Nie czekam już na cud – historia poronienia

Jestem dość młodą osobą. Bardzo się zakochałam w moim partnerze i pragnęliśmy mieć dziecko. Krótko się staraliśmy, ale bez jakichś szczególnych myśli, że będziemy rodzicami. Kiedy w listopadzie zobaczyłam na teście dwie kreski, byłam przeszczęśliwa. Jakby los się do mnie uśmiechnął i w końcu wiedziałam, że moje życie się odmieni.

historia poronienia

Pierwsze dni, tygodnie, a nawet miesiąc mijały znakomicie

Pierwsza wizyta w szpitalu miała miejsce 27 grudnia. Przestraszyłam się bardzo, bo krwawiłam i coś spadło do toalety. Jechałam z myślą o utracie. Okazało się, że to skrzep i że to całkiem normalne. Dostałam tabletki na podtrzymanie ciąży. Lekarze potwierdzali, że z dzieckiem jest wszystko w porządku i prawidłowo się rozwija.

Miesiąc później lekarz prowadzący wysłał mnie na badania prenatalne. Diagnoza, którą tam usłyszeliśmy, zostanie w mojej głowie do końca życia. Siedziałam jak wbita w fotel, a łzy powstrzymywałam. Okazało się, że jest wielowodzie – tzn. dolnej części kręgosłupa nie ma, stópki są skrzyżowane, rączki mało widoczne, robak mózgu, pęcherz wielkości dziurki od klucza oraz wód płodowych nie było…

Po tej diagnozie nastawiłam się na najgorsze

Nie miałam wcale nadziei na lepsze jutro. Zaproponowali nam amniopunkcję w kolejnym tygodniu. Pojechałam, ale nie udało się pobrać z przyczyn wiadomych – nie miałam wód. Tam po raz pierwszy usłyszałam o terminacji. Został nam miesiąc do ślubu. Baliśmy się bardzo, co zrobić, jaką decyzję podjąć.

Dostaliśmy skierowania do dwóch specjalistów, którzy musieli wystawić opinie na terminację. Pierwszy lekarz bez problemu, spojrzał na USG oraz na wyniki badań i zalecił, że jedyne rozsądne rozwiązanie to terminacja.

Drugi lekarz po zrobieniu USG wypowiedział się – „dziecko jest zdrowe, proszę wykonać badanie genetyczne płodu prywatnie i się dowiemy”. Ja znów stałam jak wryta, nie mogłam nic z siebie wydusić.

Dostałam zapewnienie: to genetycznie zdrowa dziewczynka

Poczekaliśmy tydzień i zrobiliśmy. W międzyczasie był ślub. Mieliśmy choć trochę nadziei. W czasie podróży poślubnej zadzwonił telefon z kliniki.
– Witam, wyniki do odbioru – mogę powiedzieć, że jest to dziewczynka i genetycznie zdrowa.
Poczułam się świetnie. Zobaczyłam światełko w tunelu. Wróciliśmy do domu, pojechałam do lekarza, który zlecił badania. Jego słowa – „widzisz rybeńko, jak dobrze, że nie usunęliśmy”. Nadzieja urosła.

Jednak po badaniu USG, stwierdził, że wyśle nas do kliniki w Łodzi do specjalistów. Bo jest coś, co mu nie daje spokoju, a mianowicie zbiornik koło pęcherza moczowego. W czwartek dostałam skierowanie i od razu w podróż do kliniki.

Lekarze przywitali mnie słowami – „Tu się walczy do końca”

Kolejna nuta nadziei. W piątek z rana miałam zabieg. Dolali mi 250 ml wód oraz pobrali próbkę ze zbiornika. Sobota i niedziela przeleżana bez wiedzy, co dalej. W poniedziałek badanie dziecka. Pierwsza wiadomość – wody są, nie odpływają. Kolejnych wiadomości nie miałam. USG przebiegło w ciszy. Kiedy weszła lekarka, która prowadziła mój pokój, dowiedziałam się, że nie jest dobrze.

Wyszłam bez wiedzy w ciszy oraz ze łzami w oczach. Na diagnozę czekaliśmy z mężem ponad 2 godziny. Wchodzi Pani doktor i mówi: „Przykro mi, ale jest wielowadzie, nerki i płuca nie będą pracować bez wód. A wody dziecko wypije i nie wysiusia. Nie ma szans na przeżycie. Może Pani wracać do domu”.

Od powrotu do domu minął tydzień, a ja czekam na śmierć mojego aniołka

Czekam na badanie USG lekarza, który mnie tam wysłał, i na dalsze zalecenia. Choć już wiem, tak jak wiedziałam po pierwszej diagnostyce w 12. tygodniu, że dziecko umrze. Czekam na śmierć. Mimo modlitw moich oraz moich bliskich nie liczę na CUD. Liczę na łagodne i spokojne rozwiązanie i odejście mojego aniołka do nieba.

Historia przesłana 20 marca 2019


historia baner 2
Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, wypełnij formularz.


 

Przeczytaj też inne historie TUTAJ >>> Wasze historie


zdjęcie: pixaby.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.