Oddanie krwi to jeden z piękniejszych gestów, który nierzadko pozwala uratować zdrowie – a nawet życie – innej osoby. Nic dziwnego, że wiele kobiet zastanawia się, czy po poronieniu można oddać krew i jak długo trzeba w tym przypadku czekać. Warto zdawać sobie sprawę, że poronienie jest dyskwalifikacją czasową: krwi do celów krwiolecznictwa nie można oddawać przez 6 miesięcy po stracie.
Blog
Utrata upragnionego maleństwa
Gdy dowiedzieliśmy się z mężem, że będziemy mieć 2 dziecko byliśmy prze szczęśliwi aż do tego okropnego dnia.

Tego dnia poczułam się gorzej dostałam plamienia udałam się z mężem do szpitala
Był to 18 tydzień ciąży i okazało się, że moja ciąża prawdopodobnie od 14 tygodnia jest martwa. Poczułam okropny ból, rozpacz. Nie mogłam się z tym pogodzić. Skierowano mnie na oddział. Lekarz kazał mi się zgłosić rano. Pojechałam do domu. Przepłakałam całą noc wraz z mężem. Rano udałam się do szpitala. Po 3 godzinach oczekiwania lekarz oznajmił mi, że mnie nie przyjmą, bo nie ma miejsc w szpitalu. Mam się zgłosić za 2 dni i w między czasie zrobić badanie BetaHCG – dziś i za 2 dni by upewnić się, że ciąża martwa. Zrobiłam badanie, ale nie dawało mi spokoju, czy martwa czy może jednak moje maleństwo żyje. Udałam się do lekarza prywatnie do większego miasta, który niestety potwierdził, że moje maleństwo zatrzymało się na rozwoju z 14 tyg. ciąży.
Łzy się lały i okropny ból i pytanie czemu to spotkało właśnie mnie
Dostałam skierowanie do szpitala w tym mieście i miała się do niego udać następnego dnia rano. Wróciłam do domu. Było ciężko. Musiałam swojej córci powiedzieć, że niestety, ale nie będzie mieć ani siostrzyczki ani braciszka bo poszedł do aniołów. Ją również to bolało i płakała. Rano wstałam i udałam się z mężem do szpitala. Czekałam na izbie przyjęć byłam 16 w kolejce. Zaczęły się bóle co 2 minuty i odeszły mi wody. Mąż prosił by mnie szybciej przyjęli, ale oni mówili, że zaraz mnie zawołają i tak minęła ponad godzina. Dalej mnie nie poprosili. Mąż prosił, bo z bólu już nie mogłam. Pani kazała usiąść i czekać – ona się tym zajmie. Usiadłam i za chwilę o dziwo wyszła pani po mnie, ale jak wstałam z krzesła to zaczęłam strasznie krwawić. Wtedy szybko zaczęli mnie przyjmować na oddział ginekologii. Na oddziale dali mi pokój i zawołał mnie lekarz. Poprosił bym przygotowała się do badania. Niestety nie zdążył mnie zbadać, bo tylko usiadłam na fotel i urodziłam swoje maleństwo. Potem musieli mi zrobić łyżeczkowanie, by mnie wyczyścić, ból był niesamowity. Natomiast dalej nie mogę sobie z tym poradzić.
Autor: Mama Aniołka
Poroniłam zanim poczułam
Witajcie… Mimo tego, że mam kochana rodzinę i przyjaciół muszę wyrzucić z siebie emocje ostatnich dni…

O dzidzie staraliśmy się długo, jakieś 2 lata, ale bez większej presji. W końcu w najmniej oczekiwanym momencie 2 kreski- nie wierzyłam… Każdego dnia robiłam test z niedowierzaniem. Zrobiłam badanie beta hcg 3x- pięknie rosła… Więc umówiłam się na wizytę w 6 tygodniu!
Szczęście chciało, że widziałam wtedy jak serduszko bije
Lekarz uspokoił, że wszystko prawidłowo i złożył gratulacje. Oszczędzałam się, dałam o nas… Cieszyliśmy się z całych sił… Do dnia kolejnego USG… Miałam zgłosić się po miesiącu- 10 tydzień… Niepokoiło mnie tylko to, że mam bardzo słabe objawy ciążowe. Oprócz zmęczenia nic więcej się nie działo. Już wcześniej czułam się „nijak”. Lekarz miał poślizg, weszliśmy godzinę później… USG przez brzuch- nic nie widać… USG dopochwowo- płód przestał się rozwijać. Zatrzymał się. Łzy pociekly…
Nie pamiętam co lekarz mówił, dał skierowanie do szpitala
Wychodząc z poczekalni, ciężarne z brzuszkami żegnały się ze mną. Chciałam stamtąd uciec. Nie docierało do mnie nic! Nie pamiętam jak dojechałam do domu. Przepłakałam noc… Rano spakowałam się i poszłam na SOR. Panie życzliwie mnie przyjęły. Jednakże pobrały krew, dały kroplówkę i dalej nic… Cały dzień leżałam nie wiedząc co będzie. Obok porodówka. Co chwilę płacz nowo narodzonego dziecka, szczęśliwe rodziny- dla mnie największy terror.
Czekałam na łyżeczkowanie
Następnego dnia z rana znów pobranie krwi, królówka. Zabieg w południe. Wzięli mnie na salę z paskudnym fotelem. Było 3 stażystów, 2 asystentki i 2 lekarzy. Płakałam do momentu aż zasnęłam…
Obudziłam się w swojej sali, zajrzałam pod kołdrę – krew…. Wiedziałam, że już nie mam mojej Jagódki, że pod moim sercem już nie bije inne serce. Ta pustka, żal, nienawiść i bezradność…
Nie wiem co będzie dalej, próbuję się trzymać twardo, ale jak tylko jestem sama zaglądam na USG, na te 2 kreski sprzed kilku tygodni….
Jednakże gdzieś w głębi też się cieszę bo mimo wszystko były to najpiękniejsze 10 tygodni w moim życiu
Autor: Jogódka
Kolejna strata
Jestem mamą 4 ziemskich aniołków i 3 aniołków urodzonych dla nieba.
Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Mam trzy córeczki i jednego synusia.
W tamtym roku w sierpniu zdecydowaliśmy z mężem, że postaramy się o kolejnego członka rodziny.

Dziewczyny są już prawie nastolatkami – mają dwie 10 lat (jedną córeczkę przysposobilismy) i jedna 14 lat – to fajnie by było, aby Kubuś (wtedy 2 latka) miał prawie rówieśnika. Przerwałam tabletki i we wrześniu w pierwszym cyklu się udało. Radość wielka. Czułam się super.
Był to 4 tydzień. Szczęście trwało tylko chwilę
Pamiętam jakby to było dziś. Niedziela 15.10 (data dla nas mam aniołkowych bardzo smutna) zaczęłam plamić. Na IP okazało się, że nic nie widać na USG. Lekarz kazał iść w poniedziałek do ginekologa. Ten potwierdził po spadającej becie, że doszło do poronienia samoistnego. Był to prawie 7 tydzień. Oczyściłam się sama. Nie znam płci maleństwa. Ból niesamowity…
W styczniu tego roku sytuacja się powtórzyła – 5 tydzień
Odkąd skończyłam 29 lat zmagam się z wcześniejszą menopauzą. Obecnie mam 32 lata. Moje jajniki już prawie zanikły. Prawego już nie ma a lewy ma 3 mm. Miesiączka pojawiała się co 3/4 miesiące, bardzo nieregularna. W czerwcu ginekolog powiedział, że jakbym zaszła w ciążę to byłby cud. Umówił mnie na 1.07.19 na USG.
Na tym USG lekarka w wielkim szoku stwierdziła, że mamy Kinder niespodziankę
Był to 6 tydzień, serduszko już biło. Pojawiły się łzy szczęścia i łzy strachu. Dostałam od razu leki na podtrzymanie i nakaz leżenia. Dziewczyny z racji wakacji bardzo mi pomagały. Sprzątały, gotowały, zajmowały się bratem. W 10 tygodniu zaczęłam krwawić. Okazało się, że mam dwa krwiaki i kosmówka się odkleja. Kolejny strach o stratę. Na badaniach prenatalnych w 12 tygodniu o dziwo już wszystko było dobrze. Śladu po krwiakach nie było. Z kosmówką też wszystko ok. Oszczędzałam się jak tylko mogłam.
W 15 tygodniu trafiłam do szpitala z krwotokiem. Serduszko bije.
Odkleja się łożysko. W szpitalu leżałam plackiem, potrzeby załatwiałam na basen, myłam się w misce. 3 tygodnie leżałam odcięta od świata w izolatce – byłam tylko ja, pielęgniarki, lekarze i odwiedzający mąż i milion moich myśli.
W 16 tygodniu zaczęły odchodzić wody płodowe. W 17 tygodniu nie było ich już wcale . Łożysko cały czas się odklejało, krwawiłam cały czas, z krwotokami na zmianę. Moja córeczka mimo braku wód, rozwijała się, walczyła do samego końca, nie ruszała się, bo była przyklejona do ściany macicy ale..walczyła. Od dwóch tygodni wiedziałam, że nie ma żadnych szans. Moja ciąża była bardzo patologiczna. Gdyby to był wyższy tydzień, to dałoby radę coś zrobić.
Dzieci ratują od 22 tygodnia a nam tak mało brakowało…
Leżałam z tą myślą, że moje dzieciątko nie przeżyje. Miałam myśli samobójcze, przychodziła Pani psycholog, ale w sumie co ona mogła…. Przy życiu trzymały mnie tylko moje dzieci i wspierający mąż.
19.09.19 zaczęłam 18 tydzień, a o 18tej odkleiło mi się łożysko, ból najgorszy z możliwych – nie byłam w stanie się podnieść. Lekarka badała mnie na łóżku, rozwarcie na palec. Szybko na porodówkę. Na górze dostałam jedną morfinę, ulga na chwilę. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał i pomagał. Oksytocyna jedna i zaraz druga, kolejna morfina i gaz. O 21.54 urodziłam Anielkę. Ważyła 170 gram i miała 19 cm. Wyglądała jak śpiący aniołek.
Nazwałam ja Aniela – od walecznego anioła
Zasnęła na zawsze w trakcie porodu, być może morfina jej pomogła.
Pogłaskałam ją. Powiedziałam jak mocno ją kocham i pożegnałam… Mnie zaraz usypiali do czyszczenia. Czyścili mnie ponad godzinę. Z wyników histopatologicznych wyszło, że moje łożysko było 2 razy w martwicy, przeszło zawał. Błony i pępwonia były cienkie i matowe. Mój organizm zabił moje maleństwo. Mam okropne wyrzuty sumienia. Więcej dzieci już na pewno nie będę miała, nie dość, że ja otarłam się kilka razy o śmierć przy krwotokach to mój organizm pozbawił życia bezbronnego dziecka.
W tą noc śniła mi się Anielka, że trzymam ją na rękach i karmię piersią. Dała mi chyba znak, że jest jej dobrze tam u góry.
Było to nasze ostatnie spotkanie. Liczę, że kiedyś utulę do serca moje wszystkie aniołki…Anielkę miałam okazję pochować. Ma swój ziemski domek, o który dbam. Wierzę, że jest tam u góry ze swoim rodzeństwem, że czuwają nad nami, że są w niebie, w cieple i że jest im dobrze. Moje serce pękło na milion kawałków i już nigdy nie będę taką samą osobą jak sprzed roku.
Autor: Agnieszka
Podwójna strata
Jestem szczęśliwą mamą bardzo żywiołowego i radosnego 3-latka. Razem z mężem pragnęliśmy powiększyć nasze szczęście. Pół roku próbowaliśmy zajść w ciążę.

Na wcześniej umówione wizycie u ginekologa zasygnalizowałam że miesiączka spóźnia się tydzień. Lekarz stwierdził że to nie ciąża i zapisał progesteron. Po nim cykl miał wrócić do normy… Ale nie wrócił, okazało się że to ciąża i to 7 tydzień.
Miałam wrażenie jakbym wygrała w Lotto
Za dwa tygodnie kolejna wizyta… A tu na ekranie widać dwa pęcherzyki DWA SZCZĘŚCIA. Radość trwała zaledwie kilka minut. Większy bliźniak bez bicia serca.
W szpitalu potwierdzona diagnoza. Zalecenia-podtrzymanie ciąży farmakologicznie, oszczędny tryb życia. Upomniałam się o badania prenatalne. Co dwa tygodnie przeplatały się badania prenatalne i z wizytami u lekarza prowadzącego. USG prenatalne obraz prawidłowy. Wyniki z testu pappa duże ryzyko zespołu Edwardsa.
Żyliśmy w nadziei że to jednak pierwszy bliźniak przyczynił się do tego wyniku. Wykonaliśmy amniopunkcję. Nie doczekaliśmy się wyników, na tydzień przed trafiłam do szpitala z trzecim z rzędu krwawieniem.
Tym razem serce przestało bić
Szok, żal i niedowierzanie. Nie zapomnę bólu i strachu kiedy wywołane farmakologicznie skurcze doprowadziły do krwotoku. Z jednej strony cieszę się, że praktycznie od razu przeprowadzono łyżeczkowanie pod narkozą. Z drugiej strony łzy cisną mi się do oczu że nie było mi dane zobaczyć Marcelka.
Trafiłam na cudowny personel który od razu zorientował się że potrzebuję osobnej sali, ciszy, intymności, pomocy i wiedzy.
Niestety można się naczytać, nasłuchać tłumaczeń lekarzy, położnych ale do tego i tak nie da się przygotować.
Gdy nadchodzi ten moment emocje biorą górę
Mam nadzieję że moje dwa aniołki – Marcel i jego bliźniak o nieznanej płci – są razem i będzie im lepiej niż gdyby mieli się męczyć ziemskim życiem z poważnymi chorobami genetycznym. Na zawsze będę mamą trójki dzieci, kiedyś może ta liczba się zwiększy.
Autor: Magda

