Jestem mama już 3-letniej Majeczki, bardzo żywe dziecko i bardzo kochane, nasz promyczek. Po rozmowie z mężem postanowiliśmy, że chcemy mieć kolejnego bobaska. Maja jest już na tyle duża i samodzielna, że odnalazłaby się w roli starszej siostrzyczki.

W listopadzie 2019 zaczęliśmy starania o dzidziusia. Pierwszy cykl niestety bez rezultatu, drugi to samo… w końcu nadszedł styczeń 2020 okres mi się spóźniał 5 dni. Szybko po test i są upragnione dwie kreseczki. Cieszyliśmy się bardzo. Za trzecim razem nam się udało. Łzy radości były ogromne. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że nasza córcia będzie miała rodzeństwo.
Nadszedł czas pierwszej wizyty
USG wykazało piękną kropeczkę. „Ciąża jest. 5 tydzień, zapraszam na kolejna wizytę za miesiąc.” – usłyszałam od ginekologa. Czekałam z niecierpliwością na kolejną wizytę, aż w końcu nadszedł ten dzień. Był to 9 tc. 4dzień ciąży. Serduszko pięknie biło, łzy ze szczęścia same płynęły po policzkach. Lekarz powiedział, że wszystko się dobrze rozwija, i że widzimy się kolejny raz za 2 tygodnie żeby zrobić badania prenatalne. Bardzo się cieszyłam. Wiedziałam, że znowu zobaczę nasze maleństwo, które z wizyty na wizytę było coraz bardziej silne i coraz większe.
W końcu po dwóch tygodniach nastał ten dzień
Było to całkiem niedawno, bo 6.04.2020 radości nie było końca. Najpierw jak na każdej wizycie czekał mnie fotel, potem USG. Lekarz w ciszy badał mojego dzidziusia. Po chwili usłyszałam bicie serduszka, piękny dźwięk. Lekarz ciągle coś sprawdzał, aż w końcu z jego ust padły słowa „Niestety muszę przekazać takie informacje, ale z pani dzieckiem niestety nie jest dobrze…”. Czułam jak mi serce staje, oczy pełne łez, tym razem łez rozpaczy. Lekarz kontynuuje dalej „U pani dziecka brakuje pokrywy czaszki, niestety muszę Panią skierować do szpitala…”. Byłam cała we łzach. Czułam się jakby to w ogóle nie było do mnie. Lekarz kazał mi się ubrać i wrócić do gabinetu. Usiadłam na krześle i czułam jak serce pęka mi milion kawałków. Lekarz zaczął tłumaczyć, że moje dzieciątko ma wadę, brak pokrywy czaszki i obrzęk mózgu, ze jest to wada, z którą dziecko nie ma szans na przeżycie i jest do wskazanie do przerwania ciąży… Następnego dnia musiałam wstawić się do szpitala.
Ciągle gdzieś ta malutka iskierka nadziei była we mnie: „może lekarz jednak się pomylił, jeszcze wszystko będzie dobrze”
Morze wylanych łez. Modlitwa żeby to wszystko jednak nie okazało się prawdą. Niestety w szpitalu na izbie przyjęć dwóch kolejnych ginekologów potwierdziło tylko to, co już wiedziałam… Przyjęto mnie na oddział. Najpierw podano mi tabletkę. Po 4 godzinach zaczęłam lekko krwawić. Ból w sercu był o wiele, wiele gorszy niż ból brzucha. Tabletka zaczęła działać po 6 godzinach. W toalecie poczułam, że coś ze mnie wyleciało. To było moje dzieciątko. Moje upragnione szczęście, na które tak bardzo czekaliśmy. Przyszła pielęgniarka i wyciągnęła je z toalety. Płakałam jak małe dziecko. Wzięli mnie na USG. Słyszę: „Doszło do poronienia„.
Tak bardzo ciężko na duszy, tak bardzo źle…
O 21 zabrali mnie na zabieg łyżeczkowania, bo strasznie krwawiłam… Następnego dnia wyszłam do domu. Moja rozpacz jest ogromna. Nasze kochane maleństwo, nasz kochany aniołek. Dlaczego Bóg cię od nas zabrał… nie umiem się z tym pogodzić, pustka w sercu. Nigdy bym nie przypuszczała, że przyjdzie mi przechodzić przez coś takiego… dlaczego to takie trudne. Dlaczego Bóg pozwolił nam się radować, żeby potem czuć ogromny żal i smutek…Dniami i nocami wylewam morze łez, jak mam teraz funkcjonować, jak mam dalej żyć…Tak cholernie ciężko.
Autor: Pola



