Powoli uczę się o tym mówić…

Witam kochane mamusie, chciałam się z wami podzielić swoją historią. Minęły już 2 miesiące, odkąd mój ukochany synek nie żyje. Powoli uczę się o tym mówić. Założyłam również grupę wsparcia dla mam po stracie mamusie po stracie – Aniołkowe mamy. Poczułam chęć pomocy innym mamom takim jak ja.

powoli uczę się o tym mówić

Zacznę od tego, że o Jasia staraliśmy się z mężem przez 8 długich miesięcy

Było mnóstwo testów, bólu po każdym negatywnym, płaczu i histerii. W końcu w październiku niespodziewanie ukazały się dwie piękne kreski. Radość była ogromna, szczęście. Od 4 tygodnia ciąży poszłam na zwolnienie, pracuję na produkcji w lakierach, był więc strach o bąbelka. Mąż był ze mną na każdej wizycie.

Bardzo o nas dbał, był taki szczęśliwy, że w końcu zostanie ojcem. Ciąża przebiegała idealnie, mały rósł nawet ciut ponad normę. Zrobiłam badania prenatalne, które również wyszły bardzo dobrze. Jednak trafiło mi się przeziębienie, niby niegroźna infekcja, ale latałam po lekarzach, bo kaszel był przeokropny, aż się dusiłam.

W międzyczasie byłam u swojego ginekologa i w szpitalu z nim

Nikt nie chciał nic przepisać. Aż w końcu 11 stycznia 2018 rano około 6 zauważyłam różowe plamienie, zamarłam że strachu. Natychmiast pisałam do swojego ginekologa, że po południu przyjadę do niego na kontrolę.

Tak zrobiłam, lekarz mnie zbadał i stwierdził, że wszystko jest w porządku i nie zna przyczyny plamienia. Zwróciłam mu uwagę na spadające tętno mojego Jasia. On stwierdził, że wszystko jest ok, mam brać leki i leżeć w domu. Zrobiłam, jak kazał. Następnego dnia plamienie było różowe, lecz mniej.

Uznałam, że może będzie lepiej

Wieczorem, pamiętam, oglądałam Harry’ego Pottera z moim synem 5 latek, krwawienie się zmieniło w soczystą czerwień. Od razu, nie myśląc, dzwonię do lekarza, co mam robić, czy powinnam pójść do szpitala. Odpowiedział, że nie, bo nie ma tam innego leczenia niż to w domu.

Położyłam się spać, ok. 3 obudziłam się do toalety. Luchło [lunęło – przyp. red.] ze mnie, wiedziałam wtedy już, że to wody płodowe, czułam już, że straciłam dziecko. Zaczęłam się pakować, pojechaliśmy z mężem na IP. Szpital zamknięty, otworzyli drzwi po 15 minutach, zanim mnie przyjęli i zbadali była 4.30.

Lekarz starszy mnie zbadał…

Pokazał mi dwa palce, mówiąc, że czysto i że wszystko jest dobrze. Dostałam leki, poszłam się położyć, o 5 luchło ze mnie wszystko, polała się sama krew, której nie mogłam zatrzymać. Na łóżku zobaczyłam mojego małego synka, miał rączki miał nóżki, był to prawdziwy mały człowiek.

Myślałam, że mi serce pęknie. Zadzwoniłam po pielęgniarki, przyszła, powiedziała, że jej przykro, że to poronienie. Posadzili mnie na wózek i poszli, a ja siedziałam, patrząc na moje dziecko leżące, nieruszające się już na łóżku.

Ta malutka kuleczka do dziś jest przed moimi oczyma

Zawieźli mnie na zabieg, lekarz zapytał mnie „jak pani to zrobiła?”. Wyczyścili mnie bez narkozy, bo uznali, że po piłam leki i nie mogę jej już dostać. Podczas zabiegu rozmawiali o moim dziecku jak o rzeczy, w co je włożyć, czy w słoik, czy w miskę.

Śmiechy, chichy wobec mojego wycia z bezradności. Zapytały mnie, czy chcę pochować syna. Bez namysłu odparłam, że nie chcę. Po 2 h od zabiegu przyszła położna, powiedziała mi, że wstajemy i żyjemy. Nie byłam w stanie wstać z łóżka. Słyszałam płacz dzieci zza ściany, widziałam kobiety szykujące się do porodu.

Ubłagałam lekarza, żeby mnie puścił do domu

Przemyślałam na chłodno to wszystko: wbrew opinii męża, rodziny, wszystkich ja chciałam pochować syna jednak. Powiedziałam sobie „to było moje dziecko, nie umniejsza się kogoś tylko dlatego, że go już nie ma”.

Zadzwoniłam do lekarza, że ma cofnąć kremacje. Mój syn odszedł 13 stycznia o 5 rano, miał ponad 14 tygodni. Od poniedziałku zaczęłam załatwiać z mężem formalności z pogrzebem. Pochowaliśmy Jasia, tylko tyle mogłam dla niego zrobić, nie mogłam go uratować, nie mogłam mu pomóc.

Po poronieniu byłam u 3 lekarzy

Którzy potwierdzili mi po histopatologii, że mój syn był całkowicie zdrowy, że nie poradził sobie z moją infekcją, że lekarz odesłał mnie z sączącymi wodami płodowymi, a można było go uratować. Czuję do dziś w sobie ogromny żal i ból, że mój organizm Go zabił, choć wiem, że nie miałam wpływu na to, ja czuję się winna, bo on mógł żyć.

Tydzień temu wróciłam do pracy, myślałam, że przez nawal obowiązków jakoś zacznę żyć. Nie jest tak, ból wciąż ten sam. Z mężem się nie dogadujemy, bo nie wspieraliśmy się podczas tej tragedii, każdy żył z tym Sam.

Do dziś chodzę po kilka razy dziennie ma cmentarz do syna, płacząc i pytając go, dlaczego mnie zostawił, czemu odszedł. Mówią, że ból z czasem lżeje, ja z perspektywy czasu uważam jednak, że wcale nie, że po prostu uczymy się żyć z tym bagażem.


historia baner 2

 

Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, napisz do nas na adres info@poronilam.pl

 


Przeczytaj też inne historie TUTAJ >>> Wasze historie

Przeczytaj więcej:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.