuć miałam ciśnienie 69 na 50. Te leki troszkę uśmierzyły ból na jakieś 3h.

Zaczęło się krwawienie. Pielęgniarki co jakąś godzinę kontrolowały stan pań na sali, ale do mnie nie podchodziły, chociaż prosiłam. Ignorowały mnie totalnie. Pytałam o lekarza. Ciągle słyszałam „czekać”.

Byłam już ledwo przytomna, kiedy po przeciwnej stronie korytarza położono w sali dziewczynę w zaawansowanej ciąży i podłączono jej ktg przy otwartych drzwiach do jej i mojej sali,  co dodatkowo potęgowało mój ból, ale raczej serca niż fizyczny, bo fizyczny już nie mógł być większy.

Koło 21:00 poszłam do pielęgniarek z prośbą o jakiś lek przeciwbólowy. Dostałam 2 ibupromy podane na ręce bez rękawiczki. Koło godziny 1 w nocy już czołgając się pod dyżurkę błagałam o jakieś mocniejsze środki. Ten ból był jak niekończący się skurcz porodowy. Moje bóle przy pierwszym porodzie były pestką.

Dostałam jakiś zastrzyk, ale nie pomógł za bardzo. Doczołgałam się do toalety, gdzie czułam że już zaczyna się akcja. Ale przecież miał być zabieg, zatem spowrotem pod dyżurkę zwijając się w bólach.

Pytałam czy to już się zaczyna? Co dalej? Czy to coś dużego, wielkości mojej dłoni, co czułam że wyleciało ze mnie do toalety to mogło być moje dziecko? Usłyszałam, że mam się uspokoić że „to pewnie skrzepy, czekać na lekarza ew. zawołać to będzie oglądać krew w toalecie, czekać na zabieg”.

Ja już ledwo kontaktowałam z bólu, już nie miałam siły myśleć, czy to to czy nie choć chciałam jakoś złapać, ale na darmo bo wszystko wylatywało od razu głęboko do odpływu.
Zwijałam się w tej zakrwawionej łazience próbując jakoś uprzątnąć tą krew, aby panie mogły z niej skorzystać. I tak dotrwałam do rana kursując między łóżkiem a toaletą. Do porannego obchodu. Po którym zrobiono mi usg i dowiedziałam się że „już po”. Zaskoczona pytam „czy chce mi pani powiedzieć że moje dzieci pływają w kanalizacji???” Na co usłyszałam „na to wygląda”…

Następnie endometrium 14mm, jest pani na dobrej drodze, może pani dziś iść do domu a za 5 dni kontrola. Chce Pani zwolnienie na 3 dni?”
Czułam się okropnie. Zostałam całkowicie obdarta z człowieczeństwa i godności. Zostałam pozbawiona jakichkolwiek przysługujących mi praw choć na tyle ile byłam w stanie o nie walczyłam.

Wiedziałam, że na ta kontrole na pewno tam nie wrócę.
Udało mi się umówić wizytę prywatnie i co się okazało endometrium w najlepszym wypadku 18mm oraz naczynia krwionośne. Zabieg na cito następnego dnia rano. Po morfologii widać było,  że zaczyna się stan zapalny.

Zabieg się udał bez komplikacji, ale nie udało się już pobrać żadnego materiału do badania genetycznego. Nigdy już nie poznamy płci naszych dzieci, nie poznamy powodu dla czego przestały im bić serduszka, nie pochowamy ich….

Niestety tak wygląda rzeczywistość w Polskich szpitalach.
To czego doświadczyłam w szpitalu nie powinno mieć miejsca. Wiem, że nie wszędzie tak to wygląda, ale tak nie powinno być nigdzie.
Zanim dojdzie do kolejnych tragedii.
Czy jest szansa coś z tym zrobić? Ile jeszcze kobiet będzie musiało doświadczyć takiego nieludzkiego traktowania?

Autor: Ania

Moja historia – poroniłam

O poronieniach wiedziałam niestety bardzo dużo, moje siostry spotkało to wielokrotnie. Dlatego kiedy po drugim miesiącu starań zobaczyłam na teście dwie kreski, owszem ucieszyłam się, ale starałam się nie robić sobie wielkich nadziei. Z jednej strony starałam się hamować swój entuzjazm choćby do wizyty u lekarza, z drugiej jednak przeglądałam oferty zakupu wózków.
historia o stracie - kobieta pisząca w zeszycie
Starałam się jak najbardziej uważać na siebie, wykonując jedynie niezbędne czynności, jednak od momentu w którym dowiedziałam się o ciąży, towarzyszył mi delikatny, ale ciągły ból mięśni brzucha.  To było moje pierwsze dziecko, dlatego nie wiedziałam czy traktować to jako normę, czy martwić się a może mi się  po prostu to wydaje.
.
Wraz z początkiem 6tygodnia pojawiło się delikatne plamienie, nie chciałam wierzyć w to co widzę. Wiem, że nie powinnam, ale sprawdziłam w intrenecie co to może oznaczać. Możliwości było dużo, w tym te niezagrażające dziecku, dlatego postanowiłam chwilę poczekać.
.
Po kilku godzinach plamienie nie ustawało, dlatego wraz z mężem pojechałam do szpitala z założeniem, że najwyżej zostanę odprawiona z kwitkiem.
Lekarz na oddziale zbadał mnie, dowiedziałam się, że owszem zarodek jest, ale ciąża jest zagrożona i nie wiadomo jaki jest powód krwawienia. Mogłam wrócić do domu lub zostać w szpitalu na obserwacji. Wybrałam tą drugą opcję bo wiem, że nie darowałabym sobie wracając do domu.
.
Położono mnie na pustej sali, podano leki, podłączono kroplówkę i miałam czekać na rozwój sytuacji. W nocy przyszedł tak ogromny ból, iż miałam przebłyski myśli, że umieram – krwawienie się wzmogło. Przez kolejne dni leżałam czekając na zbadanie, jednak dowiedziałam się, że ciągłe badanie nic nie da, jeżeli mam poronić, żadna siła ludzka nie jest w stanie temu zapobiec.
.
Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że w znakomitej większości spotkałam się z na prawdę wspaniałym personelem medycznym. Mniejszy ból i ciągłe krwawienie towarzyszyło mi ciągle przez te parę dni w szpitalu, i choć pielęgniarki próbowały mnie podnieść na duchu, że nie takie przypadki kończyły się szczęśliwie, ja już wiedziałam, że to nie będzie mój przypadek.
.
Gdzieś tam tliła się nadzieja, jednak fakty temu przeczyły. Dlatego kiedy czwartego dnia w szpitalu zrobiono mi USG nie płakałam kiedy usłyszałam, że macica jest pusta. Nie chciałam robić scen, płacz zostawiłam dla siebie, z resztą od momentu tej diagnozy pielęgniarki nie musiały już mnie tak często odwiedzać, więc mogłam spokojnie zatracać się w swoim smutku.
.
Wielki ból sprawiała mi myśl, że moje dziecko musiało zatem znaleźć się w ubikacji albo wraz ze skrzepami krwi na podkładzie. Kolejne 9 godzin to oczekiwanie na to co nieuniknione. Ostatnia rzecz jaką pamiętam przed zabiegiem to nogi zapięte pasami a później już tylko mój płacz, jak wracając na salę pytam pielęgniarek:  Co z moim dzieckiem?
.
Niestety nie było już kosmówki, dlatego nie wiem i nigdy nie będę wiedzieć czy to był chłopiec czy dziewczynka, co z nim się stało i dlaczego tak się stało.
Wiem, że to najprawdopodobniej nie moja wina, choć od teściowej dowiedziałam się, że to przez złe odżywianie.
.
Minęły dwa miesiące i niedługo znów będziemy mogli postarać się o dziecko, jednak we mnie ciągle jest strach, czy tym razem się uda? Czy kiedykolwiek się uda?
Na koniec chciałabym podziękować mojemu mężowi, chociaż wiem, że tego nie przeczyta – bez niego nie wiem czy udało by mi się przez to przejść.
.
Dziękuję również portalowi poroniłam.pl o których dowiedziałam się na oddziale, i kobietom, których historię tutaj poznałam. Na prawdę mi to pomogło.
Mając nadzieję na mały cud.
.
Autor: Mama Aniołka