Moja historia – poroniłam

O poronieniach wiedziałam niestety bardzo dużo, moje siostry spotkało to wielokrotnie. Dlatego kiedy po drugim miesiącu starań zobaczyłam na teście dwie kreski, owszem ucieszyłam się, ale starałam się nie robić sobie wielkich nadziei. Z jednej strony starałam się hamować swój entuzjazm choćby do wizyty u lekarza, z drugiej jednak przeglądałam oferty zakupu wózków.
Moja historia
Starałam się jak najbardziej uważać na siebie, wykonując jedynie niezbędne czynności, jednak od momentu w którym dowiedziałam się o ciąży, towarzyszył mi delikatny, ale ciągły ból mięśni brzucha.  To było moje pierwsze dziecko, dlatego nie wiedziałam czy traktować to jako normę, czy martwić się a może mi się  po prostu to wydaje.
.
Wraz z początkiem 6tygodnia pojawiło się delikatne plamienie, nie chciałam wierzyć w to co widzę. Wiem, że nie powinnam, ale sprawdziłam w intrenecie co to może oznaczać. Możliwości było dużo, w tym te niezagrażające dziecku, dlatego postanowiłam chwilę poczekać.
.
Po kilku godzinach plamienie nie ustawało, dlatego wraz z mężem pojechałam do szpitala z założeniem, że najwyżej zostanę odprawiona z kwitkiem.
Lekarz na oddziale zbadał mnie, dowiedziałam się, że owszem zarodek jest, ale ciąża jest zagrożona i nie wiadomo jaki jest powód krwawienia. Mogłam wrócić do domu lub zostać w szpitalu na obserwacji. Wybrałam tą drugą opcję bo wiem, że nie darowałabym sobie wracając do domu.
.
Położono mnie na pustej sali, podano leki, podłączono kroplówkę i miałam czekać na rozwój sytuacji. W nocy przyszedł tak ogromny ból, iż miałam przebłyski myśli, że umieram – krwawienie się wzmogło. Przez kolejne dni leżałam czekając na zbadanie, jednak dowiedziałam się, że ciągłe badanie nic nie da, jeżeli mam poronić, żadna siła ludzka nie jest w stanie temu zapobiec.
.
Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że w znakomitej większości spotkałam się z na prawdę wspaniałym personelem medycznym. Mniejszy ból i ciągłe krwawienie towarzyszyło mi ciągle przez te parę dni w szpitalu, i choć pielęgniarki próbowały mnie podnieść na duchu, że nie takie przypadki kończyły się szczęśliwie, ja już wiedziałam, że to nie będzie mój przypadek.
.
Gdzieś tam tliła się nadzieja, jednak fakty temu przeczyły. Dlatego kiedy czwartego dnia w szpitalu zrobiono mi USG nie płakałam kiedy usłyszałam, że macica jest pusta. Nie chciałam robić scen, płacz zostawiłam dla siebie, z resztą od momentu tej diagnozy pielęgniarki nie musiały już mnie tak często odwiedzać, więc mogłam spokojnie zatracać się w swoim smutku.
.
Wielki ból sprawiała mi myśl, że moje dziecko musiało zatem znaleźć się w ubikacji albo wraz ze skrzepami krwi na podkładzie. Kolejne 9 godzin to oczekiwanie na to co nieuniknione. Ostatnia rzecz jaką pamiętam przed zabiegiem to nogi zapięte pasami a później już tylko mój płacz, jak wracając na salę pytam pielęgniarek:  Co z moim dzieckiem?
.
Niestety nie było już kosmówki, dlatego nie wiem i nigdy nie będę wiedzieć czy to był chłopiec czy dziewczynka, co z nim się stało i dlaczego tak się stało.
Wiem, że to najprawdopodobniej nie moja wina, choć od teściowej dowiedziałam się, że to przez złe odżywianie.
.
Minęły dwa miesiące i niedługo znów będziemy mogli postarać się o dziecko, jednak we mnie ciągle jest strach, czy tym razem się uda? Czy kiedykolwiek się uda?
Na koniec chciałabym podziękować mojemu mężowi, chociaż wiem, że tego nie przeczyta – bez niego nie wiem czy udało by mi się przez to przejść.
.
Dziękuję również portalowi poroniłam.pl o których dowiedziałam się na oddziale, i kobietom, których historię tutaj poznałam. Na prawdę mi to pomogło.
Mając nadzieję na mały cud.
.
Autor: Mama Aniołka
Rate this post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.