Tak długo wyczekiwane

Tak długo staraliśmy się z mężem o dziecko.
Już myśleliśmy, że coś jest nie tak kiedy w końcu zobaczyłam dwie kreski. Radość była przeogromna, obydwoje płakaliśmy ze szczęścia.

Po pierwszej wizycie u ginekologa, byliśmy naprawdę szczęśliwi.
Do pewnego dnia…

moje kochane aniołki

Od rana czułam się dziwnie. Piersi przestały mnie boleć, miałam wahania nastroju.
Wróciliśmy akurat do domu i wtedy to się stało…. okropnie zaczął boleć mnie brzuch, poszłam do łazienki i zobaczyłam krew…

Wszystko mi się zawaliło. Wyszłam z płaczem z łazienki i poszłam do męża. Mąż zabrał mnie do ginekologa, tam tylko potwierdziły się nasze przypuszczenia. Już go nie było, nasze dziecko odeszło. Świat się zawalił, byłam zrozpaczona. Mąż bardzo wspierał mnie po wszystkim, pocieszał.

Myśleliśmy, że już się nie uda, że przecież tyle się staraliśmy i nic.. a tu po 3 miesiącach od poronienia zobaczyliśmy dwie kreski na teście. Teraz mamy pięknego, zdrowego synka

Autor: Ewa

Gdy kolejny raz wierzysz, że się uda a ON ci pokazuje kto rozdaje karty…

Mam konflikt. Ogromny konflikt, który narastał. Teraz nie odpuszczę…
Zawsze byłam osobą wierzącą, tak zostałam wychowana, pragnęłam wpoić to moim dzieciom i przekazać im cenne wartości. Teraz to runęło, w wieku 39 lat mój świat zawalił się ponownie. Tyle razy zostałam wystawiona na ciężkie próby – dźwigałam. Ale nie tym razem. Każdy upadek czyni mnie słabszą, bezsilną, dodaje lat, odbiera radość z codziennych chwil.

Historia kobiet po poronieniu
Jest rok 2007. Po 2 latach małżeństwa oczekujemy z mężem upragnionego dziecka.
Rodzi się syn i ta diagnoza (Zespół Downa). Chwilowa radość z narodzin przeradza się w rozpacz, żal, masę pretensji, zapytań. W dal odchodzi kariera, radość, która nas przepełniała. Naszą codziennością stają się wizyty w szpitalach, operacja serca, kontrole, rehabilitacja…

Maj 2008 – jestem w ciąży

Wciąż niepogodzeni z chorobą syna, drżymy o nienarodzone maleństwo. Jesteśmy zdeterminowani i pewni. Amniopunkcja! Musimy mieć pewność, że dziecko jest zdrowe. Drugi raz tego nie udźwigniemy. Stawiamy się w umówionym czasie, podpisuję papiery iż mam świadomość, że zabieg inwazyjny wiąże się z minimalnym (a jednak) ryzykiem powikłań. TAK jestem pewna – podpisuję.
Wracamy do domu, wychodzę z auta……. Wody płodowe odeszły. 16 tydzień ciąży.
W biegu wracamy do szpitala. Ryzyko przedwczesnego porodu, poronienia. Leżeć.

Tak mi mijają naprzemiennie dni, tygodnie w szpitalu, w domu

30 tydzień ciąży – ze skurczami, krwawieniem wpadam do szpitala. Już nic nie da się zrobić. Zaczął się poród. Zamieszanie potworne. Masa ludzi przy mnie, jedni badają, drudzy przebierają do zabiegu cc, w tym wszystkim zwijam się z bólu. Budzę się na sali. Moja córeczka żyje, leży w inkubatorze.
W nocy mnie budzą, muszę podpisać jakieś papiery, gdyż moje maleństwo ma zaburzenia w oddychaniu, muszą ją transportować do innego szpitala…
Tam spędza 2 miesiące, w końcu jest z nami!

Mam 27 lat i mówię KONIEC. Dość przeżyć! Więcej bym tego nie zniosła

Mijają lata. Kończę 30 potem 35 lat i tak czuję, że chciałabym mieć kolejne dziecko.
Ale jakoś bez specjalnego ciśnienia, tak na spokojnie o tym myślę.
Jednak gdzieś w tyle głowy wraca na nowo lęk. Odpuszczam.

