Na oddziale od 3 do 5 stycznia 2018

To historia, która pokazuje, jak powszechny i trudny jest problem braku informacji wśród rodziców po poronieniu. Pod tekstem umieściliśmy więc krótki komentarz, by pomóc innym osobom w podobnej sytuacji i by sprostować niektóre zawarte w historii informacje. Komentarze redakcji oznaczone są kursywą.

Na oddziale od 3 do 5 stycznia 2018

Kiedy trafiłam do szpitala 3 stycznia, wykonano mi pełną diagnostykę, sama wykazałam w moich papierach grupę krwi (szpitala interesowało w moim kwestionariuszu przyjęcia, jaki mam stan cywilny, nie to, czy jest ojciec dziecka – mój partner – czekał, nikt nas nie poinformował o możliwości uznania dziecka podczas mej ciąży, na oddziale [3]). Miałam nie jeść, nie pić.

na oddziale od 3 do 5 stycznia 2018

Przyszłam na łóżko zrezygnowana z moją pierwszą ciążą

Podłączono mi kroplówkę, otrzymałam informację, że przeżyję taki sztuczny poród. Kiedy tak leżałam z kroplówką i wstępnymi bólami, przyniesiono mi dokumenty dotyczące mojego dziecka; czy ciało skremuję, czy decyduję się na badania genetyczne dotyczące płci… (poczułam strach, głęboki żal i taki nieopisany mętlik).

Pani pielęgniarka zapytała, czy to co jest w dokumentach przeczytałam i zrozumiałam, bo one muszą być podpisane przed zabiegiem. Dodatkowo otrzymałam informację szpitala na temat uzyskania karty martwego dziecka i ulotkę Waszej strony.

Nie namyślając się długo, w bólach porodowych podkreśliłam, że chcę kremacji (niech to się szybko kończy, pomyślałam), płacząc cicho. Po chwili przyszła do mnie położna, która po raz kolejny przeczytała mi dokumenty (a nie mogły być one przedstawione przy przyjęciu, na spokojnie, kiedy nie czułam się jeszcze upokorzona, bez kroplówki i bólu?).

Za ścianą słyszałam kwilenie narodzonych dzieci…

…dla mnie to były narodziny tragedii. Położna wytłumaczyła, że badania dotyczące płci są ważne zwłaszcza, jeśli jestem ja i mój partner ubezpieczeni, że „jakiś gorsz może Wam się przydać” i mam się zastanowić. Wykonałam telefon do ubezpieczalni i faktycznie przysługuje mi odszkodowanie. „Nie o pieniądze mi chodziło”, odpowiedziałam, mając mętlik w głowie.

Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i wytłumaczyła mi ich procedury szpitalne uzyskania karty martwego dziecka, które mnie przeraziły: „jeśli Pani się zdecyduje na badanie płci, musi Pani sama załatwić firmę i kuriera bo szpital się tym nie zajmuje” – jak to sama i jak? Leżę na łóżku.

Podano mi telefon do Waszych stron, że pomożecie. Telefon zapisałam, nadal przeżywając szok. Kilku (dwóch) lekarzy mnie zbadali, jeden stwierdził, że mam puste jajo, co mnie utwierdziło w przekonaniu, żeby podpisać dokumenty kremacji.

Przechodziłam etapy krwawienia, wymiotów i zimna

(sala jak dla mnie była duża i niedogrzana). Po godz. 17 wraz z moim łóżkiem zabrano mnie do pokoju zabiegowego, przywitałam się z ordynatorem, który miał dokonać zabiegu, odpowiadałam na pytania anestezjologów.

Lekarz po analizie mych dokumentów szpitalnych (kart wypisów ze szpitali wraz z przebytymi przeze mnie operacjami, zabiegami) powiedział, że w moim przypadku – po pięciu operacjach brzucha, skróconym jelicie, zrostach i przepuklinie to cud, że w ogóle zaszłam w ciążę. Przestraszona patrząc na fotel ginekologiczny i narzędzia obok zapytałam, czy mam jeszcze szansę na macierzyństwo.

