Poronienie – historie kobiet, które go doświadczyły

Podobno mężczyźni czują się ojcami dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczą swojego potomka, dotkną go, przewiną czy wezmą na ręce. Kobiety podchodzą do ciąży inaczej niż mężczyźni, towarzyszą temu większe emocje i poczucie odpowiedzialności. To przecież one noszą pod sercem swoje przyszłe dzieci. Czasem wystarczy kilka dni, aby umysł kobiety nastawił się na macierzyństwo, aby przywiązała się ona do dziecka – do kiełkującego w jej ciele nowego życia. Im większe nadzieje związane z rodzicielstwem, tym większa tragedia matek, którym nie udało się donosić szczęśliwie. Dramat potęguje jeszcze sposób traktowania pacjentek po poronieniach w szpitalach. Oto historie Magdy i Agaty – kobiet które tego doświadczyły.

.


Magda (pracownik sklepu odzieżowego, lat 31)

W swoją pierwszą ciąże zaszłam w wielu 26 lat. Nie planowałam jeszcze wtedy założenia rodziny, dlatego zaskoczył mnie niespodziewany przypływ pozytywnych emocji, które odczuwałam na myśl o przyszłym macierzyństwie. Nie minęły jednak 2 tygodnie od pierwszego USG, gdy zaczęły się u mnie plamienia i ból w podbrzuszu.
W panice pobiegłam do ginekologa, który po badaniu postawił diagnozę: ciąża zagrożona. Następnie zalecił leżenie i spokój oraz przepisał leki hormonalne na podtrzymanie ciąży. To jednak nie pomogło i tydzień później jechałam do szpitala z silnymi krwotokami. Całą drogę płakałam, wiedziałam, że coś jest nie tak…A przecież przez te kilka tygodni zdążyłam pokochać swoje dziecko, choć w oczach lekarzy wciąż było tylko 7 tygodniowym płodem.

Na miejscu zrobiono mi wszystkie badania, okazało się, że poronienie jest już w toku i nie uda się go zatrzymać…Byłam kompletnie rozbita. Mimo złych przeczuć wciąż miałam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a lekarze jakoś zapanują nad całą sytuacją. Niestety…w nocy moje dziecko odeszło…

Nigdy nie myślałam, że będę to tak przeżywać. Wystarczyło kilka tygodni, aby całe moje dotychczasowe życie wywróciło się do góry nogami. Teraz, gdy już na dobre zaakceptowałam myśl o macierzyństwie miałam to wszystko stracić? Zupełnie nie potrafiłam się z tym pogodzić. Cały czas obwiniałam samą siebie. Zastanawiałam się co zrobiłam źle, czego nie dopilnowałam…

Obok na sali leżała kilka lat starsza ode mnie dziewczyna, również po poronieniu i to drugim z rzędu. To ona najbardziej pomogła mi w trudnych chwilach (chyba najtrudniejszych do tej pory). Na psychiczne wsparcie pielęgniarek z oddziału liczyć nie mogłam, dla nich byłam tylko jedną z wielu. Karolina, bo tak na imię miała moja sąsiadka, uświadomiła mi, że choć poronienie zawsze wiąże się z traumą, to z drugiej strony jest wpisane w każdą ciążę, czasem natura tak po prostu chce, a my choćbyśmy robiły wszystko co w naszej mocy i tak nie mamy na nią wpływu. Jej słowa, choć niektórym mogą się wydawać brutalne, dodały mi otuchy, sprawiły, że przestałam się obwiniać. Nie zmniejszyły jednak smutku po stracie…

Po wyjściu ze szpitala zapisałam się do grupy wsparcia kobiet z podobnymi doświadczeniami, przeżywałam też długą i bardzo bolesną żałobę, która, choć od czterech lat jestem już szczęśliwą mamą, trwa do dziś…

 

Agata (pracownik banku, lat 28)

Już w wieku 20 lat wiedziałam, że chcę kiedyś zostać matką. Nie mam zielonego pojęcia skąd to się wzięło. Po prostu w pewnym momencie poczułam silny instynkt macierzyński. Nie sądziłam jednak, że moja radość będzie tak ogromna, kiedy pewnego dnia test ciążowy wyszedł pozytywnie. Wprost nie mogłam w to uwierzyć – w moim ciele rósł właśnie nowy, mały człowiek.

Pierwsze USG wyszło dobrze, okazało się, że to 4 tydzień. I tu zaczęło się moje ciążowe szaleństwo – zakupy, czytanie poradników, zmiana diety o 180 stopni. Mój partner czasami patrzył na mnie jak na wariatkę,  no  ale przecież musiałam się jakoś przygotować na to co miało nadejść za 9 miesięcy…I niestety nie nadeszło….

W okolicach 9 tygodnia zaczęły się dziwne dolegliwości i plamienie. Poszłam do lekarza, który nie stwierdził niczego niepokojącego, kazał tylko dużo odpoczywać i unikać stresu, zapisał też jakieś tabletki. Mimo iż wykonywałam wszystkie jego polecenia niczym wojskowe rozkazy, dolegliwości zamiast ustępować nasilały się. W końcu zaczęłam tak intensywnie krwawić, że wylądowałam w szpitalu. Podczas badań lekarz powiedział, lakonicznie i bez emocji, że to poronienie, że ciąży nie udało się donosić. Byłam zrozpaczona…Wszystko na co tak czekałam skończyło się w ułamku sekundy…Nie potrafię opisać bólu, który wtedy rozdzierał mi serce…Mój dramat miał się jednak dopiero rozpocząć…

Musiałam zostać w szpitalu na zabieg wyłyżeczkowania macicy – było to konieczne, bo jak określił lekarz: „Płód nie został wydalony w całości” Na te słowa oniemiałam, jak można tak wypowiadać się o czyimś dziecku…Położono mnie w sali pełnej kobiet, część z nich czekała na poród, cześć już urodziła, zdrowe i piękne dzieci. Mój żal był jeszcze większy – ja przecież nie mogłam dzielić z nimi swojej radości, moje dziecko nie żyło…Zamiast się cieszyć razem z innymi wylewałam potoki łez…Do tego pielęgniarki, traktujące moją traumę tak, jakby jej w ogóle nie było. „Urodzisz następne”- usłyszałam nawet od jednej z nich. W tamtym momencie nie chciałam żadnego innego dziecka, chciałam to, które jeszcze niedawno rosło w moim brzuchu!! To okropne jak traktowane są kobiety po poronieniach w niektórych szpitalach. Tyle mówi się o „rodzeniu po ludzku” Dlaczego tak niewiele o „poronieniu po ludzku”? Byłam więc zmuszona przezywać swoją stratę w samotności i bez wsparcia personelu medycznego, na które tak bardzo liczyłam. Oczywiście cały czas był ze mną narzeczony, co bardzo mi pomagało. Wiedziałam jednak, że on nie przeżywa naszej straty tak mocno jak ja. Mężczyźni podchodzą do tych spraw mniej emocjonalnie.

Choć od śmierci mojego maleństwa minęło już trochę czasu, to nadal przechodzi mnie dreszcz, gdy o tym pomyślę…Zachodząc w kolejną ciążę byłam pełna obaw. Czy sytuacja znowu się powtórzy? Czy urodzę zdrowe dziecko. A może znowu będę musiała przez to przechodzić? W myślach zadawałam sobie te pytania miliony razy.  Z drugiej strony wszelkie negatywne emocje starałam się tłumić w sobie, ze względu na dobro dziecka. Udało się, jestem matką. Koszmaru, który wtedy przeżyłam nigdy jednak nie zapomnę. Podobnych doświadczeń nie życzyłabym największemu wrogowi.

Przeczytaj więcej: