Moje kochane, chciałabym podzielić się z Wami historią mojego poronienia – być może wyda się Wam zupełnie „zwykła”, bo i lekarze byli dla mnie mili i całkiem szybko pogodziłam się z odejściem Aniołka. Ale dla mnie poronienie było nie tylko stratą. Postarałam się wynieść z tego doświadczenia to, co najlepsze.
Na pewno brzmię jak wariatka, bo co dobrego można znaleźć w poronieniu… Może i tak, ale nie chciałam zadręczać się myślami, nikogo obwiniać,
więc i żałobę przeżyłam całkiem spokojnie. Czytaj dalej


Od tamtej sytuacji minęło naprawdę wiele lat. A o moim poronieniu wiemy tylko ja i mój mąż… Nigdy nie miałam dobrego kontaktu ze swoją rodziną, a rodzice męża zmarli krótko po naszym ślubie. Te 40 lat temu za utratę ciąży winiono kobietę. Nie chciałam więc nikomu mówić, nie chciałam słuchać, że to moja wina, że coś ze mną nie tak… A wiedziałam, że moi rodzice tak właśnie by reagowali.
Dokładnie pamiętam ten dzień, w którym dowiedziałam się o ciąży. Byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi, a mój mąż tylko całował brzuszek niemal ze łzami wzruszenia w oczach. Po kilku tygodniach wybraliśmy już imiona, zaczęliśmy kupować małe słodkie ubranka i remontować pokój dla maluszka. Ciąża rozwijała się prawidłowo.