Odpowiedziano mi, że jak teraz zaszłam, to następnym razem też się uda (mam 3 miesiące odczekać). Pani położna przy mnie zapytała lekarza, czy zabieg dotyczy pustego jaja, czy zapłodnionej komórki? Ordynator odpowiedział, że zapłodnionej komórki. Był bardzo poważny, Pani położna zawalczyła o mnie raz jeszcze, pytając, czy chcę zmienić oświadczenie dotyczące badań płci. Tuż przed zabiegiem zmieniłam oświadczenie. Kazano mi zdjąć majtki i położyć pod poduszkę – sama mam się udać na fotel ginekologiczny, połykając ślinę. Wszyscy wokół mnie byli poważni, zasnęłam.

Po przebudzeniu odpowiedziano mi, że próbka do badań została zabezpieczona

Kazano mi spać dwie godziny, a potem zjeść kolację. O śnie nie było mowy, ponieważ w moim przypadku po każdej narkozie wymiotuję. Po oczekiwanym czasie wstałam, zjadłam kolację – do mojej głowy dotarł impuls „próbka została zabezpieczona” – pociekły mi łzy. Zadzwoniłam na telefon podany mi przez pielęgniarkę, która przypomniała po zabiegu, żebym koniecznie zadzwoniła, zamawiając kuriera. Nikt nie odbierał, napisałam smsa „Potrzebuję pomocy”.

Zrezygnowana i zmęczona zasnęłam. Około godziny 22.00 ze snu wyrwał mnie telefon „przepraszam, że Panią obudziłam, otrzymaliśmy smsa, z drugiej strony firma kurierska, czy próbka została zabezpieczona w soli fizjologicznej czy formalinie” – o matko, to nie był sen, ja to przechodzę naprawdę! Skąd miałam to wiedzieć, skąd każda matka w mojej sytuacji może to wiedzieć? Odpowiedziałam, że oddzwonię rano, zasnęłam. Zbudziła mnie zmiana nocna, mierząc temperaturę zapytałam o moją próbkę, odpowiedziano, że jest w soli fizjologicznej.

Powoli wstałam, zabierając się do porannej toalety

„Panie Boże, co teraz mam robić, jak żyć no i co z tym kurierem dalej?” Zadzwoniłam do firmy kurierskiej. Udzielając potrzebnych im informacji, nikt po drugiej stronie słuchawki nie spytał, jak się czuję, tylko suche puste fakty – „otrzyma Pani na e-maila szczegółowe informacje wraz z dokumentami, które musi Pani wypełnić celem odebrania ich przez kuriera, który dziś będzie na godz. 13.00 w szpitalu”.

Zgroza, gdzie mam mieć dostęp do Internetu, jak wydrukować dokumenty? Zostawiono mnie samej sobie – patrzę na moje łóżko, patrzę na krew – pomyślałam „krew mojego dziecka”. Przebrałam się, pomiędzy szczęśliwymi matkami i kwileniem narodzonych dzieci poszłam do sekretariatu oddziału, prosząc o pomoc i wydruk „my tego nie robimy, proszę pytać pielęgniarki i położną na oddziale”. Na oddziale wszyscy zapracowani… Nikt nie widział mojego bólu i krzyku rozdartej mojej niemocy.

Zadzwoniłam do przyjaciółki, prosząc o pomoc

(na szczęście była w domu, nie w pracy), podałam jej mojego e-maila, hasła prosząc o wydruk stosownych dokumentów. Przyszedł lekarz, pytając mnie, jak się czuję (oczywiście fizycznie), wypisując mnie do domu. Poszłam do gabinetu pielęgniarek, poinformowałam ich, że przyjedzie kurier o godz. 13.

Pani pielęgniarka odpaliła mi hasłem, że to ja sama muszę zadbać o pojemniki, kopertę przesyłki do mojego dziecka, oni się tym nie zajmują i powinnam się dopytać firmy, co mam kupić – ręce mi opadły.

Przyjechał po mnie ojciec, który widział u mnie zmęczenie, ból, łzy i bezradność. Pojechaliśmy do mojej przyjaciółki, całą drogę płakałam – razem wypisałyśmy dokumenty, czytając na głos punkt po punkcie. W e-mailu znalazła się ulotka z instruktażem, jak spakować moją próbkę i co muszę kupić –kurcze ona była tak napisana, jakby kobiety z domu to wysyłały – pomyślałam.

Otrzymałam też numer konta, gdzie mam przelać pieniądze za usługę. Po wypisaniu papierów rozpoczęliśmy z ojcem gonitwę za artykułami papierniczymi, próbkami w aptece. Zdobyłam komplet potrzebnych rzeczy i ostatkiem sił fizycznych i psychicznych wróciłam na oddział. Okazało się, że szukał mnie lekarz z receptą, którą odebrałam.

Skomentowałam instruktaż firmy kurierskiej

I sposób napisania prostym językiem i w taki sposób, jakby mamy oddawały swoje próbki z domu – „TAK WŁAŚNIE JEST, MATKI SAME TO ROBIĄ W DOMU” – usłyszałam. „K…..a albo ja jestem nienormalna, albo ten świat wokoło mnie zimny, sterylny, bez uczuć” [1].

W sali zabiegowej pani pielęgniarka uwaga: wyjęła z lodówki POLAR pojemnik z moim małym dzieciątkiem z tekstem: „to Pani próbka, proszę sobie spakować”. Patrzyłam na wszystkich jak zbaraniała, czułam, że robi mi się słabo. Pielęgniarki zauważyły zmianę mego koloru na buzi i pomogły mi to spakować.

Nie oglądając się za siebie, wyszłam z budynku (niestety nie palę), z trzęsącymi rękami zadzwoniłam do firmy kurierskiej, informując o spakowaniu, „spakowaniu mojego dziecka”. Poinformowano mnie, że wyniki będą od trzech do pięciu dni. W domu padłam z przerażenia, zmęczenia oraz wrażeń. Kiedy wstałam, zobaczyłam zapaloną świecę gromniczną przez moją mamę.

Zalałam się łzami

W międzyczasie kontaktowałam się z prawnikami na Waszych stronach, pytając o urlop macierzyński, przelałam pieniądze za badanie płci mojego dziecka.

Od firmy kurierskiej nie otrzymałam wyrazów współczucia – pomyślałam, że takie firmy prowadzą złoty interes. Rozumiem przepisy dotyczące urlopu macierzyńskiego, ale one dotyczą tylko osób zatrudnionych na czas nieokreślony to raz [2], dwa wyniki badań płci mojego dziecka od razu nie przyszły, bo kurier wg zamówienia nie przyszedł –straciłam dziecko w środę, kurier dopiero po paczkę przyszedł w piątek, nie tak, jak go zamówiłam, wyniki e-mailem przyszły w piątek za tydzień (późnym popołudniem) – czas ubiegania się o urlop macierzyński minął w środę [2].

Zadzwoniłam od razu na oddział

Uzyskując informację, żebym przyszła po wypis karty po niedzieli do godziny 14, w tych godzinach pracuje położna, która dokonuje wypisu. Ze względów charakteru mojej pracy po wypis pojawiłam się dwa tygodnie po zabiegu w środę do południa. Oczywiście czekałam pół godziny na siostrę oddziałową – położną (tutaj rozumiem dzieci się rodzą, jest sporo pracy, nie oczekiwałam szybkiego przyjęcia). Kiedy oczekiwana siostra wypisała mi dokumenty, wytłumaczyła mi, że zgłoszenie pójdzie dopiero jutro i mam potem kontaktować się z USC.

Poprosiłam o numer telefonu…

Jak mi powiedziano w szpitalu – zgłoszenie poszło w czwartek, w piątek ja się zgłosiłam osobiście (najpierw spytałam, czy mogę przyjść) i znowu zdziwienie „przepisy mówią, żeby rodzice lub rodzic zgłosili się do USC w ciągu trzech dni od zgłoszenia celem wydania aktu urodzenia”, czyli czasowo ok, ale urzędniczka czytając moje zgłoszenie, dokonała własnej interpretacji, skoro Pani w dokumentach miała wpisane rozwiedziona, to myślałam, że ojciec nieznany – i kolejny dla mnie szok.

Odpowiedziałam, że mam partnera, który uznaje dziecko, dziś jest w pracy. Usłyszałam, że uznania dziecka mogłam dokonać w szpitalu podczas mej ciąży, na oddziale – skąd mieliśmy to wiedzieć? [3] Nikt nas nie poinformował o takich przepisach! Dlaczego każda matka w mojej sytuacji musi to przeżywać? Umówiliśmy się do USC na następny dzień w sobotę, z góry nas uprzedzono, że możemy czekać, bo są śluby. Obok wystawnego folwarku szczęścia czekamy na akt urodzenia naszego dziecka z adnotacją martwe. Nikt nie zauważy naszej bezsilności i smutku. O urlopie macierzyńskim mogę zapomnieć – minęły dwa tygodnie – nie z mojej winy [2].


Komentarze redakcji

[1] Materiał do badania i kurier – w przypadku poronienia w domu wielu rodziców zabezpiecza próbki samodzielnie. Instrukcje najczęściej napisane są więc w taki sposób, aby nikt nie miał problemu z ich zrozumieniem. Niestety realizacja genetycznych badań płci po poronieniu nie jest refundowana – materiał wydawany jest na prośbę pacjentki i to ona musi samodzielnie zlecić badanie w prywatnym laboratorium, przygotować przesyłkę, wypełnić dokumenty. Próbkę do laboratorium najczęściej przekazuje kurier, aby analizę można było rozpocząć jak najszybciej. Późniejszy czas analiz zależy do wybranego laboratorium.


badania genetyczne materiału z poronienia

Dlaczego badania genetyczne materiału z poronienia wciąż budzą takie emocje?

Niedawno w przestrzeni publicznej rozpoczęła się dyskusja na temat odbioru przez kuriera materiału z poronienia z opolskiego szpitala. To kolejny przypadek, który pokazuje, jak ważne jest stworzenie jednoznacznych przepisów i wytycznych dotyczących przeprowadzania pełnej diagnostyki po poronieniu – również tej … Czytaj dalej

9 komentarzy

[2] Urlop macierzyński – przepisy nie dotyczą wyłącznie pracownic zatrudnionych na czas nieokreślony. Ponadto skrócony urlop macierzyński po poronieniu wynosi 56 dni od dnia straty i to w ciągu tego czasu należy dokonać wszystkich formalności i złożyć wniosek u pracodawcy (pamiętając jednocześnie, by między poronieniem a złożeniem wniosku nie chodzić do pracy). Jeśli od poronienia do zarejestrowania dziecka w USC minęło 14 dni, do wykorzystania wciąż pozostają 42 dni. Zasiłek macierzyński wynoszący 100% jego wymiaru zostanie wypłacony za wszystkie 56 dni.

[3] Uznanie dziecka – uznanie dziecka nienarodzonego jest możliwe, jednak nie w szpitalu. Mężczyzna musi zrobić to w Urzędzie Stanu Cywilnego, w konsulacie (w przypadku przebywania za granicą) lub w Sądzie Opiekuńczym. Później jego oświadczenie musi potwierdzić matka dziecka.

Przeczytaj więcej:

3 myśli nt. „Na oddziale od 3 do 5 stycznia 2018

  1. Czytając ten tekst, pomyślałam sobie “Ależ ona miała szczęście!” 🙁
    5 stycznia obudziłam się z plamieniem. Nie mogłam dodzwonić się do mojego lekarza, więc obdzwoniłam wszystkie pobliskie przychodnie w poszukiwaniu szybkiej pomocy. W końcu się udało i o 11 byłam już na wizycie, u kompletnie nieznanego mi ginekologa. Okazało się, że serduszko nie bije. Poronienie zatrzymane. Dostałam skierowanie na szpital. Zapytałam czy jest możliwe naturalne poronienie. Lekarz odpowiedział, że tak, tylko może to trwać długo.
    To był piątek. Postanowiłam, że do szpitala pójdę w poniedziałek, dam sobie czas na przygotowanie, przeczytanie o moich prawach i co mnie czeka. No i na konsultacje z innym lekarzem.
    Nie zdążyłam… Wieczorem przyszedł ból. Myślałam, że przejdzie (nie plamiłam w tym czasie), położyłam się, próbowałam zasnąć. Nie przechodził, nasilał się z każdą minutą. O 23 zdecydowaliśmy się na jazdę na SOR. Torbę na szybko pakował mój mąż i teściowa – ja już wiłam się z bólu.
    Podczas przyjęcia pełno pytań. Z bólu zaczęłam wymiotować, mąż praktycznie za mnie wypełniał dokumenty, bo ja przytulałam się do muszli.
    Przewieziono mnie na patologię ciąży. Tam przyjęcie na oddział – 2 pielęgniarki naprzemiennie zadawały mi te same pytania, co na SORze. Potem lekarz – znów identyczne pytania. I fuczenie, dlaczego wcześniej nie przyjechałam, że tak w nocy etc. Kiedy znów zaczęło mnie zbierać na wymioty, wyobrażałam sobie, że wymiotuję na niego…
    Zbadał mnie niezbyt delikatnie. Nie zrobiono mi USG na potwierdzenie… Po 1 w nocy w końcu wylądowałam na łóżku. Podano mi nospę. O 7 rano ponownie lekarz (ten sam co w nocy) – podał mi leki na wywołanie poronienia. Miałam do kilku godzin zacząć krwawić i mieć skurcze.
    Na szczęście miałam książki, więc mogłam się “odsunąć” od tego wszystkiego. Nic się nie działo. Przyniesiono mi dokumenty do wypisania. Były to zgody do anestezjologa itp. Nikt nic nie wyjaśniał.
    Przed 9 poszłam kolejny raz do łazienki – delikatne plamienie, tyle co nic. 9:00 przyszedł mój mąż. Gdy wstałam, chlusnęła krew. Pomimo podpaski przeleciało wszystko. Mój mąż poszedł po pielęgniarkę, powiedziała, że mam się iść przebrać i tyle. Poszłam do łazienki. Nogi całe we krwi. Umyłam się. Gdy kończyłam, przyszła po mnie pielęgniarka, bo obchód.
    Na obchodzie już inny lekarz – ten sam, u którego byłam dzień wcześniej (który stwierdził poronienie zatrzymane). Byliśmy ostatnią salą, więc od razu wziął mnie do zabiegówki. W tym krótkim czasie podpaska znów cała przemokła. 2 pielęgniarki ogarniały mnie żeby lekarz w ogóle był w stanie mnie zbadać. Tyle krwi… W trakcie badania wypełnianie reszty dokumentów – pytania o pochówek i poznanie płci. Wtedy zadeklarowałam, że nic nie chcę. Żadnych wyjaśnień po co to, dlaczego itd., a ja nie ogarniałam co się dzieje.
    Puścili mnie do łóżka w oczekiwaniu na anestezjologa z dwoma podpaskami jedna na drugiej. Nie zdążyłam dobrze usiąść, a już przyszedł. Podpaski zdążyły przesiąknąć. A potem już tylko zabieg, gdzieś około 09:20.
    Ze szpitala wyszłam gdzieś około godziny 16:00. Nawet doby tam nie byłam.
    Dopiero w domu miałam czas wszystkiego się dowiedzieć i się dowiedziałam po co poznanie płci, o urlopie itd. W poniedziałek wszystko odkręcałam – na szczęście się udało.
    Powiedziano mi, że muszę sama jechać z próbką do laboratorium (ani słowa o kurierze). Najbliższe laboratorium 70 km od nas. Pielęgniarka postawiła mnie do pionu: “Jak zobaczę choćby jedną łzę, to nie wydam Pani materiału”. Zapakowała wszystko do pudełka. Nie mieliśmy możliwości jechać od razu. Nasze maleństwo było z nami w domu, w lodówce…
    Następny dzień podróż – ostatnie pożegnanie.

    I tak czytam ten tekst i myślę sobie, o co chodzi tej kobiecie? Otrzymała informację o urlopie (może i błędną, ale jednak), ubezpieczeniu, nawet dostała instrukcję. Ja nie dostałam kompletnie nic.
    Zapewne może być lepiej niż to co opisane w tekście, ale może też być gorzej…

    • Dzień dobry Pani Natalio, bardzo nam przykro z powodu sytuacji, w jakiej się Pani znalazła. Każda mama i każdy tata mają po stracie prawo do własnych odczuć i emocji, reakcje w tej sytuacji mogą być naprawdę bardzo różne i zależy nam na tym, aby w naszym serwisie ich w żaden sposób nie oceniać.
      Niestety wciąż nie zawsze i nie wszędzie rodzice uzyskują informacje na temat praw po poronieniu, nie zawsze personel medyczny wie, jak takich rodziców traktować. To właśnie dlatego podejmujemy różne działania, aby nie tylko nieść wsparcie, ale też edukować personel medyczny (m.in. przekazując szpitalom nasze ulotki). Mamy nadzieję, że takich miejsc – w których rodzice nie uzyskują potrzebnej pomocy i wsparcia – będzie z czasem coraz mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *