Pustka, której nie da się opisać słowami

Jestem mamą dwóch Aniołków-syna i córki. Pierwszą ciążę straciłam dokładnie w dzień Matki, drugą pół roku później….

O upragniony cud walczyłam ponad 3 lata.

Rodzina wie o poronieniach, jednak nie uznaje mnie za mamę, bo „dzieci nie żyją, a rodzicem jest ten kto ma żywe dzieci”.

Ogromny ból straty i żałoby połączony jest z bólem, że dla wielu nie jestem „prawdziwą” mamą….

wasze historie po poronieniu - kobieta trzymająca w ręku misia

Nic nie odda obwiniania się, myśli „jak dziś wyglądałoby moje dziecko?”.

Płacz, żałoba połączone są z chęcią posiadania dziecka i jednoczesnym strachem, że kolejna ciąża także skończy się stratą….

Borykam się z tym wszystkim sama.

Tego wydarcia serca, pustki, wyrwanej już na zawsze części mnie nie da się opisać  żadnymi słowami.

Mimo, że nasze dzieci nad nami czuwają i są bezpieczne w niebie nic i nikt nie jest w stanie ukoić rozpaczy po ich odejściu.

Autorka: Mama A i W

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Szczęśliwe zakończenie

Przyszła pora podzielić się swoją historią… Pierwsza ciąża po pół roku starań, uregulowana tarczyca, insulinooporność. W 12. tygodniu krwawienie bez przyczyny, serduszko bije, pierwsze prenatalne, niskie białko PAPPA, ryzyko ZD mniej niż 300, na USG wszystko super. Zrobiliśmy Nifty – zdrowa dziewczynka. W międzyczasie włączony Acard.

wasze historie po poronieniu - kobieta pisząca swoją historię

3 dni po wyniku Nifty w 15. tygodniu kontrolna wizyta i nasze serca rozpadły się na miliony kawałków 💔 Iga odeszła 2 dni po prenatalnych 😥 23.02.2022r. – szpital, tabletki, łyżeczkowanie, pogrzeb…i wielka pustka…codziennie wizyty na cmentarzu (i utwierdzenie, że dobrze, że ją pożegnaliśmy, że wiemy gdzie jest). Skrócony macierzyński, potem L4 od psychiatry. Nie byłam w stanie wrócić do pracy i się uśmiechać, każdy widok dziecka wywoływał łzy.

Po trzecim okresie mieliśmy zielone światło, w międzyczasie zrobiliśmy badanie na trombofilię, wyszły 2 mutacje PAIi i MTHFR. Acard 75 od starań ze względu na to niskie białko PAPPA. Wielkanoc spędziliśmy nad morzem z dala od wszystkich aby odpocząć psychicznie i podładować moją tarczyce jodem. Głowę w domu zajęłam gotowaniem zgodnie z niskim indeksem glikemicznym (insulinooporność). Zaczęliśmy jeździć na rowerach. Chcieliśmy wiedzieć, że z naszej strony zrobiliśmy wszystko, żeby się udało.

I udało się, za pierwszym razem ❤️ 26 czerwca obchodziliśmy 1. rocznicę ślubu, 12 czerwca zobaczyliśmy 2 kreski 💕 Po konsultacji z gin zaczęłam brać luteinę, która została po straconej ciąży. Kolejny weekend spędziliśmy nad morzem, po powrocie beta i w ten sam dzień wizyta u gin, wszystko ok ❤️ Termin na… 23.02 ( rocznica Igi, uznaliśmy to za dobry znak). Kolejna wizyta – jest serduszko, włączamy Clexane.

Wszystko ok aż do 8 tygodnia. Lipcowe sobotnie popołudnie i nagłe krwawienie. Od razu wzięty Duphaston przepisany „w razie czego” przez gin i do szpitala, po drodze telefon do gin – akurat ma dyżur. Pocieszam się, że nie ma skrzepów.

Od razu USG, wszystko ok, krwawienie nie wiadomo skąd, gin proponuję pozostanie na obserwacji. Zostaję. Jedyne do czego dochodzą to, że za szybko zwiększona dawka Acardu z 75 na 150. Odstawienie na 2 dni i powrót do 75. Po 3 dniach wychodzę do domu, zalecenie oszczędnego trybu życia. Na prenatalnych lekarka żartuje, czy jadę na jakichś sterydach, bo wyniki mam 10x lepsze niż w poprzedniej ciąży. Powrót do 150 po skończonym 1. trymestrze.

Reszta ciąży bez komplikacji, jedynie z cukrzycą ciążową uregulowaną dietą. Jednak cała w obawach: każdy skurcz, mniej ruchów wywoływały strach o maleństwo (z resztą Wam tego nie muszę tłumaczyć).

Styczeń, synek nisko, nie wiadomo czy wytrwamy do lutego, znów oszczędny tryb życia. Wytrwaliśmy aż do wizyty w walentynki. Rozwarcie na palec mogę zacząć w każdej chwili rodzic, mąż decyduje, że bierze urlop. W nocy przed 2 odchodzą wody jedziemy do szpitala. 14 h próbuję urodzić naturalnie i nie daję rady, znieczulenie puszcza za szybko, kolejnego nie chcą dać, bo za szybko, a ja już ledwo kontaktuję. Krzyczę, płaczę, błagam o cesarkę, jakbym czuła, że jest coś nie tak. Karzą czekać jeszcze godzinę i dopiero zrobią cięcie. Ja już pół przytomna i nagle jest szybsza decyzja o cesarce: stół, cięcie i słyszę słowa, że owinięty 2 razy pępowiną (czyli prawdą jest, że matka czuje, gdy jest coś nie tak). Nareszcie słyszę ten wymarzony płacz ❤️

Synek za chwilkę kończy 3 miesiące ❤️ Wiem, że kolejna ciąża będzie jeszcze cięższa ze względu na to, że oszczędzanie się przy dziecku będzie cięższe do wykonania, że mam za sobą ciężki poród i gdyby nie to, że wiem od lekarza, że będzie czekać mnie kolejna cesarka (po której na szczęście w miarę szybko doszłam do siebie), to chyba nie zdecydowałabym się kolejny raz próbować (niestety te 14 h odcisnęło się mocno na mojej psychice).

Jak będzie? Czas pokaże, póki co muszę się zregenerować i mamy 1.5 roczny zakaz starań. Cieszymy się, że nasze marzenie się spełniło, było ciężko ale warto. A o córeczce pamiętamy i odwiedzamy z braciszkiem.

Nie poddawajcie się, szukajcie przyczyn i walczcie 💪 Mam nadzieję, że chociaż jednej z Was moja historia da wiarę, że i w Twoim życiu pojawi się 🌈. Nie żegnam się z Wami, czekam na kolejne pozytywne historie i ściskam wszystkie bardzo mocno 😘

Autorka: Paulina

Jeżeli Ty też chcesz podzielić się swoją historią, możesz zrobić to tutaj: https://www.poronilam.pl/kontakt/podziel-sie-swoja-historia/

Zbyt krótka historia – poronienie po wielu staraniach

Mam 32 lata i jestem jedną ze zwykłych twarzy w tłumie, nie zatrzymasz na mnie wzroku, niczym nie wyróżniam się na tle tysiąca osób. Stoję sama, a deszcz cicho spływa po moich policzkach. Z moim partnerem poznaliśmy się 7 lat temu, od razu chcieliśmy mieć dziecko. Nie wychodziło…

wasze historie po poronieniu

Pochodzę z niewielkiego miasta na południu Polski, po roku intensywnych starań poszliśmy do lokalnego ginekologa. Diagnoza: „Proszę zrzucić kilka kg i się nie poddawać”. Podziękowaliśmy. Od dziecka choruje na Hashimoto-endokrynolog, zbijamy TSH poniżej 1. Nadal zero rezultatów. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wiecznie nas odsyłano gdzieś. „Proszę zrobić badanie i przyjść za miesiąc”. Jedni lekarze widzieli policystyczne jajniki, inni – mocno się tej diagnozie sprzeciwiali.

Trafiliśmy do kliniki niepłodności. Wszystkie badania na miejscu, omówienie naszego przypadku i plan leczenia w 4 h!!! Byliśmy przeszczęśliwi. Moja przypadłość-brak jajeczkowania. Leki, zastrzyki, załatwianie wolnego w pracy, wizyty w klinice, kilka tysięcy złotych zainwestowane w nasze marzenie.

Pierwszy cykl nie przyniósł spodziewanego efektu, kolejna jedna kreska na teście ciążowym. Łzy, bezsilność. Telefon do kliniki – moja p. doktor ma wolne, ktoś ma ją zastąpić. Wizyta, powrót do domu, kolejna za kilka dni. Nie zostały przepisane mi leki, stracony cykl? Nie. moja p. doktor się nie poddaje – cykl przyspieszony, hiperstymulacja – efekt dwie komórki jajowe i podwójna szansa na szczęście.

2 tygodnie później dwie kreski, świat wirował wokół mnie. Czułam się świetnie, pierwsze zakupy ciuszków z ukochanym. „I love daddy” – napis na bluzeczce wywołuje u mnie łzy. Przez pierwsze 4 tygodnie robiłam betę, pięknie rosła. W 6 tygodniu wizyta – zobaczymy serduszko. Kilka badań dzień przed i jedziemy zobaczyć naszą kruszynkę po raz pierwszy.

Dzień przed wizytą przyszedł wynik bety: 800. Poczułam ukłucie. Na wizytę jechałam już z tą świadomością, że moje dziecko nie żyje. Nie jestem lekarzem, ale…. Przeczucie?? Coś strasznego. Nigdy w życiu nie czułam czegoś takiego. Płakałam.

Pani doktor powiedziała, że dziecko się zatrzymało, na USG było widać kropeczkę, ale niestety. Dla potwierdzenia jeszcze jedna beta, spadła o 200… To jest takie uczucie, jakby ktoś zamknął Cię w ciemnej piwnicy, a ty nie widzisz niczego poza ciemnością. Niech pani odstawi Duphaston i czeka na krwawienie. Mija tydzień. Ktoś mnie pilnuje, żebym się myła, a ktoś inny, żebym jadła, ktoś przychodzi i wychodzi. Chcę moje dziecko! Dlaczego ja? Dlaczego moje dziecko? Nikt nie odpowiada.

Nadesłała: Patrycja

Dwa lata starań – moja historia

Dwa lata starań były dla nas ciężkim czasem. Kolejna nieudana próba przyprawiała mnie o rozpacz. Mąż bardzo mnie wspierał mówił, że w końcu się uda – nie wierzyłam, że kiedyś nadejdzie ten dzień.
Dwa lata starań - moja historia
Gdy znów przyszedł czas na kolejny test, byłam tak zrezygnowana, że najchętniej bym go nie robiła. Gdy zobaczyłam na teście 2 kreski nie mogłam uwierzyć w moje szczęście.
Pierwsze USG wszystko idealnie.  Wyniki książkowe. Każde kolejne USG i oglądanie synka było czymś niesamowitym. Ja ciągle nie dowierzałam, że to się dzieje.
Gdy minął 16 TC zaczęłam rozglądać się za wyprawką. Trochę ubranek, wózek. To tak bardzo mnie cieszyło. Nigdy nie byłam tak silna jak w tej ciąży, nie było dla mnie rzeczy niemożliwych.
Pewna siebie uśmiechnięta – jak nie ja. W 18 tc zaczęło się coś dziać. Pojechałam do szpitala była to środa. USG wszystko było ok. Niesamowita ulga. W sobotę miałam wyjść do domu, w piątek wieczorem kontrolne USG, serduszko nie biło. Mój świat się zatrzymał.
Minęło już prawie 4 miesiące a ja czuję się coraz gorzej. Nie umiem poradzić sobie z tą pustką. Tak bardzo tęsknię za moim małym synkiem. Mieliśmy tyle planów i marzeń jak to będzie we trójkę. Nie umiem wrócić do normalnego życia.
Wizyty na cmentarzu są dla mnie chwilowym wytchnieniem. Mąż jest ogromnym wsparciem bez niego, bym nie przeżyła tego wszystkiego. Wiem, że muszę się pozbierać, że mam dla kogo żyć tylko jak to zrobić?

Autor: Anonim

 

Łzy – moja historia

Rok 2015 szczęście nie zna granic – w końcu w wieku 30 lat biorę ślub z ukochanym. Poszukiwania tego jedynego trwały, ale oto jest ktoś, kto rozumie Cię bez słów, ma podobne priorytety życiowe i razem chce tworzyć szczęśliwa rodzinę. Ślub był piękny! Pogoda dopisała, każdy z gości bawił się jak się bawił – ważne, że my się bawiliśmy świetnie! I mieliśmy cały świat przed sobą i łzy szczęścia w oczach.

wasze historie po poronieniu - kobieta

Rok 2023 mija – 7 lat od ślubu. Świeci słońce, zimowe powietrze rozwiewa włosy i suszy łzy. Tym razem to łzy bezsilności, ale i nadziei, łzy niewiadomego i łzy pamiętające 6 ciężkich prób in vitro.

Ciężkich fizycznie – ale organizm regeneruje się szybko. Ciężkich psychicznie – z tym radzić sobie trzeba każdego dnia. Każdego dnia zaczynać walkę na nowo i każdego dnia wypatrywać, czy tym razem się uda.

Czy za dwa dni test beta pokaże wymarzone dwie kreski. Czy… za dużo tych „czy”. Ale wierzyć trzeba, chociaż każda kolejna próba wyniszcza i zabiera cząstkę naszych dusz.

Teraz już wiem – nauczona doświadczeniem, że na mężu odbija się to tak samo jak na mnie. Dużo rozmawiamy, stał się empatyczny, chociaż tylko ja to widzę.

Rodzina nic nie wie. Tylko rodzice. Ale nie mają słów, czasem się zapomną i w gronie najbliższych składają wspólne życzenia na „dzień matki” siostrze, kuzynkom i dopiero po chwili zmieniają szybko temat widząc nasz smutek, którego żaden makijaż nie zakryje.

Ale wierzymy, że tym razem się uda. Że procedury proponowane przez kolejne kliniki się sprawdzą. Że warto było tyle lat wyrzekać się wyjazdów, przyjemności by wszystkie oszczędności składać na kolejne procedury. Że jest nadzieja.

Autor: Kochająca mocno