„Pozwól mi to przeżyć” – czyli o wspieraniu mam w żałobie

Utrata bliskiej osoby to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w życiu człowieka. Gdy umiera ktoś kogo kochamy, wszystko to, co stanowiło fundamenty naszego bezpieczeństwa i poczucia sensu nagle trzęsie się w posadach.

Tracąc przyjaciela, rodzica, czy partnera opłakujemy naszą przeszłość i  żegnamy teraźniejszość jaką znamy – wspomnienia, wspólnie dzielone chwile, codzienne rytuały. Utrata dziecka oznacza także utratę przyszłości, a tym samym wielu planów, nadziei i wyobrażeń o jego dalszym życiu. Bólowi po stracie towarzyszy poczucie, że to, co się stało jest wbrew naturalnemu porządkowi świata.

Mama, która utraciła swoje dziecko w wyniku poronienia boryka się nie tylko z wieloma bardzo silnymi uczuciami, ale także z nagłym przerwaniem fizycznej więzi, która nawiązała się między nią, a dzieckiem…

Proces przemian, jaki rozpoczął się w jej ciele już w pierwszych dniach ciąży nie znajduje naturalnego domknięcia, jakim jest poród i utulenie malucha w ramionach. Wszystko to sprawia, że pogodzenie się z utratą dziecka wymaga czasu i przeżycia wielu, często bardzo intensywnych i trudnych emocji. Proces żałoby zawsze przebiega indywidualnie – nie ma jednego wzorca, ani dobrych czy złych reakcji. Różnić mogą się zarówno zachowania mam, które doświadczyły straty, jak i ich potrzeby. Ważne jest jednak, by każda z nich w swoim otoczeniu mogła doświadczyć wsparcia, które pomoże jej przetrwać ten kryzysowy czas.

Etapy żałoby – od szoku i niedowierzania do akceptacji

W literaturze psychologicznej możemy znaleźć co najmniej kilka klasyfikacji opisujących przebieg procesu żałoby i jej poszczególne etapy. Mogą być one pomocne w zrozumieniu tego, czego doświadcza osoba po stracie. Warto jednak pamiętać, że stanowią jedynie pewien teoretyczny model, który nie zawsze musi znajdować odzwierciedlenie w przeżyciach, czy emocjach konkretnej osoby.

żałoba po poronieniu

Jedną z metafor ujmujących doświadczenie żałoby jest metafora schodów. Na pierwszym stopniu znajdują się szok i niedowierzanie, które pojawiają się w pierwszym momencie po otrzymaniu informacji o utracie. Na ostatnim, u samego szczytu schodów, jest akceptacja i stopniowe godzenie się ze stratą. Pozostałe stopnie to wszystkie uczucia, myśli i przeżycia, które mogą pojawić się w trakcie „wspinaczki”. To w jaki sposób będzie ona wyglądać zależy od danej osoby i jest sprawą bardzo indywidualną.

Po schodach można wbiec, można też wdrapywać się na nie powoli – noga za nogą. Można przystanąć na jednym ze stopni, cofnąć się o stopień lub dwa, a czasami potknąć się na jednym z nich i rozpocząć swoją podróż od nowa. Ważne, by była to podróż w zgodzie z samym sobą.

W przeżywaniu żałoby bardzo istotne jest wsparcie

Dobrze jest, gdy ta wędrówka nie musi odbywać się w samotności. W przeżywaniu żałoby bardzo istotne jest wsparcie, jakie osoba po stracie może uzyskać w swoim najbliższym otoczeniu.

Mamy, które utraciły dziecko w wyniku poronienia potrzebują uznania, że ich dziecko istniało, że mają prawo je kochać oraz przyzwolenia na to, by opłakać jego śmierć.

Często poza bólem, smutkiem czy tęsknotą borykają się także z tym, że świat zewnętrzny nie pozwala im przeżyć żałoby tak, jak tego potrzebują. Zdarza się, że od osób w swoim otoczeniu słyszą: „Weź się w garść”, „Zapomnij o tym jak najszybciej”, czy „Jesteś jeszcze młoda, na pewno będziesz miała kolejne dziecko”. Takie słowa potrafią ranić i mogą powodować, że kobieta poczuje się niezrozumiana i nieprzyjęta z tym co i w jaki sposób odczuwa.

Jak więc pomóc mamie, która znalazła się w tak trudnej sytuacji?

Najprościej jak tylko można – być obecnym i uważnym. Zamiast „dobrych rad” lepiej jest zaoferować gotowość do towarzyszenia i wysłuchania, stworzyć przestrzeń do wyrażania emocji i do rozmowy o tym, co się stało.  Można także zaproponować pomoc w codziennych obowiązkach takich jak zakupy, porządki, czy przygotowanie posiłku.  A w sytuacji, w której nie jesteśmy pewni jak się zachować i czego najbardziej potrzebuje dana osoba, najlepiej po prostu ją o to zapytać.

Pomoc po poronieniu – terapia indywidualna i spotkania grup wsparcia

Gdy emocje wydają się być nie do opanowania, a ból po stracie zdaje się nie mieć końca lub gdy w otoczeniu trudno o wsparcie i zrozumienie, warto rozważyć skorzystanie z profesjonalnej pomocy.

Podczas terapii indywidualnej lub w trakcie spotkań grupy wsparcia mama, która straciła dziecko może pozwolić sobie na przeżycie wszystkich emocji, które jej towarzyszą, doświadczyć akceptacji, zostać usłyszaną, a w efekcie poczuć się mniej osamotnioną ze swoim doświadczeniem.

Takie wsparcie świadczy między innymi Fundacja Nagle Sami, gdzie prowadzona jest psychoterapia indywidualna dla osób w żałobie, a pod koniec roku uruchomiona zostanie grupa dla mam, które poroniły lub doświadczyły straty okołoporodowej. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie internetowej: www.naglesami.org.pl

Fundacja Nagle Sami

Fundacja Nagle Sami działa od 2011 roku. To pierwsza w Polsce organizacja pozarządowa, która świadczy kompleksową pomoc osobom w żałobie. W Fundacji prowadzone są konsultacje psychologiczne, psychoterapia indywidualna, grupy wsparcia dla osób po stracie.

Organizacja prowadzi także Telefon Wsparcia dla osób w żałobie 800 108 108, którego dyżury odbywają się od poniedziałku do piątku w godzinach 14.00 – 20.00. 

 

Anna Bajkowska
Anna Bajkowska
Psycholog, Psychoterapeutka

Psycholog, psychoterapeuta w trakcie szkolenia w
Instytucie Terapii Gestalt. W Fundacji Nagle Sami prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną i grupy wsparcia dla osób w żałobie oraz uczestniczy w wyjazdowych interwencjach kryzysowych..

Poroniłam – myślałam, że mnie nigdy to nie spotka…

Witam. Nie potrafię sobie poradzić w obecnej sytuacji… moja historia kończy się jak wszystkie inne na tej stronie. Nie mam siły żyć, każdego dnia wstaję, bo muszę udawać przed mężem i synem, że staram się funkcjonować normalnie… Otaczająca mnie sytuacja zabija mnie od środka, nie potrafię się z tym wszystkim odnaleźć. Ale może zacznijmy od początku…

myślałam, że mnie nigdy to nie spotka Czytaj dalej

Dzień Dziecka Utraconego 2018 Szczecin

15 października w Polsce i na całym Świecie ustanowiony został Dniem Dziecka Utraconego. W ramach jego obchodów w sobotę 13 października 2018 r. w Szczecinie odbędzie się kolejny pogrzeb dzieci zmarłych przed narodzinami, których ciała nie zostały odebrane ze szpitali, bądź rodzice pozostawili je tam świadomie, aby zostały pochowane w przeznaczonym do tego Grobowcu Dzieci Utraconych na Cmentarzu Zachodnim.

dzień dziecka utraconego 2018 szczecin Czytaj dalej

Wszystkie nasze historie są podobne, a każda wyjątkowa

Dokładnie rok temu zdecydowaliśmy z mężem, że jesteśmy „gotowi” na dzidziusia. Jesteśmy szczęśliwym, wieloletnim związkiem i rozmowy o tym, jaką rodzinę chcemy tworzyć, ile chcemy mieć dzieci, kiedy chcemy mieć dzieci pojawiały się między nami już od lat.