Mam 37 lat i znów to pragnienie. Tym razem silniejsze, dojrzalsze, przemyślane.
Tak spróbujmy! Limit nieszczęść naszej rodziny wyczerpany – myślę.
Maj 2018 jestem w ciąży!!! Potworna radość. Wizyta w gabinecie za wcześnie 4-5 tydzień, mała kropeczka, ale jeszcze bez akcji serca. Lekarz umawia mi kolejne wizyty ustalając jednocześnie termin badań prenatalnych.
Nie doczekałam. Dla mnie 8 tydzień, pojawia się krwawienie, bóle brzucha, z krwotokiem wpadam na izbę przyjęć.

Badają, USG płód 5/6 tydzień… Poronienie

Procedura postępowań z moim dzieckiem, przerosła mnie. Nic w tej traumie nie zrozumiałam co do mnie mówili. Pojemnik, jaki przynieśli w złości i braku poszanowania przez nich mojej tragedii wrzuciłam do szafki. Dostałam tabletki, które miały mi pomóc. Po nich kolejne skurcze, mocniejsze, gonitwa do toalety i to potworne uczucie jakby pozbywania się własnego dziecka.

Wracam do domu, pusta, samotna, załamana. Nie ogarniam. Nie potrafię zrozumieć. Dlaczego? Gdzieś sobie tłumaczę, że może nie zasługuję na dzieci, zawiniłam w życiu i teraz nie jest mi dane. Mimo pretensji staram się myśleć racjonalnie, dojrzale. Wciąż wierzę, chodzę do Kościoła. Modlimy się z dziećmi.

Marzec 2020 udaje się od pierwszych chwil

Jestem w ciąży! Nareszcie! Tym razem na pewno będzie inaczej. Mocno w to wierzę. Nie ma innej opcji. Czuję jak staję się silna. Ta ciążą mnie tak buduje, daje mi radość, pewność, gwarancję że mogę wiele.

Umawiam się na wizytę jednak na spokojnie na 8 tydzień, by nie za wcześnie jak uprzednio. Jednak im bliżej wizyty czuję niepokój. Zaczyna słabnąć moja siła. Nadchodzi dzień wizyty pełna obaw czekam w poczekalni. W końcu kładę się by lekarz zrobił USG. JEST! Mamy to! 8 tydzień, akcja serca, dziecko się rusza. Pstryk i pierwsze zdjęcie chowam do karty ciąży. Dumna jak paw, szczęśliwa jak mała dziewczynka biegnę do męża.

Nie posiadamy się z radości

Pełnia szczęścia ogarnia mnie całą. Mimo nie najlepszego samopoczucia co dzień chcę góry przenosić. Wszystko chce mi się robić. Energia mnie rozpala do działania. Zbliża się termin testu Pappa z krwi, a po nim po 2 tygodniach badanie prenatalne.
Dziwne uczucie, ale nagły spadek radości, potworny niepokój powoduje, że biegam do toalety po 4-5 razy na godzinę sprawdzając, czy aby nie krwawię.
No nie… zaczyna mi siadać psychika. Wszystkie poprzednie przejścia wróciły ze zdwojoną siłą. Staję się nerwowa, apatyczna, nie panuję nad sobą. Usiłuję sobie samej tłumaczyć, że na pewno wszystko ok, a to wynik jedynie zaistniałych przeżyć i mojej chorej wyobraźni. Testy za mną.

Zostało oczekiwanie na badanie prenatalne, długie 2 tygodnie

Zauważyłam śluz, dziwny śluz. nie taki jak wtedy z krwią, ale też nie taki czysty. Ma jakiś delikatny kolor, jednak trudny do opisania. Mam stan przedzawałowy. Ciśnienie skacze, czuję, że zemdleje. Uspokajam się. Będzie dobrze. Internet przekopany w szukaniu pomocy. Za 2 dni i potem za 3 sytuacja się powtarza. Nic tłumaczę sobie, nie masz wpływu poczekaj na wizytę.
20 maja 2020 termin badań prenatalnych. Wchodzę do gabinetu i zaczynam od razu. Panie doktorze nie czuję tej ciąży. Coś jest nie tak. Nie czuję się jak w poprzednich. Od razu zaczyna od USG. Cała drżę, czuję że zaraz zejdę.

Słyszę:”Coś masz z tym przeczuciem. Nie mam dobrych wieści, serce nie bije od ok. 2 tygodni…..”.

Wtedy pojawił się pierwszy raz ten dziwny śluz. Czuję, że gram w jakimś filmie, że śnię, zaraz mnie ktoś obudzi. Usłyszę że wszystko ok.
Słyszę: „Przyjedź do szpitala, najlepiej jutro bo psychicznie tego nie zniesiesz.”
Patrzę ze wzrokiem pełnym pytań, dlaczego ja, dlaczego znowu, co takiego zrobiłam??? Nie słyszę odpowiedzi…

Idę do męża – czeka na parkingu, płaczemy oboje. Nie dowierzamy.
Noc nieprzespana. W domu pytania dlaczego mamusiu znowu musisz jechać do szpitala. Zdawkowo odpowiadam, ale córka drąży. Widzę łzy w jej oczach, tak jakby wiedziała. Tamtym razem jej powiedziałam, płakała. Teraz nie chciałam jej sprawiać ponownie bólu.

Jestem w szpitalu. Tym razem decyduję się sama na zabieg

Zbyt dokładnie pamiętam co się działo ostatnim razem. Teraz nie chce nic czuć, widzieć. Procedura papierkowa jednak mnie nie mija, przeżywam na nowo, czuję się wstrętną, beznadziejną matką.
Idę na zabieg, wchodzę do sali (5 kobiet i obcy lekarz siedzący na łóżku).
Wszyscy skupieni na mnie, chyba zemdleję. Wewnętrzny ból, świadomość niemocy, bezradność. Pytam gdzie mój lekarz. Widzą, że kiepsko wyglądam, więc dzwonią po mojego dr. Przychodzi i chwyta mnie za rękę. Łzy spływają po policzkach.
Budzę się na sali. Już po wszystkim. Nic nie ma. Zostałam sama z tą niewyobrażalną pustką w środku.

Dziś Dzień Dziecka

Miałam w planie w ten dzień poinformować starsze dzieci, że będą mieć rodzeństwo. Nie ma o czym mówić. Nie będą. Nie teraz, nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek.
Piszę ten post bo wiem, że my kobiety w takich chwilach szukamy wsparcia.
Partnerzy inaczej postrzegają ten ból. Jest on krótszy, szybciej się z nim potrafią pogodzić. My od samego poczęcia czujemy to dziecko, każde złe samopoczucie, ból piersi nie dający spać, gonitwy do toalety, uświadamiają nam ten wspaniały czas, czas oczekiwania na nasze maleństwo. Mężczyźni tego nigdy nie poczują stad ich odczucia są odmienne od naszych.

Nie radzę sobie. Stale płaczę, myślę, pytam dlaczego

Nie potrafię skupić myśli na tym co mam tylko żyję tym co miałam mieć. Ta potworna sytuacja odbija się na wszystkich domownikach. Chcę się cieszyć codziennością, mam w domu 2 dzieci, ale 2 pochowałam też w moim sercu i to powoduje tą rozpacz.

Mam konflikt z NIM !
Pytam się : Gdziekolwiek jesteś? Jeśliś jest ? !!!

Autor: Monique

Jedna na sześć…

Mam 32 lata, wspaniałego rocznego synka i kochającego narzeczonego.
Kiedy mały się urodził wiedziałam już, że chcę mieć drugie dziecko jak najszybciej się uda, żeby była mała różnica wieku między nimi.

aniołek

Kwiecień

Cały czas karmie piersią. Pierwszą miesiączkę dostałam w kwietniu – 11 miesięcy od porodu. Zaczęliśmy konkretne starania. Kupiłam testy owulacyjne, ciążowe… zrobiłam w połowie test owulacyjny, trafiłam. W okolicy spodziewanej miesiączki zrobiłam test – w sumie niepotrzebnie, bo zaraz potem dostałam okres, trudno. Spróbujemy przy następnej.

Maj

Druga miesiączka i znowu test owulacyjny pozytywny. Pierwszy test ciążowy zrobiłam chyba 9 dni po owulacji – negatywny, ale 2h później wyciągnęłam test z kosza i była tam – ledwo co widoczna, blada kreseczka obok drugiej wyraźnej – nie mogłam uwierzyć. Chciałam skakać z radości. Zrobiłam jeszcze 11 testów każdego dnia jeden, z dnia na dzień kreska była coraz wyraźniejsza, potem przyszedł dzień miesiączki i nic. Umówiłam się na wizytę.

