Jedna na sześć…

Mam 32 lata, wspaniałego rocznego synka i kochającego narzeczonego.
Kiedy mały się urodził wiedziałam już, że chcę mieć drugie dziecko jak najszybciej się uda, żeby była mała różnica wieku między nimi.

aniołek

Kwiecień

Cały czas karmie piersią. Pierwszą miesiączkę dostałam w kwietniu – 11 miesięcy od porodu. Zaczęliśmy konkretne starania. Kupiłam testy owulacyjne, ciążowe… zrobiłam w połowie test owulacyjny, trafiłam. W okolicy spodziewanej miesiączki zrobiłam test – w sumie niepotrzebnie, bo zaraz potem dostałam okres, trudno. Spróbujemy przy następnej.

Maj

Druga miesiączka i znowu test owulacyjny pozytywny. Pierwszy test ciążowy zrobiłam chyba 9 dni po owulacji – negatywny, ale 2h później wyciągnęłam test z kosza i była tam – ledwo co widoczna, blada kreseczka obok drugiej wyraźnej – nie mogłam uwierzyć. Chciałam skakać z radości. Zrobiłam jeszcze 11 testów każdego dnia jeden, z dnia na dzień kreska była coraz wyraźniejsza, potem przyszedł dzień miesiączki i nic. Umówiłam się na wizytę.

Ostatni test zrobiłam w dniu wizyty – pozytywny

Był to 6 tydzień, USG pokazało pęcherzyk, szczęście ogromne. Dostałam skierowanie na badania laboratoryjne, następna wizyta za 2 tyg.

8 tydzień. Na USG bijące serduszko, lekarz nie miał zastrzeżeń, wszystko prawidłowo się rozwija, kolejne skierowanie i za 2 tygodnie wizyta, mam przyjść wcześniej do położnej założymy kartę ciąży.

10 tydzień. Podobnie jak w pierwszej ciąży nie miałam żadnych nudności czy wymiotów, czasem pobolewał mnie delikatnie brzuch, ale wcześniej też tak było więc się nie przejmowałam. W zasadzie odkąd się dowiedziałam o ciąży to chuchałam i dmuchałam na siebie. Podekscytowana poszłam na wizytę, dostałam kolejną moją kartę ciąży, namacalny dowód mojego szczęścia rozwijającego się w brzuchu. Lekarz robi USG. „Bardzo mi przykro, ale ciąża się nie rozwija.” Pokazał mi USG… brak bijącego serduszka…. Jak to, przecież wszystko było w porządku…

Umarłam…

Dostałam skierowanie do szpitala na obserwację – niech inny lekarz jeszcze zobaczy.
Dzień wcześniej siedzieliśmy w domu, przyszła do nas mama narzeczonego i śmiałam się do niej, że chciałabym tak jak on, który wrócił właśnie z 2 dniowego wyjazdu na ryby pojechać gdzieś „na noc” odpocząć… wyjść z domu… wiem, że w chwili jak to mówiłam moje dziecko już nie żyło, ale mimo to mam poczucie, że powiedziałam to w złą godzinę… że wywołałam wilka z lasu… nie przypuszczałam że tak szybko będzie „okazja”…

Pojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do szpitala

Po raz pierwszy musiałam zostawić synka samego, bez mamy. Przyjęli mnie na oddział, w sali leżałam sama. Zrobili badanie i USG, pobrali krew na beta HCG. Nie miałam złudzeń, nie musieli nic mówić, widziałam ich twarze… rano pobrali krew na jeszcze jedno beta HCG, kolejne USG. Tym razem pani doktor… potwierdziła to, co już wszyscy wiedzieli – ciąża martwa sama już zanika. Dostałam tabletki na wywołanie krwawienia, po 5h zabrali mnie na zabieg…

Obudziłam się PUSTA… tak namacalnie pusta, że to chyba niemożliwe. Jeszcze dzień wcześniej czekałam na moje maleństwo, a teraz nie ma już nic, żadnego śladu… tylko ten ból w sercu..

Pamiętam jak pani doktor przy ostatnim USG powiedziała że takich ciąż nie ma co żałować nawet i rozpamiętywać, że gdyby była zdrowa to by nie umarła… że jestem młoda, mam synka przecież i że zajdę w kolejną ciążę.. Że lepiej teraz niż np w bardziej zaawansowanej ciąży… Jak można powiedzieć coś takiego kobiecie która straciła właśnie dziecko…. „Nie warto żałować… lepiej teraz jak później…” A ma to znaczenie, na którym etapie to się stało? Ja już kochałam tą kruszynę…

Wiem, że 1 na 6 ciąż kończy się poronieniem w I trymestrze

Tak już to wiem, wiem też, że połowa ciąż kończy się w 4-5 tyg i kobiety nawet nie podejrzewają, że były w ciąży, po prostu dostają kolejną miesiączkę…
Leżałam w szpitalu i przez korytarz słyszałam bicie serduszek na KTG u innych ciężarnych, potem słyszałam płacz noworodków i dusiłam się, umierałam… zastanawiałam się dlaczego to ja nie mogę leżeć po drugiej stronie korytarza, dlaczego to nie moje dzieciątko płacze… dlaczego to ja byłam tą 6 ciężarną ze statystyki…

Potem przypomniałam sobie jak siedziałam w poczekalni czekając na pierwszą wizytę, obok siedziały dwie kobiety, które się znały. Jedna żaliła się że po 18 latach zaliczyła wpadkę, że jak zobaczyła dwie kreski na teście to się załamała i ryczała tydzień i powiedziała wtedy „no trudno, stało się… nie chce, ale co zrobię?”… Teraz sobie myślę.. wiem, że nie powinnam bo nikomu nie powinno się to przytrafić…. Ale skoro ona nie chciała tej ciąży, to czemu ona nie mogła być tą 1 na 6…

Kiedy następnego dnia po zabiegu, lekarz mnie wypisał, w zasadzie wybiegłam ze szpitala, nie mogłam tam przebywać chwili dłużej…
Teraz wszyscy się pytają jak się czuję… co mam im powiedzieć… że dobrze? Kiedy wcale tak nie jest, fizycznie ok, nic mnie nie boli… a psychicznie? Źle, okropnie, czuję niewyobrażalny żal, złość , chce mi się ryczeć i krzyczeć. Kiedy jestem z synkiem, czy narzeczonym nic nie pokazuje po sobie, on też to przeżywa. Rodzina wie co się stało, poprosiłam ich żeby już nie pytali się codziennie jak się czuję bo i tak nie zrozumieją. Ja nie potrafię o tym rozmawiać, nawet jakbym chciała to po prostu zaczynam płakać. Zresztą przecież nie mogę im powiedzieć jak rozsypaną mam psychikę bo wiem, że nikt nie chce słyszeć takich rzeczy, mało przyjemne to jest więc się uśmiecham po prostu…

W ciągu dnia funkcjonuję naprawdę dobrze, mam przecież dziecko, które mnie potrzebuje cały czas, mam dla kogo żyć i po co żyć, więc żyje dalej, ale kiedy kładę się spać i zostaje z myślami sama, albo rano zaraz po przebudzeniu czuję tą straszną PUSTKĘ i za każdym razem przypomina mi się, że już nie ma mojego dzieciątka…
W klatce obok sąsiadka niedługo będzie rodzić, w bloku obok inna też… cieszyłam się, że zaraz i ja będę miała taki brzuszek, śmiałam się do narzeczonego że nasze dzieci będą się razem bawić, teraz ich widok sprawia mi ból… po prostu zazdroszczę im…

Wiem, że jak tylko dostane zielone światło od lekarza będziemy się starać ponownie…
Czytałam już, że kolejna ciąża po poronieniu może przebiegać książkowo bez żadnych problemów, zagrożeń czy komplikacji i że najczęściej tak jest… ale wcale mnie to nie uspokaja…

en strach… strach i obawa, a co jeśli to się zdarzy znowu… już będzie ze mną zawsze…

Autor: Ma

Dlaczego nie mogłam skorzystać z przysługujących praw po poronieniu

Wiecie, że po poronieniu możecie pochować dziecko, zarejestrować je w USC, przejść na urlop macierzyński i odebrać zasiłek pogrzebowy? No właśnie… Ja też nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle mi przysługuje! W szpitalu nikt nic nie mówił – dopiero po powrocie do domu, po kilku tygodniach, przez przypadek wszystkiego się dowiedziałam…

historia o stracie - kobieta pisząca w zeszycie

To wcale nie takie trudne! Ale po kolei…

Kiedy wyszłam ze szpitala, czułam się strasznie. Myślę, że nie ma czego opowiadać – rozpacz, poczucie winy, smutek, żal… W końcu już 10 tygodni nosiłam moje dziecko pod sercem i nawet nie myślałam, że tak to się wszystko skończy… Wszystkie emocje razem, wszystko się mieszało, nawet nie do końca pamiętam te dni. A tu po tygodniu L4 trzeba było wrócić do pracy i zacząć znów „normalnie żyć”… Było ciężko, nie powiem.

Co wieczór siadałam przed komputerem i szukałam informacji o poronieniu – jakie są przyczyny, co robić, czy w ogóle będę mogła mieć jeszcze dzieci?

I tak znalazłam informację o prawach

Które przysługują każdej z nas po poronieniu: rejestracja dziecka w Urzędzie Stanu Cywilnego (można nadać mu np. imię!), przejście na skrócony urlop macierzyński (56 dni) i odebranie zasiłku pogrzebowego (4000 złotych). I mówiąc „każdej z nas” mam na myśli naprawdę każdą – niezależnie od tygodnia poronienia!

Wtedy pomyślałam, że będę informować inne dziewczyny, co zrobić. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że nie muszę po tygodniu ze sztucznym uśmiechem wracać do pracy, że mogę 8 tygodni spędzić na urlopie i trochę odpocząć…

Co trzeba zrobić? Badania po poronieniu

Lekarz musi wydać specjalny dokument – kartę martwego urodzenia. Co najważniejsze: żeby ją wydać, trzeba znać płeć dziecka. Jeśli któraś z Was poroniła przed 16. tygodniem ciąży (jak ja), lekarz w szpitalu zwykle nie jest w stanie jej określić.
I tu właśnie zaskoczenie! Można wykonać genetyczne badanie płci po poronieniu, dzięki któremu będzie ona ustalona. Ważne jest to, żeby powiedzieć lekarzowi o tych badaniach. Dlaczego? Musi zabezpieczyć próbki, czego mój lekarz nie zrobił. Nawet nie powiedział mi o takiej możliwości…

Najlepiej od razu powiedzieć lekarzowi o chęci wykonania badań

Wtedy na pewno zabezpieczy materiał! Tylko uwaga, bo musi zrobić to dobrze. Jak? Materiał dziecka (np. fragmenty kosmówki czy pępowiny) trzeba umieścić w sterylnym pojemniku wypełnionym solą fizjologiczną. Koniecznie właśnie nią – jeśli będzie to formalina, DNA się zdegraduje, a wykonanie badania po poronieniu będzie niemożliwe. Potem pojemnik trzeba mocno dokręcić, zakleić np. taśmą klejącą i trzymać w niskiej temperaturze (4-8 stopni). Później już tylko kontakt z wybranym laboratorium genetycznym i przekazanie mu materiału do analizy.

No i w sumie tyle… Raczej łatwe, prawda? Po poronieniu w domu też można zabezpieczyć próbki – w taki sam sposób, kupując pojemnik i sól fizjologiczną w aptece.

Genetyczne przyczyny poronienia – inne badanie dziecka

Dowiedziałam się też, że takie zabezpieczone próbki można wykorzystać do genetycznego badania przyczyny poronienia. O co chodzi? Za ok. 70% poronień odpowiadają spontaniczne wady u dziecka. Są naprawdę losowe – rodzice nie mają żadnego wpływu. Można zlecić taki test i sprawdzić, czy poronienie nie nastąpiło właśnie z powodu przypadkowej wady u dziecka. To naprawdę musi w wielu przypadkach skracać diagnostykę!

Wszystkie kobiety powinny znać prawa po poronieniu

Same widzicie: gdybym tylko powiedziała lekarzowi, że chcę wykonać genetyczne badanie płci, mogłabym wiedzieć, czy mój Maluszek to dziewczynka czy chłopczyk! No i te wszystkie prawa po poronieniu – nadanie dziecku imienia, 56 dni urlopu, 4000 złotych zasiłku pogrzebowego. Mam nadzieję, że te ważne informacje będą przekazywane wszystkim kobietom!

 

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią napisz do nas na adres info@poronilam.pl


Zobacz też:

 

Jak przeżyć oczekiwanie?

Mam 32 lata, 2-letniego synka i dziś test pokazał 2 kreski. Który to test? Nie pytajcie…Już bym pewnie miała dobre auto za tą kasę. Znacie to uczucie: boje się być szczęśliwa, jakby przeczucie, że za zakrętem czyha niebezpieczeństwo. Bo to moja czwarta ciąża. Był kwiecień 2017 r. Razem z narzeczonym nie posiadaliśmy się z radości! Obdzwoniliśmy rodziców, rodziny. Wyliczyłam z położną (bo przebywam w UK), że to 9 tydzień. Potem poszło: wizyty u położnej, usg za 4 tygodnie, czas wręcz biegł… kwitłam. 13 tydzień, USG, miałam tak pełny pęcherz, ze prawie pękłam, ale radiolog nic nie widziała, musiała zrobić USG dopochwowo, po czym stwierdziła, ze ciąża jest o wiele młodsza niż myśleliśmy. O braku bicia serca nie wspomniała. Wyczytałam to potem w dokumentach.

historia po poronieniu

Po tygodniu miałam kolejne USG i kolejny zawód

Przez ten tydzień modliłam się, dużo leżałam, przeprosiłam wszystkich, którym wyrządziłam jakaś krzywdę. Po tygodniu zapadł wyrok: płód jest jeszcze mniejszy, nie rośnie, serce nie bije. Narzeczony był tam ze mną. Płakaliśmy, wspieraliśmy się nawzajem. Dali mi tabletki, chyba Cytotec, dali kodeine. Mogłam też czekać co z tego wyniknie lub zapisać się na zabieg. Wybrałam tabletki. Był czwartek, ok.13:00. Przyjechaliśmy do domu, wzięłam tabletki pod język, po godzinie-dwóch zaczęłam wymiotować, krwawic. Noc spędziliśmy na kanapie. Narzeczony ciągle przy mnie. W nocy obficie krwawiłam, rano jakby uspokoiło się. Nosiło mnie. Poszłam do lekarza po zwolnienie. Dostałam 2 tygodnie. Poszliśmy do sklepu po środki sanitarne.

Był 26 maja: Dzień Matki! A moje właśnie umarło…

Po kilku dniach wszystko uspokoiło się (tak myślałam). Po 4-5 dniach znów zaczęłam krwawic obficie, do tego stopnia, że wezwaliśmy ambulans. Przyjechali po godzinie, zbadali puls i zapytali czy chcę pojechać do szpitala. W karetce krwawiłam nieprzerwanie. Ciągle miałam tez mdłości. W szpitalu czekałam ponad godzinę, dopiero kiedy krew zaczęła kapać z wózka, zainteresowali się mną. Po kilku godzinach zrobili mi zabieg, ponieważ jakaś tkanka zablokowała się. Obudziłam się ok.4 rano. Mój partner siedział obok łózka. Sala, na której leżałam, liczyła kilkanaście łóżek oddzielonych kotarami. Wypisali mnie o 12 tego samego dnia.

Był 1. czerwca

Po wszystkim długo nie mogłam dojść do siebie. Stroniłam od ludzi, nie chciałam wracać do pracy w fabryce, chociaż partner i jego rodzina namawiali mnie. Po 4 tygodniach wróciłam do pracy i było mi niezmiernie ciężko. Zrezygnowałam z funkcji i przywilejów team leadera, chciałam tylko wykonywać proste czynności. Miałam problemy ze snem, z praca, w związku. Poszłam do lekarza, skierowali mnie na counselling. Skontaktowałam się z fundacją wspierająca kobiety po rożnych przejściach. Wstępna wizyta była bardzo przykra. Kobieta robiąca wywiad była bardzo niemiła: twierdziła, że moje poronienie to nic specjalnego. Przydzielili mi młodą studentkę. Chodziłam na terapię przez kilka miesięcy.

W ciągu tych kilku miesięcy znów zaszłam w ciążę

Dokładnie 3 września zrobiłam test, ale partner zniechęcił mnie, mówiąc, ze pewnie kolejny test negatywny i szkoda pieniędzy. Dzień później opróżniam kosz i wyciągam test z 2 kreskami. Dzwonie do lekarza, do chłopaka, zanoszę próbkę moczu do przychodni… kupuje jeszcze 1 test: pozytywny. Przychodnia potwierdza, ich zdaniem to 4-6 tydzień (liczą od ostatniej miesiączki), procedura rusza od nowa. Po 2 tygodniach wizyta u położnej, potem bóle w podbrzuszu. W 8 tygodniu jadę do szpitala na oddział wczesnej ciąży (early pregnancy unit). USG rozwiewa obawy, ale jestem dopiero w 6.tygodniu, jednak serce bije. Biorę wolne od pracy, bo się boję. Wracam do pracy w 12 tygodniu. Nagle znów ostry ból w dole brzucha. Robią badania, podwyższone ciśnienie, ale diagnostycy i USG już nie pracują. Odsyłają nas do domu.

Tydzień później nareszcie USG i wszystko w normie

Wyniki badań na syndrom Downa i Patau są w porządku. Nareszcie 5. tydzień i kolejne USG: chłopiec. Mój partner myślał, że byłam rozczarowana, a ja po prostu cieszyłam się i martwiłam jednocześnie. W 6. miesiącu zaczęła lecieć siara. Potem pierwsze ruchy, usłyszałam bicie serca: niezapomniane. Urodził się w maju 2018, naturalnie, 4 dni po terminie, nigdy nie odeszły mi wody, ale poród szybki, tylko popękałam 3. Stopień. Do porodu nie zdążyli mnie znieczulić, to później dostałam Epidural na zakładanie szwów. Wyszliśmy tego samego dnia. Rozwija się zdrowo. Byliśmy naprawdę szczęśliwi, choć nie obyło się bez trosk i problemów wychowawczych, karmie go dotychczas. Okres nie wrocil dopoki moj syn nie skonczyl 9 miesiecy, pewnie za sprawa karmienia. Mial 10 miesiecy, poszlam przebadac sie, zapytałam o antykoncepcje. Dali mi tabletkę POP, która można stosować karmiąc. Po niej wrócił okres, wlasciwie krwawilam caly czas. Podziekowalam za tabletki.

Zaczelismy starac sie o dziecko kiedy skonczyl rok: bez skutku

Przez 2-3 miesiace znow brak okresu, ale wynik testu negatywny. Znow sie staramy-bezskutecznie. Wreszcie w lutym 2020 przelom: test pozytywny, 2 dni po urodzinach. Dzwonie do meza, do przychodni… machina rusza, nie posiadamy sie ze szczescia. Tydzien pozniej polozna: wizyta trwa 10 minut, za tydzien nastepna, towarzyszy mi synek i ta trwa juz godzine. Jest duze zamieszanie:zle nazwisko, inny adres, nie ta przychodnia. Rzekomo 6. Tydzien ciazy.Mowie w pracy, powoli oswajamy sie z ciaza, kompletujemy wyprawke. Wkrada sie Covid-19. Okolo 9.tygodnia zaczyna bolec mnie brzuch. Dzwonie na EPAU ( wczesna ciaza), jade do szpitala, wypraszaja meza i dziecko ze szpitala. Na badanie ide sama. Pelny pecherz nie pomaga, znow nie widza Dziecka, pytaja czy moze byc mlodsze, moze jest zbyt wczesnie. USG dopochwowe tez nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi. Kaza wrocic za 10 dni. Najwieksza meka: w domu i w pracy jak na szpilkach. 10 dni pozniej znow szpital. Maz zostaje z dzieckiem, czekam od 10 rano, o 11 wreszcie USG i wyrok: przykro nam, nie rosnie, nie rozwija sie.Nie mam zasiegu, nie wiem jak maz i syn. SMS-y nie docieraja. Chce tylko wyjsc. Zachowuje kamienna twarz. Kaza czekac, po 4h wreszcie wzywa mnie lekarz.

Najgorsze 4h zycia. Mam wybor: zdac sie na nature albo przyjac cytotec

Wybralam nature, ale wzielam lek na wszelki wypadek. Jest 30 marca. 31 marca wzielam tabletki, zadzialaly szybko, na szczescie tylko obficie krwawilam, kazdego dnia mniej. 2 kwietnia dostalam krwotok: porod z rzeznia w jednym. Maz poszedl po srodki sanitarne, kolezanka,chcac mnie pocieszyc, mowi, zebym wstrzymala sie z kolejna ciaza na lepsze czasy, ze to zly czas, sama wlasnie urodzila… syty glodnego nie zrozumie…2 kwietnia, zmieniam podpaski co 5 minut, nagle cos gabczastego wielkosci mydelka laduje w mojej dloni. Maz kaze mi „to” wyrzucic, synek niewiele rozumie. Maz tez jest pomocny, ale przezywa to po swojemu. Boli cialo i psychika. Jestem bardzo blada i slaba. Byle nie musiec jechac do szpitala. Mijaja dni i tygodnie, a ja mysle, ze mogalbym miec juz skan, polowkowe… mam meza i dziecko, obje chodzimy do pracy, bo koronawirus, duzo czasu dla rodziny i duzo rozmyslan.

Czymze jest strata Dziecka w porownaniu do tylu smierci?

W wyniku zaniedbania lekarzy dostaje przypomnienie o wizycie, wyzywam sie na pielegniarce, zdarza mi sie krzyknac na synka i meza… klocimy sie o byle co. Z utesknieniem czekam na okres… pytam czemu my, czemu inni moga, a my nie? Nie palimy, nie pijemy, raczej zdrowo jemy, duzo spacerujemy… raz w zlosci powiedzialam, ze tesciowa powinna umrzec, nie moje Dziecko, potem zalowalam bo zrobilam przykrosc mezowi. Oni nawet nie wiedzieli o ciazy, o jej utracie.
Nagle dzis 2 kreski na tescie. Dzwonia z pracy, zeby wrocic, ale czy powinnam? Boje sie o siebie i rodzine, o synka, o to Dziecko, ktore we mnie rosnie, o to co dalej. Nie dam rady kolejny raz, ale wiem, ze musze byc silna dla moich mezczyzn. Boje sie utraty pracy, ustaty kolejnego Dziecka, braku srodkow do zycia. maz tez ciagle czeka ba wezwanie do pracy.
Mowi mi, zebym zachowala spokoj, ale jak sie nie denerwowac, nie martwic?

Wielkie starania i szybki koniec świata

Mam dopiero albo aż 27 lat. Z mężem o dziecko staraliśmy się od 3 lat.

W jakim celu wykonuje się badanie MTHFR

Nie było łatwo. Po pół roku starań, lekarz stwierdził PCOS i insulinooporność. Nie jest to sytuacja bez wyjścia, są przecież na to leki. Dwa lata badań, terapii. Co miesiąc nowa nadzieja i nic.

W końcu JEST!!! UDAŁO SIĘ!!!

Zaczęło się od dwóch kresek, z czego jedna była tylko ledwo widoczna,. Potem wymioty, ból piersi. Mamy to! Mamy ciążę! Będę mama, a mój ukochany tatą. Pierwsza wizyta u lekarza – jest piękny, zagnieżdżony pęcherzyk i rośnie. Dostałam zalecenia, leki i odpoczywać w domu. W między czasie, cały czas bałam się i modliłam żeby wszystko było dobrze.

Kolejna wizyta

To tylko 6 tc, ale zobaczyliśmy na USG naszą kochaną fasolkę. Jest i maleństwo, i ma nawet serduszko. Popłakałam się że szczęścia. Po paru dniach zaniepokoiła mnie zmiana wyglądu piersi, nie były wtedy dla mnie dość ciążowe, ale pomyślałam taki mój urok. Nie było krwawienia, każdy lekki ból tłumaczyłam, że dzidzia rośnie i to normalne. Jaka ja byłam durna, że już wtedy nie poleciałam do lekarza. Kolejna wizyta miała miejsce wczoraj. Dziecka nie ma, nie żyje. Dzisiaj piszę tą opowieść ze szpitalnego łóżka, czekając aż usunie się to co jeszcze z dzidzi zostało.

Autor: Diana

Umysł Jest królem

W ciążę zaszłam w 2018 roku niespodziewanie, późno, bo około 40 urodzin, ale jak ja się cieszyłam!!!

Dziewczyny, kobiety - trzeba myśleć o tym czego pragniecie z całych sił. Wam też się uda, na pewno!

Od początku był jakiś niepokój, bo po pierwszej wizycie ok 5. tygodnia nie było widać jeszcze serduszka. To jednak zbyt wcześnie, więc poczekałam chwilę i jest, słyszałam jak bije mojemu maleństwu serduszko. Mąż był pewien, że to dziewczynka i oboje cieszyliśmy się tą myślą. Pobolewał mnie brzuch, ale to niby na początku tak ma być. I na wizycie 7/8 tydzień nagle słyszę, że serduszko nie bije.

Proszę o sprawdzenie jeszcze chyba z 10 razy

Pani doktor sprawdza w milczeniu. Kolejne USG u innego lekarza. To prawda. To koniec. Moje urodziny przepłakałam. Tydzień potem koszmar w szpitalu!!!
W maju pierwsza miesiączka po obumarciu maleństwa. I ta ciągła myśl: „chcę być znów w ciąży.” Z całych sił brzmiało to we mnie jak mantra. W czerwcu nagle mąż mówi, że czuje ,że jestem w ciąży. Ja się pukam w głowę: „Skąd Ty to możesz wiedzieć kochanie?”. Robię test, żeby go sprawdzić i…nic nie ma śladu kreski. Ale nie daje mi to spokoju po tygodniu znowu test. Patrzę, a tam niby coś, ale nic nie widać 😉 Po kolejnym tygodniu….JEST!!!!!!JESTEM W CIĄŻY!!!!!!!

W 2019 roku urodziłam synka, zdrowego, najukochańszego, najcudowniejszego!!!!

Niby w szpitalu mówili trzeba odczekać, a moja Pani doktor: kochajcie się teraz i już jak chcesz mieć dziecko. W niecały miesiąc po zabiegu zaszłam w ciążę i wszystko skończyło się dobrze, choć bałam się do końca i różne momenty były (nawet krwawiłam). Ale wszystko się cudownie skończyło.

Dziewczyny, kobiety – trzeba myśleć o tym czego pragniecie z całych sił. Wam też się uda, na pewno!!!!!!!!!

Autor: Aga