Jakie są objawy poronienia, Jak wygląda poronienie, Jak często dochodzi do poronienia

Mamy to szczęście, że dojrzewamy w podobnym tempie i decyzja ta zapadła między nami harmonijnie. Byliśmy gotowi i szczęśliwi, że teraz czeka nas nowy etap w życiu. Byliśmy też uświadomieni, że starania mogą potrwać i że nie zawsze jest tak kolorowo jak powinno. Ale uświadomienie sobie tego nie wystarczy, aby rozumieć z czym przyjdzie nam się mierzyć. Aktywne starania trwały 8 miesięcy, już wystarczająco długo, aby czuć frustrację z kolejnym rozczarowującym miesiącem, ale wciąż mało, aby panikować.

Nie zniechęcaliśmy się ani nie zakładaliśmy, że coś jest nie w porządku

W Sylwestra chyba obydwoje myśleliśmy w głowach podczas składania życzeń tylko o jednym marzeniu. Kilkanaście dni później odkryłam dwie kreseczki na teście ciążowym. To był tak ekscytujący i piękny wieczór, bo to właśnie wtedy zobaczyłam się z mężem i mogłam mu przekazać najpiękniejszą nowinę. Było to tak ważne, że pamiętam wyraźnie jakiej muzyki słuchałam tuż przed jego przyjściem i jaką książkę czytałam.

Pamiętam też nasze wzruszenie i oplatanie nóg wokół ukochanego. Pierwsze tygodnie były dla nas niepewne, były nowością i nie wiedzieliśmy czego mamy spodziewać się po wizytach, co się na nich dowiemy. W pierwszych dwóch miesiącach przeszłam bezobjawową infekcję dróg moczowych (zakończoną antybiotykoterapią), a opryszczka wargowa pojawiła się nawet dwa razy. Takie rzeczy nie są wybitnie groźne, lekarka była spokojna podczas kontroli, ale na pewno takie drobiazgi niepokoją i niepotrzebnie stresują.

Uspokoiłam się podczas pierwszych badań genetycznych. Piękny dzidziuś, piękne wyniki

Test Papp-a dodatkowo zmniejszył już i tak niskie ryzyko chorób genetycznych. Byłam zachwycona moim maluchem, którego zobaczyłam na ekranie. Miłość mamy do dziecka, które rozwija się wewnątrz niej jest mistyczna i ogromna, a równocześnie tak naturalna. Równolegle wybuchnęła pandemia. Pandemia wchodziła oknami, drzwiami w każdych wiadomościach, gazetach, głośnikach. Aura zimowa niczemu nie sprzyjała, niepokojące wieści ze świata (które teraz biorąc pod uwagę rozprzężenie społeczeństwa w temacie są czymś abstrakcyjnym), brak możliwości kontaktu z rodziną.

Z większością najbliższych nas osób musieliśmy się dzielić ciążą na odległość. Z niewieloma osobami widziałam się podczas ciąży, bo wciąż byłam zestresowana ryzykiem kontaktu. Takie też były rekomendacje dla kobiet w ciąży. Jeździliśmy więc po pracy zdalnej do pobliskiego lasu, zatapiając się w swoich planach o życiu z dzidziusiem, ale też niepokojach. Niepokój dotyczył na przykład tego, czy będę mogła rodzić z mężem za kilka miesięcy. Pomyśleć, że to był mój największy strach. Dobrze, że nie wiedziałam jeszcze wtedy co mnie czeka, bo chyba pękło by mi serce.

W międzyczasie wizyty kontrolne zostały ograniczone, przed badaniem połówkowym miałam jeszcze jedno spotkanie z moją prowadzącą lekarką. Wszystko ok, płeć jeszcze nie chce się ujawnić, ale dzidziuś mlaska językiem i kręci się w zabawie. Po każdej wizycie byłam pełna energii, szczęścia i spokoju.

W kwietniu coś się zmieniło…

Czułam się mocno zmęczona, ale też zestresowana. Każdego dnia. Próbowałam się uspokajać delikatną jogą, medytacją, spacerami, tym że nie mam przecież niepokojących objawów, plamień. Ale najwidoczniej intuicja mamy nie zawodzi. Czułam, że coś jest nie tak z maleństwem, mimo wypierania tych myśli, bo żadna mama nie myśli o najgorszym. Na początku maja, w 20 tygodniu ciąży, miałam wyczekaną wizytę z badaniem połówkowym, podczas którego mieliśmy poznać płeć naszego dziecka. Wewnętrznie ogromna radocha mieszała się z niewytłumaczalnym niepokojem. Wszystkie wizyty były restrykcyjne, nie mógł uczestniczyć w nich mój mąż z powodu pandemii. Weszłam do gabinetu sama. Lekarz podczas badania USG zamarł. Nie udźwignął sytuacji. Powiedział, że mu przykro, a później na kilka minut odleciałam w głąb siebie.

Rozpacz nie z tej ziemi. Rozpacz jakiej nie znałam

I ten widok nieżywego malucha na ekranie, który przecież rozwijał się książkowo. Z pomiarów dowiedziałam się, że maluch już najprawdopodobniej 3 tygodnie nie żył w brzuszku, więc było to na tym etapie też niebezpieczne dla mnie. Mimo to, nie miałam żadnych objawów, plamień. Mąż czekał na mnie przed wejściem. Zamiast poznać płeć swojego dziecka, dowiedział się, że nie żyje. W samochodzie płakaliśmy z rozpaczy i żalu, równocześnie w panice zastanawiając się co dalej.

Przykre jest to jak niewiele instrukcji otrzymaliśmy, a będąc w szoku człowiek nie zadaje wielu pytań. Człowiek, który nie przeżył tego nigdy wcześniej, nie wie przecież gdzie jechać, co nas czeka, jak to będzie wyglądać. Jest to przytłaczające. Mam żal do mojej prowadzącej lekarki, że nie dała mi namiarów na siebie w razie kryzysowej sytuacji – ani telefonu, ani maila, przychodnia w której stacjonuje była już wieczorem zamknięta. Jakoś udało nam się włączyć tryb zadaniowy, chodziło o moje przetrwanie, ustaliliśmy do jakiego szpitala z samego rana podjedziemy, spakowaliśmy mnie, wzięłam prysznic i poszliśmy spać. A raczej leżeć do świtu, bo nie byłam w stanie zasnąć nawet na chwilę. Wegetowałam na łóżku, nie mogąc zrozumieć dlaczego my.

W szpitalu musiałam być sama – przez pandemię, której teraz nienawidzę

Utrudniła mi życie w wystarczająco już traumatycznej sytuacji. Na przyjęciu dostałam pytanie od niedoświadczonej lekarki, co się stało. Nawet już nie miałam ochoty odpowiadać z krzykiem, ale skąd mam wiedzieć co się stało, sama chcę poznać odpowiedź na to pytanie. To był mój pierwszy raz w szpitalu. W dodatku wybrałam ten, w którym miałam rodzić zdrowego dzidziusia. Leżąc na sali, na szczęście odseparowanej od innych kobiet w szczęśliwych ciążach, słyszałam krzyki nowonarodzonych dzieci. Myślałam wtedy, że to najpiękniejszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszałam. Dźwięk życia.

W pokoju pojawiła się dziewczyna z Ukrainy, w podobnej sytuacji, choć miała już troje zdrowych dzieciaczków i chyba to sprawiało, że myślała na ten moment bardziej zadaniowo niż emocjonalnie. Ale jestem pewna, że w domu też przeżyła i przeżywa swoje. Było mi jej żal, bo przez pandemię, nie było jej męża w kraju, ani nie mogła też wybrać opcji pochówku maleństwa, bo nie miała warunków i pieniędzy na to, a polski zus jej tego nie zapewniał. Nie rozmawiałyśmy za wiele, pomagałyśmy sobie z fizycznymi czynnościami, ale słowa były niepotrzebne. Każda była zatopiona w sobie. Dostałam 2 tabletki poronne, o których też tak nie wiele można znaleźć informacji w internecie. Czułam ogromne skurcze, uczucie omdlenia i odejście wód płodowych.

Dyżurująca położna niestety bagatelizowała moje objawy, będąc przekonaną, że ja na pewno jeszcze nie rodzę. Dodam, że 20 tydzień ciąży to taka granica pomiędzy poronieniem, a porodem (oficjalnie uznawanym od 22 tygodnia ciąży). Wciąż organizm nie jest przygotowany do naturalnego porodu i trzeba go wywołać. Instrumentalnie nie można przeprowadzić poronienia, bo byłoby to zbyt brutalne pod kątem dalszych możliwości starań się o ciążę. Skończyło się na przerażeniu i trzymaniu główki mojego maleństwa pomiędzy nogami. Wtedy położna podniosła alarm na całym oddziale i zwołała lekarzy do nagłego zabiegu. Pojawiła się panika wśród załogi, która odbijała się na mnie. Po prostu płakałam, a równocześnie walczyłam o to, żebyśmy pobrali materiał dzidziusia do badań. Obudziłam się kilka godzin później, po zabiegu łyżeczkowania, który był niezbędny.

Dowiedziałam się, że urodziłam synka, Tadzia

Po szpitalu przeszłam silną infekcję dróg moczowych w wyniku cewnikowania, infekcję intymną, kilka nieskutecznych antybiotyków, stopowanie laktacji (emocjonalnie jedno z najcięższych przeżyć), stosowanie ponowne poronnego arthrotecu w celu dalszego oczyszczenia macicy, pęknięcie w odbycie, które skutkowało bólem i krwawieniem, poznanie własnego malucha w prosektorium (które trwało zbyt krótko, choć było to bardzo potrzebne i niezwykłe – dodam, że maluch wyglądał jak miniatura człowieka, z pięknie wykształconymi paluszkami stóp i dłoni, ślicznymi rysami twarzy, noskiem itd.) pogrzeb maluszka, pierwsze trudne spotkania z rodziną po kilku miesiącach, kilka wizyt u różnych specjalistów i wiele badań.

Zdecydowaliśmy, że chcemy w miarę możliwości, dowiedzieć się co się wydarzyło

Wiedzieliśmy, że możemy się nie dowiedzieć. Nie podoba mi się to jak drogie są takie badania i jak rzadko finansowane. Zrobiliśmy badania genetyczne, panel wirusowy, test na różne przeciwciała, trombofilię wrodzoną, zespół antyfosfolipidowy. Żadne badania nic nie wykazały, poza najprostszym badaniem histopatologicznym. Gorzko ciekawe jest też to, że lekarka wydająca wynik stwierdziła, że nic w nich nie wyszło. Natomiast nowy lekarz ginekolog, czytając wynik, dostał olśnienia, że przecież tu jest wyraźnie napisane, co było przyczyną. Musiał pojawić się zator, który zablokował dostęp do odżywiania i spokojnego oddechu malucha. To nie są naturalne przyczyny, więc lekarka chce drążyć temat dalej i zleciła mi kolejny pakiet badań, żeby móc cokolwiek zadziałać przy następnej potencjalnej ciąży, która narazie jest dla mnie sennym marzeniem.

Paradoksalnie najbardziej zmartwiło mnie rekomendowane sześć miesięcy wstrzymania starań na nowo. Czas żałoby to czas zawieszenia, rozciąga się, dni mi się dłużą, żyję w zasadzie od godziny do godziny. Czuję się kotem, który na razie wylizuje swoje rany. Fizyczne rany. Kotem, który boi się innych ludzi i chodzi swoimi dziwnymi ścieżkami. Jesteśmy blisko z rodziną, oni również ogromnie przeżyli naszą tragedię, ale od płaczu temat przeniósł się do sfery tabu. Ciężko jest oglądać im nasze cierpienie. Staram się nie płakać przy innych ludziach, bo widzę jaki sprawia to dyskomfort. Nie chcę ich stresować, ani siebie, nie chcę komuś psuć dnia, nastroju. Więc najczęściej płaczę w domu, w swoim azylu, do męża.

8 tygodni po naszej tragedii, dowiedziałam się że najlepsza przyjaciółka jest w ciąży

Teraz ani nie rozmawiamy o moich bólach, ani o jej ciąży. A złoty środek nie istnieje. To tak okropnie boli. Nie jest to nawet kwestia chyba zwyczajnej zazdrości, tylko żalu. To jest kwestia obserwowania kolejnych etapów czyjejś zdrowej ciąży, podczas gdy przypominają się nam nasze etapy, szczęśliwe etapy, bo nic nie zwiastowało najgorszego. A nasz etap, to był etap wybierania powoli łóżeczka, mierzenia pokoju, czytania o wanienkach, zastanawianiu się nad przeprowadzką, nad tym jak to będzie z uśmiechem na ustach itd. To nie jest sfera abstrakcji czy marzeń. To jest sfera planów i pewnej przyszłości, która runęła dla nas w tym momencie w gruzach.

Jestem mamą NIESPEŁNIONĄ

I to uczucie jest najgorsze. Uczucie pustki, braku, rozżalenia, ogromnej tęsknoty za własnym dzieckiem, niespełnionych wyobrażeń. Trzeba dodać, że każda z nas wraz z pierwszymi dniami ciąży przygotowuje się na bycie mamą, a w zasadzie już jest mamą. Organizm również nas na to przygotowuje, zachodzą poważne zmiany w ciele i mózgu. A przerwanie tych przygotowań w sposób tak brutalny jak obumarcie malucha w brzuchu, jest czymś tak gwałtownym, drastycznym i nienaturalnym.

Pojawiło się też uczucie, tak mało mi znane wcześniej. Współczucie samemu sobie. Współczuję nam. I wtedy pęka mi serce. Niedługo po porodzie zdecydowałam się na pomoc psychologa. Mam za sobą traumatyczną śmierć mamy kilka lat temu, po której postanowiłam poradzić sobie sama. Ale nie tym razem, nie mam ochoty siłować się sama ze sobą. Z resztą najczęściej nie jest to terapia standardowa indywidualna. Tylko pomoc w przejściu przez żałobę, w zrozumieniu jej, w zrozumieniu siebie i swoich emocji, w poukładaniu sobie pewnych spraw w głowie. Jeśli trafi się na kogoś z ogromną empatią i profesjonalizmem, takie spotkania są jak złoto. Uczestniczę w nich razem z mężem, który też został obarczony w ostatnich tygodniach ogromnym stresem, traumą, lękiem o mnie, a równocześnie musiał kontynuować pracę i ogarnianie domu, jedzenia, papierkologii wtedy kiedy ja nie byłam do tego zdolna.

Kolejnym moim stresem jest praca, do której właśnie musiałam wrócić po dwóch miesiącach, a przecież miało mnie tu już nie być. I to uczucie jest przetrudne, obok tego wrażenia, że wszyscy wiedzą co się wydarzyło i obserwują moje zachowania. Ale wiem, że jest to naturalne. I naturalny jest ten stres i niechęć do powrotu do starej rzeczywistości. Temat straty, to jest niezwykle skomplikowany temat. Wpływa na wszystkie sfery życia. Warto chyba jednak starać się zaczepiać myśli o cokolwiek dobrego. Skupiam się na mężu, na jodze, na przygotowaniu dobrego jedzenia, na błahych sprawach. Równocześnie wyobrażam sobie, że muszę zadbać o siebie, jeśli chcę być gotowa na nową ciążę, która narazie jest wielkim marzeniem. Muszę być wojownikiem. To oczywiście nie odbiera mi prawa do codziennego płaczu. Tęsknota jest zbyt silna.

Warto dać sobie przestrzeń do przeżywania

Aby móc pomagać innym (stabilnie odnajdywać się w rzeczywistości i na przykład akceptować cudze szczęśliwe ciąże), najpierw musimy pomóc sobie. Warto też dać sobie przestrzeń do wynurzenia się z tego bólu kiedy to tylko możliwe. Spokojny oddech, uśmiech też są wskazane i nie możemy się za nie biczować, tylko musimy wykorzystać to jako okazję do powolnego powrotu do stabilnego życia. Stabilne życie nie oznacza jednak negacji tego co się wydarzyło, maluchy już na zawsze będą częścią nas, a my na zawsze będziemy mamami, z najtrudniejszymi rolami.

Dziękuję za możliwość rozpisania się ze swoją historią, nikt nie zrozumie jej lepiej niż Wy. Trzymam kciuki za wszystkie wojowniczki. Nawet jeśli nimi się nie czujecie, to nimi jesteście, bo nosicie w sobie ogromny ciężar i wyzwanie życiowe. Ściskam ciepło.

Autor: Niespełniona Mama