Ostatni test zrobiłam w dniu wizyty – pozytywny

Był to 6 tydzień, USG pokazało pęcherzyk, szczęście ogromne. Dostałam skierowanie na badania laboratoryjne, następna wizyta za 2 tyg.

8 tydzień. Na USG bijące serduszko, lekarz nie miał zastrzeżeń, wszystko prawidłowo się rozwija, kolejne skierowanie i za 2 tygodnie wizyta, mam przyjść wcześniej do położnej założymy kartę ciąży.

10 tydzień. Podobnie jak w pierwszej ciąży nie miałam żadnych nudności czy wymiotów, czasem pobolewał mnie delikatnie brzuch, ale wcześniej też tak było więc się nie przejmowałam. W zasadzie odkąd się dowiedziałam o ciąży to chuchałam i dmuchałam na siebie. Podekscytowana poszłam na wizytę, dostałam kolejną moją kartę ciąży, namacalny dowód mojego szczęścia rozwijającego się w brzuchu. Lekarz robi USG. „Bardzo mi przykro, ale ciąża się nie rozwija.” Pokazał mi USG… brak bijącego serduszka…. Jak to, przecież wszystko było w porządku…

Umarłam…

Dostałam skierowanie do szpitala na obserwację – niech inny lekarz jeszcze zobaczy.
Dzień wcześniej siedzieliśmy w domu, przyszła do nas mama narzeczonego i śmiałam się do niej, że chciałabym tak jak on, który wrócił właśnie z 2 dniowego wyjazdu na ryby pojechać gdzieś „na noc” odpocząć… wyjść z domu… wiem, że w chwili jak to mówiłam moje dziecko już nie żyło, ale mimo to mam poczucie, że powiedziałam to w złą godzinę… że wywołałam wilka z lasu… nie przypuszczałam że tak szybko będzie „okazja”…

Pojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do szpitala

Po raz pierwszy musiałam zostawić synka samego, bez mamy. Przyjęli mnie na oddział, w sali leżałam sama. Zrobili badanie i USG, pobrali krew na beta HCG. Nie miałam złudzeń, nie musieli nic mówić, widziałam ich twarze… rano pobrali krew na jeszcze jedno beta HCG, kolejne USG. Tym razem pani doktor… potwierdziła to, co już wszyscy wiedzieli – ciąża martwa sama już zanika. Dostałam tabletki na wywołanie krwawienia, po 5h zabrali mnie na zabieg…

Obudziłam się PUSTA… tak namacalnie pusta, że to chyba niemożliwe. Jeszcze dzień wcześniej czekałam na moje maleństwo, a teraz nie ma już nic, żadnego śladu… tylko ten ból w sercu..

Pamiętam jak pani doktor przy ostatnim USG powiedziała że takich ciąż nie ma co żałować nawet i rozpamiętywać, że gdyby była zdrowa to by nie umarła… że jestem młoda, mam synka przecież i że zajdę w kolejną ciążę.. Że lepiej teraz niż np w bardziej zaawansowanej ciąży… Jak można powiedzieć coś takiego kobiecie która straciła właśnie dziecko…. „Nie warto żałować… lepiej teraz jak później…” A ma to znaczenie, na którym etapie to się stało? Ja już kochałam tą kruszynę…

Wiem, że 1 na 6 ciąż kończy się poronieniem w I trymestrze

Tak już to wiem, wiem też, że połowa ciąż kończy się w 4-5 tyg i kobiety nawet nie podejrzewają, że były w ciąży, po prostu dostają kolejną miesiączkę…
Leżałam w szpitalu i przez korytarz słyszałam bicie serduszek na KTG u innych ciężarnych, potem słyszałam płacz noworodków i dusiłam się, umierałam… zastanawiałam się dlaczego to ja nie mogę leżeć po drugiej stronie korytarza, dlaczego to nie moje dzieciątko płacze… dlaczego to ja byłam tą 6 ciężarną ze statystyki…

Potem przypomniałam sobie jak siedziałam w poczekalni czekając na pierwszą wizytę, obok siedziały dwie kobiety, które się znały. Jedna żaliła się że po 18 latach zaliczyła wpadkę, że jak zobaczyła dwie kreski na teście to się załamała i ryczała tydzień i powiedziała wtedy „no trudno, stało się… nie chce, ale co zrobię?”… Teraz sobie myślę.. wiem, że nie powinnam bo nikomu nie powinno się to przytrafić…. Ale skoro ona nie chciała tej ciąży, to czemu ona nie mogła być tą 1 na 6…

Kiedy następnego dnia po zabiegu, lekarz mnie wypisał, w zasadzie wybiegłam ze szpitala, nie mogłam tam przebywać chwili dłużej…
Teraz wszyscy się pytają jak się czuję… co mam im powiedzieć… że dobrze? Kiedy wcale tak nie jest, fizycznie ok, nic mnie nie boli… a psychicznie? Źle, okropnie, czuję niewyobrażalny żal, złość , chce mi się ryczeć i krzyczeć. Kiedy jestem z synkiem, czy narzeczonym nic nie pokazuje po sobie, on też to przeżywa. Rodzina wie co się stało, poprosiłam ich żeby już nie pytali się codziennie jak się czuję bo i tak nie zrozumieją. Ja nie potrafię o tym rozmawiać, nawet jakbym chciała to po prostu zaczynam płakać. Zresztą przecież nie mogę im powiedzieć jak rozsypaną mam psychikę bo wiem, że nikt nie chce słyszeć takich rzeczy, mało przyjemne to jest więc się uśmiecham po prostu…

W ciągu dnia funkcjonuję naprawdę dobrze, mam przecież dziecko, które mnie potrzebuje cały czas, mam dla kogo żyć i po co żyć, więc żyje dalej, ale kiedy kładę się spać i zostaje z myślami sama, albo rano zaraz po przebudzeniu czuję tą straszną PUSTKĘ i za każdym razem przypomina mi się, że już nie ma mojego dzieciątka…
W klatce obok sąsiadka niedługo będzie rodzić, w bloku obok inna też… cieszyłam się, że zaraz i ja będę miała taki brzuszek, śmiałam się do narzeczonego że nasze dzieci będą się razem bawić, teraz ich widok sprawia mi ból… po prostu zazdroszczę im…

Wiem, że jak tylko dostane zielone światło od lekarza będziemy się starać ponownie…
Czytałam już, że kolejna ciąża po poronieniu może przebiegać książkowo bez żadnych problemów, zagrożeń czy komplikacji i że najczęściej tak jest… ale wcale mnie to nie uspokaja…

en strach… strach i obawa, a co jeśli to się zdarzy znowu… już będzie ze mną zawsze…

Autor: Ma

Dlaczego nie mogłam skorzystać z przysługujących praw po poronieniu

Wiecie, że po poronieniu możecie pochować dziecko, zarejestrować je w USC, przejść na urlop macierzyński i odebrać zasiłek pogrzebowy? No właśnie… Ja też nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle mi przysługuje! W szpitalu nikt nic nie mówił – dopiero po powrocie do domu, po kilku tygodniach, przez przypadek wszystkiego się dowiedziałam…

historia o stracie - kobieta pisząca w zeszycie

To wcale nie takie trudne! Ale po kolei…

Kiedy wyszłam ze szpitala, czułam się strasznie. Myślę, że nie ma czego opowiadać – rozpacz, poczucie winy, smutek, żal… W końcu już 10 tygodni nosiłam moje dziecko pod sercem i nawet nie myślałam, że tak to się wszystko skończy… Wszystkie emocje razem, wszystko się mieszało, nawet nie do końca pamiętam te dni. A tu po tygodniu L4 trzeba było wrócić do pracy i zacząć znów „normalnie żyć”… Było ciężko, nie powiem.

Co wieczór siadałam przed komputerem i szukałam informacji o poronieniu – jakie są przyczyny, co robić, czy w ogóle będę mogła mieć jeszcze dzieci?

I tak znalazłam informację o prawach

Które przysługują każdej z nas po poronieniu: rejestracja dziecka w Urzędzie Stanu Cywilnego (można nadać mu np. imię!), przejście na skrócony urlop macierzyński (56 dni) i odebranie zasiłku pogrzebowego (4000 złotych). I mówiąc „każdej z nas” mam na myśli naprawdę każdą – niezależnie od tygodnia poronienia!

Wtedy pomyślałam, że będę informować inne dziewczyny, co zrobić. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie muszę po tygodniu ze sztucznym uśmiechem wracać do pracy, że mogę 8 tygodni spędzić na urlopie i trochę odpocząć…

Co trzeba zrobić? Badania po poronieniu

Lekarz musi wydać specjalny dokument – kartę martwego urodzenia. Co najważniejsze: żeby ją wydać, trzeba znać płeć dziecka. Jeśli któraś z Was poroniła przed 16. tygodniem ciąży (jak ja), lekarz w szpitalu zwykle nie jest w stanie jej określić.
I tu właśnie zaskoczenie! Można wykonać genetyczne badanie płci po poronieniu, dzięki któremu będzie ona ustalona. Ważne jest to, żeby powiedzieć lekarzowi o tych badaniach. Dlaczego? Musi zabezpieczyć próbki, czego mój lekarz nie zrobił. Nawet nie powiedział mi o takiej możliwości…

Najlepiej od razu powiedzieć lekarzowi o chęci wykonania badań

Wtedy na pewno zabezpieczy materiał! Tylko uwaga, bo musi zrobić to dobrze. Jak? Materiał dziecka (np. fragmenty kosmówki czy pępowiny) trzeba umieścić w sterylnym pojemniku wypełnionym solą fizjologiczną. Koniecznie właśnie nią – jeśli będzie to formalina, DNA się zdegraduje, a wykonanie badania po poronieniu będzie niemożliwe. Potem pojemnik trzeba mocno dokręcić, zakleić np. taśmą klejącą i trzymać w niskiej temperaturze (4-8 stopni). Później już tylko kontakt z wybranym laboratorium genetycznym i przekazanie mu materiału do analizy.

No i w sumie tyle… Raczej łatwe, prawda? Po poronieniu w domu też można zabezpieczyć próbki – w taki sam sposób, kupując pojemnik i sól fizjologiczną w aptece.

Genetyczne przyczyny poronienia – inne badanie dziecka

Dowiedziałam się też, że takie zabezpieczone próbki można wykorzystać do genetycznego badania przyczyny poronienia. O co chodzi? Za ok. 70% poronień odpowiadają spontaniczne wady u dziecka. Są naprawdę losowe – rodzice nie mają żadnego wpływu. Można zlecić taki test i sprawdzić, czy poronienie nie nastąpiło właśnie z powodu przypadkowej wady u dziecka. To naprawdę musi w wielu przypadkach skracać diagnostykę!

Wszystkie kobiety powinny znać prawa po poronieniu

Same widzicie: gdybym tylko powiedziała lekarzowi, że chcę wykonać genetyczne badanie płci, mogłabym wiedzieć, czy mój Maluszek to dziewczynka czy chłopczyk! No i te wszystkie prawa po poronieniu – nadanie dziecku imienia, 56 dni urlopu, 4000 złotych zasiłku pogrzebowego. Mam nadzieję, że te ważne informacje będą przekazywane wszystkim kobietom!

 

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl


Zobacz też:

 

Jak przeżyć oczekiwanie?

Mam 32 lata, 2-letniego synka i dziś test pokazał 2 kreski. Który to test? Nie pytajcie…Już bym pewnie miała dobre auto za tą kasę. Znacie to uczucie: boje się być szczęśliwa, jakby przeczucie, że za zakrętem czyha niebezpieczeństwo. Bo to moja czwarta ciąża. Był kwiecień 2017 r. Razem z narzeczonym nie posiadaliśmy się z radości! Obdzwoniliśmy rodziców, rodziny. Wyliczyłam z położną (bo przebywam w UK), że to 9 tydzień. Potem poszło: wizyty u położnej, usg za 4 tygodnie, czas wręcz biegł… kwitłam. 13 tydzień, USG, miałam tak pełny pęcherz, ze prawie pękłam, ale radiolog nic nie widziała, musiała zrobić USG dopochwowo, po czym stwierdziła, ze ciąża jest o wiele młodsza niż myśleliśmy. O braku bicia serca nie wspomniała. Wyczytałam to potem w dokumentach.

historia po poronieniu

Po tygodniu miałam kolejne USG i kolejny zawód

Przez ten tydzień modliłam się, dużo leżałam, przeprosiłam wszystkich, którym wyrządziłam jakaś krzywdę. Po tygodniu zapadł wyrok: płód jest jeszcze mniejszy, nie rośnie, serce nie bije. Narzeczony był tam ze mną. Płakaliśmy, wspieraliśmy się nawzajem. Dali mi tabletki, chyba Cytotec, dali kodeine. Mogłam też czekać co z tego wyniknie lub zapisać się na zabieg. Wybrałam tabletki. Był czwartek, ok.13:00. Przyjechaliśmy do domu, wzięłam tabletki pod język, po godzinie-dwóch zaczęłam wymiotować, krwawic. Noc spędziliśmy na kanapie. Narzeczony ciągle przy mnie. W nocy obficie krwawiłam, rano jakby uspokoiło się. Nosiło mnie. Poszłam do lekarza po zwolnienie. Dostałam 2 tygodnie. Poszliśmy do sklepu po środki sanitarne.

Był 26 maja: Dzień Matki! A moje właśnie umarło…

Po kilku dniach wszystko uspokoiło się (tak myślałam). Po 4-5 dniach znów zaczęłam krwawic obficie, do tego stopnia, że wezwaliśmy ambulans. Przyjechali po godzinie, zbadali puls i zapytali czy chcę pojechać do szpitala. W karetce krwawiłam nieprzerwanie. Ciągle miałam tez mdłości. W szpitalu czekałam ponad godzinę, dopiero kiedy krew zaczęła kapać z wózka, zainteresowali się mną. Po kilku godzinach zrobili mi zabieg, ponieważ jakaś tkanka zablokowała się. Obudziłam się ok.4 rano. Mój partner siedział obok łózka. Sala, na której leżałam, liczyła kilkanaście łóżek oddzielonych kotarami. Wypisali mnie o 12 tego samego dnia.

Był 1. czerwca

Po wszystkim długo nie mogłam dojść do siebie. Stroniłam od ludzi, nie chciałam wracać do pracy w fabryce, chociaż partner i jego rodzina namawiali mnie. Po 4 tygodniach wróciłam do pracy i było mi niezmiernie ciężko. Zrezygnowałam z funkcji i przywilejów team leadera, chciałam tylko wykonywać proste czynności. Miałam problemy ze snem, z praca, w związku. Poszłam do lekarza, skierowali mnie na counselling. Skontaktowałam się z fundacją wspierająca kobiety po rożnych przejściach. Wstępna wizyta była bardzo przykra. Kobieta robiąca wywiad była bardzo niemiła: twierdziła, że moje poronienie to nic specjalnego. Przydzielili mi młodą studentkę. Chodziłam na terapię przez kilka miesięcy.

W ciągu tych kilku miesięcy znów zaszłam w ciążę

Dokładnie 3 września zrobiłam test, ale partner zniechęcił mnie, mówiąc, ze pewnie kolejny test negatywny i szkoda pieniędzy. Dzień później opróżniam kosz i wyciągam test z 2 kreskami. Dzwonie do lekarza, do chłopaka, zanoszę próbkę moczu do przychodni… kupuje jeszcze 1 test: pozytywny. Przychodnia potwierdza, ich zdaniem to 4-6 tydzień (liczą od ostatniej miesiączki), procedura rusza od nowa. Po 2 tygodniach wizyta u położnej, potem bóle w podbrzuszu. W 8 tygodniu jadę do szpitala na oddział wczesnej ciąży (early pregnancy unit). USG rozwiewa obawy, ale jestem dopiero w 6.tygodniu, jednak serce bije. Biorę wolne od pracy, bo się boję. Wracam do pracy w 12 tygodniu. Nagle znów ostry ból w dole brzucha. Robią badania, podwyższone ciśnienie, ale diagnostycy i USG już nie pracują. Odsyłają nas do domu.

Tydzień później nareszcie USG i wszystko w normie

Wyniki badań na syndrom Downa i Patau są w porządku. Nareszcie 5. tydzień i kolejne USG: chłopiec. Mój partner myślał, że byłam rozczarowana, a ja po prostu cieszyłam się i martwiłam jednocześnie. W 6. miesiącu zaczęła lecieć siara. Potem pierwsze ruchy, usłyszałam bicie serca: niezapomniane. Urodził się w maju 2018, naturalnie, 4 dni po terminie, nigdy nie odeszły mi wody, ale poród szybki, tylko popękałam 3. Stopień. Do porodu nie zdążyli mnie znieczulić, to później dostałam Epidural na zakładanie szwów. Wyszliśmy tego samego dnia. Rozwija się zdrowo. Byliśmy naprawdę szczęśliwi, choć nie obyło się bez trosk i problemów wychowawczych, karmie go dotychczas. Okres nie wrocil dopoki moj syn nie skonczyl 9 miesiecy, pewnie za sprawa karmienia. Mial 10 miesiecy, poszlam przebadac sie, zapytałam o antykoncepcje. Dali mi tabletkę POP, która można stosować karmiąc. Po niej wrócił okres, wlasciwie krwawilam caly czas. Podziekowalam za tabletki.

Zaczelismy starac sie o dziecko kiedy skonczyl rok: bez skutku

Przez 2-3 miesiace znow brak okresu, ale wynik testu negatywny. Znow sie staramy-bezskutecznie. Wreszcie w lutym 2020 przelom: test pozytywny, 2 dni po urodzinach. Dzwonie do meza, do przychodni… machina rusza, nie posiadamy sie ze szczescia. Tydzien pozniej polozna: wizyta trwa 10 minut, za tydzien nastepna, towarzyszy mi synek i ta trwa juz godzine. Jest duze zamieszanie:zle nazwisko, inny adres, nie ta przychodnia. Rzekomo 6. Tydzien ciazy.Mowie w pracy, powoli oswajamy sie z ciaza, kompletujemy wyprawke. Wkrada sie Covid-19. Okolo 9.tygodnia zaczyna bolec mnie brzuch. Dzwonie na EPAU ( wczesna ciaza), jade do szpitala, wypraszaja meza i dziecko ze szpitala. Na badanie ide sama. Pelny pecherz nie pomaga, znow nie widza Dziecka, pytaja czy moze byc mlodsze, moze jest zbyt wczesnie. USG dopochwowe tez nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi. Kaza wrocic za 10 dni. Najwieksza meka: w domu i w pracy jak na szpilkach. 10 dni pozniej znow szpital. Maz zostaje z dzieckiem, czekam od 10 rano, o 11 wreszcie USG i wyrok: przykro nam, nie rosnie, nie rozwija sie.Nie mam zasiegu, nie wiem jak maz i syn. SMS-y nie docieraja. Chce tylko wyjsc. Zachowuje kamienna twarz. Kaza czekac, po 4h wreszcie wzywa mnie lekarz.

Najgorsze 4h zycia. Mam wybor: zdac sie na nature albo przyjac cytotec

Wybralam nature, ale wzielam lek na wszelki wypadek. Jest 30 marca. 31 marca wzielam tabletki, zadzialaly szybko, na szczescie tylko obficie krwawilam, kazdego dnia mniej. 2 kwietnia dostalam krwotok: porod z rzeznia w jednym. Maz poszedl po srodki sanitarne, kolezanka,chcac mnie pocieszyc, mowi, zebym wstrzymala sie z kolejna ciaza na lepsze czasy, ze to zly czas, sama wlasnie urodzila… syty glodnego nie zrozumie…2 kwietnia, zmieniam podpaski co 5 minut, nagle cos gabczastego wielkosci mydelka laduje w mojej dloni. Maz kaze mi „to” wyrzucic, synek niewiele rozumie. Maz tez jest pomocny, ale przezywa to po swojemu. Boli cialo i psychika. Jestem bardzo blada i slaba. Byle nie musiec jechac do szpitala. Mijaja dni i tygodnie, a ja mysle, ze mogalbym miec juz skan, polowkowe… mam meza i dziecko, obje chodzimy do pracy, bo koronawirus, duzo czasu dla rodziny i duzo rozmyslan.

Czymze jest strata Dziecka w porownaniu do tylu smierci?

W wyniku zaniedbania lekarzy dostaje przypomnienie o wizycie, wyzywam sie na pielegniarce, zdarza mi sie krzyknac na synka i meza… klocimy sie o byle co. Z utesknieniem czekam na okres… pytam czemu my, czemu inni moga, a my nie? Nie palimy, nie pijemy, raczej zdrowo jemy, duzo spacerujemy… raz w zlosci powiedzialam, ze tesciowa powinna umrzec, nie moje Dziecko, potem zalowalam bo zrobilam przykrosc mezowi. Oni nawet nie wiedzieli o ciazy, o jej utracie.
Nagle dzis 2 kreski na tescie. Dzwonia z pracy, zeby wrocic, ale czy powinnam? Boje sie o siebie i rodzine, o synka, o to Dziecko, ktore we mnie rosnie, o to co dalej. Nie dam rady kolejny raz, ale wiem, ze musze byc silna dla moich mezczyzn. Boje sie utraty pracy, ustaty kolejnego Dziecka, braku srodkow do zycia. maz tez ciagle czeka ba wezwanie do pracy.
Mowi mi, zebym zachowala spokoj, ale jak sie nie denerwowac, nie martwic?